poniedziałek, 9 maja 2016

Co czujesz w trakcie oddawania strzału?


Z takim lub podobnym pytaniem zapewne części z nas przyszło już się zmierzyć. To chyba dobre słowo, bo choć samo pytanie wydaje się banalne, to udzielenie na nie odpowiedzi stanowi nie lada wyzwanie. Pół biedy, gdy zostanie zadane przez osobę, którą powoduje czysta ciekawość. Gorzej, gdy ta osoba jest przeciwnikiem polowań a samo pytanie służy jej jako narzędzie do stawiania myśliwych pod murem w celu potwierdzenia własnych wyobrażeń na temat patologicznych zachowań, które im przypisuje.

Ciekawe, że nie słyszymy o podobnych pytaniach skierowanych do rzeźników tudzież innych gospodyń domowych zabijających własnoręcznie kury. Dlaczego akurat myśliwi? Z pewnością niejeden ekologistyczny aktywista mógłby udzielić niejednej barwnej, choć pełnej paradoksów i infantylnej odpowiedzi w tej kwestii. 

Cóż jednak robić, jeśli już takowe pytanie się pojawi? Czy w ogóle jest sens robić cokolwiek? Oczywiście, można całkiem sprytnie z niego wybrnąć, ripostując: odrzut. Krócej raczej już się nie da. Tak przynajmniej zaproponowali twórcy Ambasady Łowiectwa, czyli grupy w mediach społecznościowych, której celem jest promowanie myślistwa naszego niepospolitego. Jednak na ile prawdziwa jest taka odpowiedź? Pomijając to, że może być odebrana jako zachowanie typowego macho, który potrafi napierdalać bez opamiętania, ale niewiele przy tym myśli i jeszcze mniej czuje. O skali trudności w poszukiwaniu satysfakcjonującej riposty niech świadczy choćby przebieg rozmowy w audycji „Przed hejnałem” w Radio Kraków. Jej motyw przewodni stanowiła kontrowersyjna obecność dzieci na polowaniu. Kontrowersyjna oczywiście dla bojówek wymachujących zielonymi kalesonami z hasłem „Eko akbar!”. I tak konfrontowany na antenie z pytaniem o emocje towarzyszące pociąganiu za spust, pewien prawnik-myśliwy wypalił, że nie zamierza się spowiadać. Co nie brzmiało zbyt przyjemnie. Brak odpowiedzi niestety też jest odpowiedzią. Gdy podlejemy całość sosem perwersyjnych rewelacji sprzedawanych na lewo i lewo przez Zenka Kruczyńskiego, podejrzenia, że myśliwi mają coś wstydliwego do ukrycia, mogą mnożyć się jak dziki po solidnym zastrzyku kukurydzy.

Na czym jednak owa trudność polega? Podstawowym problemem jest to, że zdecydowana większość osób parających się myślistwem w ogóle się nad tym nie zastanawia. Bo i po co? Ta zdecydowana większość to też mężczyźni. Niestety facet jest już tak skonstruowany, że z trudem przychodzi mu dokonywanie psychologicznego striptizu, czyli mówienie o własnych uczuciach. Przy czym nie opieramy tego stwierdzenia na naszym widzimisie. Wystarczy nieco pogrzebać w literaturze z zakresu psychologii lub popytać psychologów. Dlatego też duet Bołoz-Kałużycki, zamiast męczyć się z płcią wyposażoną w atrybuty pokroju penisa czy brody, postanowił pójść na skróty i pomolestować owym pytaniem bardziej emocjonalną, kobiecą stronę łowiectwa. Wynik? Zaskakujący. Początkowo spotkaliśmy się ze ścianą milczenia, co zrodziło podejrzenia, że to jest jednak zbyt intymna sprawa. Na szczęście nasze obawy zostały wkrótce rozwiane. W porównaniu z pytaniem dotyczącym pierwszego razu, roznegliżowanie się przy temacie ciągnięcia za cyngiel okazało się być raczej małym pikusiem. Poważny kłopot naszym uroczym myśliwkom sprawiło natomiast wyizolowanie tego momentu z całego procesu zwanego polowaniem. Jak same przyznały, prawdziwie intensywne emocje są przed i po strzale. Trudno więc oddzielić je od krótkiej chwili, w której trzymamy zwierza „na muszce”, by ostatecznie podjąć decyzję o jego zabiciu. Zanim jednak zdradzimy, do czego dokopały się kobiety w zielonych kapelusikach z piórkiem, wyjaśnijmy czym w ogóle są emocje? Najprościej rzecz ujmując, emocja to interpretacja pojawiającego się w ciele uczucia. Takie jakie są nasze myśli, takie są nasze emocje. Pozytywne, negatywne, różne. Warto dodać, że emocje mogą trwać ułamki sekund. Cóż zatem dzieje się w ciałach i głowach naszych rozmówczyń?

Właściwie w każdej relacji przewija się „skok adrenaliny”, skutkujący „palpitacją” serca. Ten skok bywa tak intensywnie odczuwany, że silnie zaburza postrzeganie całej sytuacji. Przenosi jakby w inny wymiar. Wspaniale oddają to słowa jednej z myśliwek:
"Niby jesteś świadomy, bo wiesz co robisz, ale jakby mnie ktoś spytał co wtedy myślę, to kaplica. Nic nie wiem. Jak dla mnie to sekunda zawieszenia. Oddanie strzału to przeżycie nie do opisania w słowa. Targają mną różne emocje, ale nie potrafię ich dokładnie wyrazić”.
Od innej koleżanki po strzelbie dowiedzieliśmy się, że ów skok adrenaliny wyłącza jej słuch, węch, odczuwanie odrzutu. Skupia się maksymalnie na dobrym wykonaniu zadania. Dlatego też do ostatniej sekundy jej myśli krążą wokół tego czy strzał będzie pewny, czy jest kulochwyt, czy strzelić w punkt, czy jednak nieco wyżej i czy cel jest faktycznie tym, którym być powinien. Kolejne niewiasty w zielonych kapelusikach uzupełniają powyższy obraz o element nadziei. Nadziei, że trafią i wszystko szybko się skończy. Mamy więc w tym przypadku do czynienia z pewną dozą niepewności, lęku związanego z konsekwencjami zepsucia strzału. I nie chodzi tu o pudło. Chodzi o zbędny nadmiar cierpienia, który jest co prawda wkalkulowany w myślistwo, ale którego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce zadawać. Bynajmniej nie z przyczyn czysto pragmatycznych, lecz przede wszystkim – co podkreślały nasze rozmówczyni - empatycznych. I tego nie zmieni nawet ryk ekologistycznych ideologów, odmawiających na każdym kroku myśliwym oraz myśliwkom właśnie empatii.

Jednak poza opisanym koktajlem złożonym z uczuć, licznych pytań i rozterek, spotkaliśmy się również z koleżankami, dla których moment pociągania za cyngiel nie wiąże się z emocjami. Strzelają „na chłodno”, całą uwagę skupiając na „technicznej” stronie działania. I również tu występuje tzw. zawężone postrzeganie rzeczywistości, wynikające z koncentracji na celu i odcięcia się od różnych bodźców, które w tym momencie stanowią niepotrzebny balast.

Powyższy, skondensowany obraz wypowiedzi naszych rozmówczyń, którym jesteśmy niezmiernie wdzięczni za pomoc, stanowi zaledwie malutki wycinek myśliwskiego wnętrza. Nie ukrywamy, że jesteśmy tylko amatorami, którzy przy przeprowadzaniu tego (chyba pierwszego w Polsce) mini eksperymentu jedynie korzystali z porad psychologów. Niemniej jednak temat wydaje nam się wyjątkowo ciekawy i chętnie zapoznalibyśmy się z wynikami badań przeprowadzonymi zgodnie z naukowym rzemiosłem przez profesjonalistów. I choć poszukiwanie indywidualnej recepty na owo pytanie może przysporzyć wielu trudności a niektórym wręcz wydać się niemożliwe, to uważamy, że tak naprawdę nie ma się czego bać. Zwłaszcza bycia uznanym za czubka. Czy ktokolwiek z Czytelników określiłby po zaprezentowanych wyznaniach nasze rozmówczynie tym mianem? Nawet Zenkowi Kruczyńskiemu i jego stadku by nie wypadało. Dlatego zalecamy każdej osobie parającej się myślistwem dokonanie podobnego eksperymentu właśnie na sobie. Szczerość wydaje się być w tym przypadku kluczem. Także, gdy przyjdzie nam się zmierzyć z wrednym dziennikarzem i nie wiemy jak się zachować. Przecież zawsze możemy dać mu do zrozumienia, że nie mamy nic do ukrycia, lecz nie może od nas oczekiwać banalnej odpowiedzi, pytając o tak złożone kwestie. Takich odpowiedzi może szukać u ideologów bądź polityków, którzy sypią nimi z rękawa. Tymczasem wyjaśnienie tego, co czujemy oddając strzał, wymaga od nas pewnego wysiłku i spokojnej refleksji. A to brzmi zdecydowanie wiarygodniej niż ostentacyjne żachnięcie się na antenie.

środa, 4 maja 2016

Bucowspomnień czar. Czyli jak tego nie robić z psem w lesie.


Redachtor Starszy, biorąc udział w uczonej dyspucie z leśną śmietaną na temat spacerów z psami po lesie, która skupiła się wokół doboru optymalnej długości smyczy, wypalił był historią opartą na autentycznych faktach (prawdziwy cymes, bo rzadko zdarza mu się nie konfabulować):  

No wienc mnie siem historia przypomina. Z linką i długością. Oraz psem. Siedziałem kiedyś na ambonie i strzeliłem do lisa. Lis zrobił salto i uciekł. No… były jakieś znaki na niebie i więcej na ziemi, że lis tego salta nie zrobił mnie na złość. Wziąłem więc i wyciągnąłem psa osobistego z plecaka oraz linkę 10 metrową. Pies ruszył jak w dym. To znaczy najpierw się wpierdolił w wodę zamiast w dym. W środek szerokiego rowu już rozmarzającego. Poszedłem jego przykładem ze skutkiem takim, że ja się przez rów przedostałem jak sarenka, ale jeden z moich gumofilców nie bardzo. Udało mi się jednak go wyłowić i opróżnić z wody i szlamu. Bo głupio tak po lesie w jednym bucie chodzić… Po krótkich perypetiach udaliśmy się wreszcie z psem śladami lisa oraz Trwale Zrównoważonej Wielofunkcyjnej Gospodarki Leśnej. Czyli przez wiatrołom na bagnistym siedlisku, gdzie leśnicy zostawili kupę martwych drzew. Jako żer dla różnych robali. Wysoce ekologicznie przyznać trzeba – tym bardziej, że żaden traktor zrywkowy tam nie wjechał a kunie mało się nie potopiły. Czyli taka Puszcza Białowieska – mająca gdzieś ze 4 hektary. W każdym razie lis szedł dołem, pies też szedł dołem a ja – górą. Pod tymi leżącymi kłodami świerkowymi nie dało się przecisnąć. Mnie przynajmniej. Może jaka szczuplejsza posiadaczka psa by dała radę. Naturalnie, przy lekko oblodzonej powierzchni tych pni to musiało skończyć się źle i skończyło się zaraz jak się zaczęło. Ja pierdolnąłem a szczekająca sznurówka poszła w las jak w dym. Na 10 metrowej lince. Zaczynało się właśnie ściemniać. Tak więc część drugą wypełniły prace syzyfowo-detektywistyczne po resztkach śniegu śladami śladów małych psowatych oraz linki w świetle latarki. Już po kilkuset metrach, może kilometrze uwieńczone sukcesem. Linka się znalazła. Znaczy siem gdzieś metrowy kawałek, który wystawał z lisiej nory. Reszta tkwiła w tejże i zawzięcie ujadała. Próba wydobycia linki z nory powiodła się tylko częściowo. Udało się wyciągnąć jakieś 2 metry. Potem luz. To znaczy ściągnąłem ją psu i wraz z obrożą wydobyłem na powierzchnię Matki Ziemi. Pies został pod powierzchnią. Jeszcze przez 4-5 godzin. Nic strasznego. Tylko ten gumofilc. No i temperatury. Zaczął przemarzać. Przy użyciu wszelkich zbędnych części garderoby spodniej, zabezpieczyłem stopę przed różnicami w temperaturze i cierpliwie czekałem. Rozmyślając między innymi nad tym, na którym drzewie powieszę przy użyciu 10 metrowej linki tego pierdolonego psa jak wyjdzie z tej pierdolonej nory. I czy go zastrzelić przedtem czy potem. Oraz na inne tematy. Przemyślenia przerwał szelest przy drugim wyjściu z lisiego mieszkania koło godziny 22/23. Patrzył na mnie lis. Który potem błyskawicznie szurnął w las. Sekundę a może 5 później pokazał się tam pies. Który następnie po łagodnej perswazji o mocy najwyżej 200 decybeli zdecydował się zaprzestać pogoni. Potem wróciliśmy z polowania do domu. Morał z tej historii? Długość jest ważna. Ale nie decydująca. Jeśli chodzi o linkę dla psa, czyli otok.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Polemiki niesportowej ciąg dalszy. Czyli Witek idzie w zaparte...


W kwietniowym numerze Braci Łowieckiej mecenas Witold Daniłowicz wzion i zapolemizował z treścią naszego felietonu z końca zeszłego roku, w którym kwestionowaliśny określanie i traktowanie polowania jako dyscypliny sportowej. Coby nie szkodzić. Przede wszystkim sobie (treść bucowskich wypocin możecie se odświeżyć tu: KLIK, natomiast  jeśli chcecie zapoznać się z odwetem Witka co sportowcem jest to klikajcie TU – pod warunkiem, że ciąży Wam niecałe 1 euro w sakiewce). W każdym bądź razie nasz Szanowny Interlokutor, kruszący kopie w obronie łowiectwa jako elementu kultury fizycznej, prezentuje triumfalnie i z przekonaniem, wydedukowany na podstawie żelaznej logiki, żelazny dowód na swoje racje, twierdząc iż:

„Łowiectwo jest sportem, bo zgodnie z definicją stanowi aktywność fizyczną wykonywaną dla przyjemności. Quod erat demonstrandum. Czego należało dowieść zostało dowiedzione."

Sugerując, że maluczkim powinien w zupełności wystarczyć ten wywód. Jako dowód. Należy głęboko uchylić kapelusza przed tym przekonaniem, ponieważ Autor udowadnia też w ten sposób, że napopularniejszym sportem na świecie jest… uprawianie seksu. Aktywności fizycznej wykonywanej (przeważnie) dla przyjemności i to w dużo większej skali, niż nawet zabawy z piłka kopaną - o polowaniu nie wspominając. Obiektywnie rzecz biorąc, seks jest bowiem aktywnością wymagającą czasami większego wysiłku niż strzelenie dzika na nęcisku, a większości ludziom sprawiającą też większą przyjemność niźli pozyskanie słonia albo innego okazu z wielkiej piątki. Quod erat demonstrandum. I to codziennie. Na całym świecie. Teraz pozostaje tylko przekonanie uprawiających seks w alkowach i na świeżym powietrzu, iż - wedle opini Witolda Daniłowicza popartej żelaznym, bezdyskusyjnym, logicznym dowodem – biorą udział w globalnym krzewieniu kultury fizycznej. Choć niewykluczone, że niektórzy wzięli sobie do serca encyklikę papieską z 1968 roku, w myśl której owieczkom nie wolno uprawiać tej aktywności dla przyjemności, a jedynie by się rozmnażać oraz zapełniać Ziemię. Więc z punktu definicji nie zajmują się w alkowach sportem amatorskim, lecz wypełniają obowiązki. Jako wyczynowi sportowcy zawodowi.  Po znokautowaniu przeciwników łowieckich sportów tym bezdyskusyjnym argumentem, Witold Daniłowicz jako „wojujący z kozłami“ udowadnia dalej, że bierze udział w walkach i rywalizacji z tymi oraz innymi zwierzętami. Tymczasem ta „walka“ mecenasa Daniłowicza nigdy nie była i nie będzie walką. Przed pójściem na polowanie na kozły nikt nie spisuje testamentu. Autora polemiki, wychodzącego do boju z kozłem nie żegna zapłakana małżonka z gromadką potencjalnych sierot przyczepionych do spódnicy potencjalnej wdowy. Jeśli kozioł wygrał, bo udało mu się przeżyć, to nie znaczy, że wygrał, tylko że dostał  w czapę od kolegi mecenasa. W tym samym sezonie albo w następnym. Tak samo korrida, w której Autor widzi wyraz „zmagań człowieka ze zwierzęciem“, nie jest wcale walką, bojem lub wojną. Torreador,  który przegrał nie ląduje po K.O. w trzeciej rundzie w jatkach jako materiał na karmę dla psów. Tylko w szpitalu. A byk, któremu udało się załatwić w tych zmaganiach nawet tuzin przeciwników wcale nie idzie na emeryturę, by w gronie jałówek i cielątek spędzić ostatnie dni jako weteran na soczystych łąkach i być pochowanym w alei byków zasłużonych. Przeznacza się go do rzeźni. Konstruowanie relacji ludzko-zwierzęcych jako walki, boju, zmagań z równorzędnym przeciwnikiem jest w gruncie rzeczy nadużyciem. Niezależnie od tego, że spotkanie z tym czy innym zającem kończy się źle dla niektórych myśliwych (zając też potrafi ugryźć), czyli istnieje pewien element ryzyka, a szaraki są też z reguły szybsze od przeciętnego członka PZŁ. Polowanie ma to do siebie, iż determinowane jest jednoznaczną hierarchią między drapieżnikiem i ofiarami. Bez wzajemności, która mogłaby mieć wymiar udekorowanej trofeowymi zielonymi kapelusikami jaskini lwa tudzież zajęczej kotliny. Co się zdarza niesłychanie rzadko. W niektórych opowieściach przyogniskowych pojawia się np. motyw szczególnie niebezpiecznego polowania na dziki w naszych szerokościach (lwy i tygrysy nie występują u nas wcale, a chupacabary niesłychanie rzadko i tylko wtedy, gdy jest odpowiedni zapas nalewki). Faktycznie, nie można przeczyć. Dzik jest dziki, dzik jest zły i ma bardzo ostre kły. Polowanie na te zwierzęta jest niebezpieczne. Dla nich samych. Czyli dzików. Bez dwóch zdań. Wystarczy popatrzeć na statystyki.

Jaki jest więc morał z powyższego? Ano taki, że każdy wyjęty z kontekstu absurd da się logicznie i racjonalnie uzasadnić. Quod erat demonstrandum. Pozostaje on jednak absurdem – tak samo jak wychowanie fizyczne w alkowach zy walka na śmierć i życie z szarakiem europejskim. Choć co niektórzy chcą i mogą naturalnie owe czynności widzieć jako wojnę oraz z pełnym przekonaniem uprawiać – włącznie z łowiectwem - dla sportu, tylko sportu i samego sportu.

La petite difference leży zaś w różnych motywach i perspektywach. Inna jest motywacja i perspektywa indywidualnego myśliwego w naszych szerokościach, który poluje, bo lubi i może, choć nie musi i kompletnie inna tego samego myśliwego jako członka grupy, będącej częścią całego społeczeństwa, gdzie dla tego ostatniego znaczenie łowiectwa nie jest tożsame z tym, iż ono odczuwa przyjemność z tytułu upolowania dzika lub słonki. Sama tradycja podejścia i szerokiego traktowania myślistwa jako sportu rozkwitła w XIX wieku, choć ma korzenie sięgające czasów przed Królem Ćwieczkiem albo nawet Heraklesem. Postępująca powszechność postrzegania polowania jako sportu sprzed około 250 – 150 laty rezultowała z ewolucji klasy polującej, postępu technicznego i paru innych przyczyn. Szkopuł w tym, że żyjemy oraz polujemy dwa wieki później, a niektóre powszechnie ongiś akceptowane oraz respektowane recepty dziś nie bardzo funkcjonują. Ponadto dzisiejsza klasa polująca ma, zdaje się, niekiedy trudności z przyjęciem do wiadomości, że właściwie to zaczął się już XXI wiek.

Na zakończenie swojego artykułu w Braci Łowieckiej Witold Daniłowicz deklaruje, że jest zwolennikiem traktowania polowania jako sportu uzasadniając ten punkt widzenia w następujący sposób
Moim zdaniem określenie „sport” używane w odniesieniu do łowiectwa uszlachetnia to ostatnie. Dzięki temu łatwiej wykazać, że myślistwo to nie zwykłe zabijanie zwierząt dla przyjemności, lecz forma aktywności fizycznej, podlegająca określonym zasadom tak prawnym, jak etycznym. Do ich celów należy zaś zapewnienie, że łowiectwo będzie wykonywane w sposób zgodny z zasadami ochrony środowiska i dający zwierzynie szansę w starciu z myśliwymi.
Tymczasem mamy dziś do czynienia z diametralnie odmiennym postrzeganiem łowiectwa „wewnątrz“ i z „zewnątrz“ – tzn. przez ludzi polujących i nie parających się łowiectwem. Niepolująca  większość społeczeństwa, która w warunkach praktykowanej demokracji odgrywa rolę suwerena decydującego o kształcie i formie współczesnego polowaniania, podziela w coraz mniejszym stopniu tradycyjny wizerunek łowiectwa i nie dostrzega jego niuansów. Paradoks ten doskonale uwidaczniają np. badania postrzegania łowiectwa, przeprowadzone ponad 10 lat temu w ramach projektu kilku psychologów z Instytutu Medycyny Sądowej w Bremie. Mimo iż te badania obejmowały niestety stosunkowo niewielką grupę polujących i niepolujących respondentów (738 osób) i były ograniczone w czasie oraz przestrzeni, to ich wymowa jest dość jednoznaczna.

Ankietowani myśliwi sprowadzają niechęć do łowiectwa do przyczyn tkwiących w stereotypach, społecznym dystansie do przyrody, deficycie doświadczeń czy też braku wiedzy na temat tego co i jak robią myśliwi. Czyli czym jest współczesne łowiectwo.

Natomiast – jak widać powyżej – zapytani o to samo niepolujący formułują bardzo konkretne zastrzeżenia, których tło z pewnością determinowane jest stereotypami, (rosnącym) dystansem do przyrody, nieznajomością zasad wykonywania polowania, lecz dotyczą one zasadniczo stosunku do zwierząt. W ich centrum leży kwestia zabijania zwierząt. Mechanicznie negowana jest śmierć zwierząt, będąca (wyłącznie) rezultatem dążenia do osiagnięcia przyjemności. Widoczny jest brak akceptacji dla polowania jako sportu. Niechęć budzi manifestowanie przez myśliwych radości i satysfakcji z tytułu osiągnięcia celu polowania – pozyskania zwierzyny, zabicia, czyli  „wygrywania” rywalizacji i czegoś co Witold Daniłowicz chce widzieć jako walkę i zmagania ze zwierzęciem.

I choć brak konkretnych danych na temat podobnych badań opinii publicznej w Polsce, to z dużą dozą prawdopodobieństwa dałyby one zbliżone wyniki. Dlatego wypada być ostrożnym z wyciąganiem wniosków odnośnie akceptacji własnych przekonań przez opinię publiczną. W myśl zasady: „po pierwsze nie szkodzić”.

P.S. Witold Daniłowicz określił powyższą polemikę do jego polemiki jako „pisaną dla sportu”, niemerytoryczną „zabawę językową”. Przyznać musimy, że pan Witek to twarda sztuka.

piątek, 1 kwietnia 2016

Dobra Zmiana dotarła do buców!

Pragniemy zakomunikować Dobrą nowinę, czyli Zmianę wszystkim Czytelnikom naszego bloga! Zarówno tym, którzy konsumują bucowską tfurczość z uśmiechem na twarzy, jak i tym, którzy czynią to ze wstrętem i odruchami wymiotnymi też.

Po długich i wyczerpujących pertraktacjach z Redakcją jednego z największych polskich czasopism o tematyce łowieckiej zgodziliśmy się przejąć prowadzenie rubryki „Buce nieletnim, nieletnie bucom“. W tym miesięczniku. Inauguracja będzie miała miejsce punktualnie i prawdopodobnie w Dzień Dziecka sezonu łowieckiego 2016. Z całą mocą pragniemy podkreślić, że nie oznacza to, iż jesteśmy sprzedajni. Tylko, że naszą tfurczość będzie można też kupić.
 

W związku z przejęciem nowych obowiązków ku chwale myslistffa narodowego, zmuszeni będziemy zaprzestać wydawania bloga w dotychczasowej formie i zaproponujemy Wam nową, czyli inną. W ramach Dobrych Zmian w samej Redakcji bloga wpisy redachtora młodszego Wojciecha Wojciechusa Bołoza będą ukazywać się pod pseudonimem Daniel A. Kałużycki, natomiast redachtor starszy Daniel A. Kałużycki będzie publikował pod pseudonimem Wojciech Wojciechus Bołoz.

Szczegóły z detalami już wkrótce.

Dasz Bur.
 
P.S. Źródło, z którego pochodzi powyższy obraz w formacie jpeg'ie, to Łowiec Polski, a właściwie wirtualna strona internetowa Łowca.

poniedziałek, 21 marca 2016

Zajonce szkodzom! Zajonce gwałcom!

Dnia 09.03.2016 w gronie stanowiącym zlepek Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa odbyła się debata nad zmianami w Ustawie Prawo Łowieckie. W trakcie dyskusji wyszczelono z wnioskiem o rozszerzenie katalogu zwierząt, za których grzeszne uczynki na polach winno się chłopom płacić odszkodowanie tak z urzędu, jak i od myśliwych. No i kandydatem na wielkiego szkodotfurcę mianowano… zająca szaraka. Właściwie to chuj wie dlaczego. Z naszego punktu widzenia to raczej szarakowi powinno się przelewać monetę za dramatyczne zmiany w środowisku, które doprowadziły do tego, że w zasadzie to ten gryzoń nie ma za dużych szans porobić naprawdę dużych szkód.

Na szczęście dla łowiectwa polskiego, a przede wszystkim dla Dian (też polskich), we wspomnianym gronie łączonym znalazła się Przewodnicząca Klubu Dian Polskich Polskiego Związku Łowieckiego – namaszczona na to stanowisko przez samego wodza Zarządu Głównego PZŁ – pani posłanka na Sejm Pasławska.
 
Przewodnicząca Klubu Dian Polskich wręcz brawurowo stanęła w obronie… poszkodowanych działalnością szaraka narodowego, własnoręcznie głosując za prawem do odszkodowania dla Dian Polskich oraz innych grup społecznych za to co zając wpierdoli.

Niestety nadzieję na wprowadzenie regulacji w interesie Dian Polskich oraz innych rolnych zostały pogrzebane wynikiem głosowania 22:8, jednoznacznie wskazującym na to, że wśród posłów dominują Diany niepolujące, które w dodatku podczas głosowania wyrażały oburzenie: bo z jednej strony dyskutuje się nad rozszerzeniem katalogu zwierząt „szkodotfurczych” o zająca, no a z drugiej strony inwestuje się ogromne środki w reintrodukcję i poprawę warunków bytowania tego szkodnika.

Głęboko zatem współczujemy Przewodniczącej Klubu Dian Polskich z powodu takiego wyniku głosowania, jednocześnie postulując gotowość niesienie pomocy, by ulżyć ciężkiej doli Dian Polskich, które najwidoczniej czują się okropnie zagrożone przez szaraki i nie mogą teraz liczyć na żadne rekompensaty za doznane doznania. Znaczy szkody. Postulujemy więc przeprowadzenie zbiórki wśród ludzi z miękkimi sercami oraz szarymi komórkami na zakup sprzętu, co już w średniowieczu sprawdzał się jako środek zapobiegania szkodom wśród dam. Będącymi też Dianami. Czyli pasa cnoty. Pertraktacje z dostawcą, tj. znajomym wiejskim kowalem już rozpoczęliśmy. Liczymy zarówno na pomoc myśliwych, jak i na solidarność pozostałych członkiń Klubu Dian Polskich. Nie wiadomo czy taki pas cnoty pomoże i zabezpieczy polującą Przewodniczącą Pasławską, bo szaraków raczej ubywa. Ale zaszkodzić to on chyba nie zaszkodzi. Tym bardziej, iż w przypadku szkód od zająca powinno się raczej rozchodzić o zapobieganie, a nie płacenie.

PS. W przypadku wystąpienia podobnych fobii wśród członkiń Klubu Dian Polskich przy PZŁ w terenie, sugerujemy kołom łowieckim wyposażenie Koleżanek w podobny sprzęt, w jaki mamy zamiar zaopatrzyć Przewodniczącą. Co prawda nie wiemy czy to poprawi ich samopoczucie i może cuś jeszcze? Ale już samo przymierzanie tych części garderoby stanowić powinno lepszą imprezę integracyjną niż wszystkie odświętne polowania zbiorowe Dian Polskich. Też podobno służące integracji.

piątek, 11 marca 2016

Słowa godne godnej oprawy.

Czyli bucowska złota rama, której dawno nie było, triumfalnie powraca! Prezentujemy Szanownej Parafii anonimowy komentarz do najnowszych wypocin zatytułowanych "Drapieżne, szczęśliwe, seksowne...". Wypoconych dla Kobiet na Dzień Kobiet. Twór/cy/czyni poniższych słów gratulujemy i życzymy dalszej, owocnej pracy na bucowskim ugorze.

poniedziałek, 7 marca 2016

Drapieżne, szczęśliwe, seksowne...

Powyższa fotografia ukazała się na profilu Pani Katarzyny Lewańskiej-Tukaj. I skłoniła jednego z internautów do wyrażenia niezrozumienia:

Piotr P.: Nigdy nie zrozumiem łowiectwa jako pasji... a chyba w szczególności u kobiet.
No więc psze Państwa, brak zrozumienia dla zawartości tej fotografii w cytowanej opinii można ująć w nieco szerszym kontekście niż fejsbukowe wyznanie. Zupełnie niedawno mieliśmy do czynienia – po  raz pierwszy w naszym kraju – z obchodami Dnia Darwina. Karola. W Poznaniu. Mimo iż ten akurat Karol jest w naszym kraju stosunkowo mało popularny i nadal dominuje u nas wiara w Adama oraz Ewę tudzież bociana, czego w pewnym sensie dowodzi doskonale Piotr P.

Ale co właściwie widać w kontekście obchodów dnia tego Karola na fotografii sfotografowanej przez Panią Katarzynę Lewańską-Tukaj? Otóż tam widać dwie samiczki z gatunku Homo SS, który wyewoluował gdzieś 6-3 miliony lat temu (akurat po damach ze zdjęcia tego wieku nie widać, trza przyznać, że trzymają się fantastycznie – gratulujemy!). Gatunek reprezentowany przez obie Panie „oddzielił się" wtedy od ich wspólnych przodków z małpami (niektórzy uważają, że niecałkiem - jednak jest to zupełnie odrębna problematyka). W każdym bądź razie przodkinie stażystki & myśliwej przeszły w czasie i przestrzeni proces ewolucyjny, którego fakt nie jest dziś praktycznie przez nikogo kwestionowany. Choć naturalnie wszędzie znajdą się wyznawcy Adama i Ewy oraz pan Piotr P., co pisze na fejsbuku.

Jednym z elementów tego procesu była diametralna zmiana preferencji pokarmowych prekursorek obu Pań. Od wszystkożerców z przewagą diety roślinnej , potem padlinożerców, po nadzwyczaj efektywnego predatora. Zmiana ta podyktowana była adaptacją do zmieniających się warunków środowiskowych i jednocześnie stanowiła motor rozwoju gatunkowego. W rezultacie, na leżącej sośnie, której nie zaadoptuje już żaden aktywista WWF-u, widzimy dwie samiczki reprezentujące rodzaj wyjątkowo elastycznego i skutecznego drapieżnika, który nie zatracił zdolności korzystania z pokarmu roślinnego. Na pierwszy rzut oka nie widać u tych Pań typowych atrybutów typowego drapola. Gdyby zostały sfotografowane w postaci rozebranej, deficyt owych „typowych" atrybutów uwidoczniłby się jeszcze drastyczniej. Cóż bowiem można ujrzeć, koncentrując się na istotnych elementach budowy tych dwóch egzemplarzy Homo SS? Przede wszystkim zadbane, lecz fatalne uzębienie. Brak zajebistych kłów. Brak muskulatury, która pozwalałaby zrobić ze szczęk lepszy użytek niż wydawanie wrzasku na widok myszy lub żabki. Czy z takim wyposażeniem można przegryźć gardło jakiemuś jeleniowi? O dużym odyńcu nie wspominając? Nie, ewidentnie nie. Kto nie wierzy może sam spróbować. A z takim wyzwaniem radzi sobie przecież tygrys, lew czy też maleńki ryś. Z pazurem w pupci właściwie. No więc ten atrybut możemy spisać właściwie na straty. Przejdźmy zatem ze szczęk niżej – jak to tam wygląda z wyposażeniem w drapieżnicze narzędzia? Znów, fatalnie. Albo jeszcze gorzej. Pazury na przykład. Niby są, ale czy nadają się do czegokolowiek więcej niż podłubania w nosie we wczesnym dzieciństwie i pomalowania na czerwono w późniejszym? Do polowania ta karykatura szponów w kończynach górnych i dolnych w ogóle się nie nadaje. Trzeźwo patrząc. Równie źle to wygląda, jeśli zaczniemy weryfikować zmysły, jakimi dysponują obie Panie, pod kątem ich przydatności do predacji. O węchu – nieodzownym dla tygrysa, pantery, lwa czy lisa – praktycznie można zapomnieć. Nasze myśliwki – tak początkująca, jak i zaawansowana – nie są w stanie przy pomocy tego zmysłu i zdegenerowanych organów zlokalizować prawie żadnej potencjalnej ofiary. Chyba, że jest już parę dni martwa a temperatura na zewnątrz dopisuje. Co gorsza, wygląda na to, iż degeneracja tego zmysłu postępuje – niewykluczone, że ich potomstwo w przyszłości będzie lokalizować swoją obecność w drogeriach i w miejskich szaletach wyłącznie po tabliczkach informacyjnych. Podobnie krytycznie wypada odnieść się do słuchu. Niby jest, ale gdyby któraś spróbowała zastrzyc uszami, by w ten sposób podnieść skuteczność rejestrowania i selekcjonowania dźwięków docierających z otoczenia, to absolutnie nie da rady. Chociaż w pyskach, czyli buziach obu predatorek zachowała się śladowa muskulatura, przy pomocy której mogłyby teoretycznie wachlować uszami tak jak słonie. Trochę lepiej jest ze wzrokiem – osadzone z przodu czaszek oczy przetwarzają otoczenie w dość ostry obraz. Podobnie jak u większości ssaków drapieżnych. Jednak w porównaniu z tym, co potrafi przy pomocy tego zmysłu zarejestrować wilk albo lis, to jest śmieszne nic. Umiejętność pościgu – złowienia potencjalnej zdobyczy? Groźba dogonienia leśnej gadziny, przy prędkościach jakie są w stanie teoretycznie i praktycznie rozwijać łowczynie, z pewnością potraktowana zostałaby przez ofiary co najwyżej humorystycznie. Dlatego też zające lub inne jelenie mogą bez obaw wyszydzać niedoskonałości drapieżniczek, krytykując nawet ich makijaż.

Właściwie więc, jak się na ten obraz nędzy i rozpaczy popatrzy, to można solidnie zwątpić. To mają być te drapieżniki? Tyranosaurus rex płci żenskiej naszych czasów? Nie jeden w tym miejscu se powie, iż Mamusia Natura lub ktoś, kto zrobił użytek z kawałka Adamowego żebra, miał zajebiste poczucie humoru. Tworząc TAKIE predatorki. O jakiej więc łowieckiej pasji tu można mówić? Do złowienia czego?

A… jednak! Pozory lubią mylić. Dlatego absolutnie nie wolno dać się zwieść tajemniczemu uśmiechowi, który do obiektywu prezentuje ta ciemnowłosa Pani z lewej. Popełnia też karygodny błąd każdy, kto bierze za dobrą monetę łagodne spojrzenie Pani z pierwszego planu. Proszę Drogiej Parafii, to, co widzicie na tym zdjęciu, to są w istocie dwie samiczki najgroźniejszego, najniebezpieczniejszego, najbardziej podstępnego i najefektywniejszego gatunku drapieżnika, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi. Owszem, można sobie robić podśmiechujki z tego czy innego atrybutu - bardzo nietypowego dla typowego predatora, lecz samym zwierzakom zamieszkującym ten las i resztę kuli ziemskiej, wcale nie jest do śmiechu. I jeśli ktoremuś w przeszłości przychodziły takie myśli do głowy, to został ich pozbawiony wraz z łbem. Na wieki wieków. W kategorii wagowej wszelkich istot powyżej 100 gram i wzroście powyżej 5 centymetrów, mamy tutaj do czyniena z absolutnym top-predatorem wszechczasów. Reprezentowanym na załączonym zdjęciu przez dwa niewiniątka w młodszej klasie wiekowej. Ewolucja, czyli Darwin nie pracują mianowicie według sztywnych schematów, zaś do celu, którym jest optymalizacja gatunku, prowadzi wiele dróg.

Przyjrzyjmy się tym paniom jeszcze raz. Ich ząbkom na przykład, których na zdjęciu nie pokazują być może dlatego, że w obrębie ich gatunku uśmiech może być czasami interpretowany jako forma szczerzenia kłów. Uzębienie nie musi mieć formy uzębienia wielkiego kota (proszę sobie wyobrazić jakby to wyglądało). Ta forma nie jest obu Paniom absolutnie potrzebna do złowienia i zabicia ofiary. Wyprostowana postawa powoduje, że mają do dyspozycji przednie kończyny, wyposażone w wyjątkowo w świecie zwierząt ukształtowane łapki. Czyli dłonie, przy pomocy których mogą posługiwać się narzędziami. Żaden lew, gdy nie może dogonić antylopy, nie schyli się, żeby podnieść kamień i z odległości kilkudziesięciu metrów pierdolnąć ją w czapę. Ale każda z tych Pań to doskonale potrafi. Choć nieraz w przypadku młodszych osobniczek, rzucających papierkiem do kosza, to nie zawsze funkcjonuje tak jak powinno. Jest to jednak wyłącznie kwestia treningu. Zaletę tego typu uzębienia stanowi jego uniwersalność. Jeśli nie uda się żadnej antylopy trafić, to przecież zawsze można schylić się po jakąś gruszkę lub inny banan albo brokół i zaspokoić głód. Co umożliwia też uniwersalna konstrukcja układu pokarmowego. A żaden konkurencyjny kotek nie wyżyje na samych gruszkach. Powyżej było trochę kpin ze ślamazarności i powolności tych stworzeń – niezdolnych dogonić choćby kulawego zająca. Ale gdyby dały się kiedyś roznegliżować, to najpewniej dojdziemy to wniosku, że te ciepłokrwiste istoty, nie mają futerka (no, prawie nie mają). A to powoduje, iż mogą się pocić, dysponując tym samym genialną chłodnicą, która pozwala utrzymać stałą temperaturę ciała przy dłuższym wysiłku fizycznym. Z czego rezultuje niesłychana w świecie zwierząt wytrzymałość. Żadna gadzina z otaczającego lasu nie byłaby w stanie ujść na długim dystansie obu łowczyniom.  Homo sapiens jest w stanie pokonać za jednym zamachem dystans do 600 kilometrów. Ścigając sarnę czy dzika z tego lasu w razie potrzeby aż do Kolonii lub Smoleńska (Sztokholm odpada, bo trzeba pływać). Z reguły takiej potrzeby nie ma, ponieważ ofiara zdąży na tym dystansie z 5 razy paść z wyczerpania. Zwierzęta są pozornie szybsze, lecz te Panie potrafią zagonić każdego ssaka na śmierć – jeśli tylko będą miały ku temu warunki i gumofilce zamiast szpilek. Złowić bez marnowania naboju. Zatem dokładnie przyglądając się tym wszystkim atrybutom posiadanym przez te egzemplarze Homo SS, dojdziemy do wniosku, iż owszem – występują pewne braki, niedociągnięcia etc., a niektóre elementy mogłyby być miejscami lepiej rozwiązane – ale całość jest pod kątem uprawiania polowania zoptymalizowana. Z wieloma opcjami dodatkowymi. Jeśli bowiem gdzieś występują braki, postrzegane przez nas jako braki, to po dogłębnej analizie całego kompleksu jaki tworzy taka myśliwka, okazuje się, że są to braki pozorne, wynikające z braku potrzeby posiadania określonych właściwości. Poza tym, biorąc pod uwagę estetykę konstrukcji, myśliwka sprawia wyjątkowo pozytywne wrażenie. Przeważnie. Czego potwierdzenie znajdziemy na fotce, którą legalnie ukradliśmy.

Na tym zdjęciu jest jeszcze jeden element. Słabo widoczny. Jednak odgrywa zasadniczą rolę przy ocenie drapieżniczych zdolności obu samiczek. To jest intelekt z siedzibą w mózgu, będącym jednym z najlepszych, najbardziej kompleksowych komputerów, w jakie Natura (albo kreatywny specjalista od męskich żeber) wyposażyła kiedykolwiek, którąkolwiek istotę na Ziemi. Jeśli popatrzymy na te Panie tylko i wyłącznie z drapieżniczej perspektywy, to na zabitej sośnie siedzą w zasadzie maszyny do zabijania, wyposażone w rozbudowane centra informatyczne, zamaskowane resztkami sierści porastającymi ich głowy. To nie sztucer czy inna dwururka, lecz właśnie intelekt daje absolutną przewagę nad każdym, zwierzęcym konkurentem, minimalizując szanse obiektów łowów i wyrównując ewentualne mankamenty dotyczące innych atrybutów. Stanowi też zasadnicze źródło hierarchii oraz jednoznacznego podziału ról na ludzkim polowaniu. Hierarchii, która stała się szczególnie wyrazista w okresie ostatnich kilkuset lat. Straszne, wręcz porażające! Można by powiedzieć, kontemplując z tej perspektywy predatorki siedzące na zabitej sośnie. Dobrze, że tego zdjęcia do tej pory nie oglądał redachtor Wajrak, który popełnił był swego czasu publiczne wyznanie „Bojem siem myśliwyh!”. Niewiadomo co by się stało z jego zwieraczami. Na szczęście większość widzących tę fotografię widzi… to co widzi.

Czy jednak owo zdjęcie, powstałe dzięki talentowi Pani Katarzyny Lewańskiej–Tukaj, rzeczywiście pokazuje wszystko, co chcemy zobaczyć i se zinterpretować? Widać tam na pewno  dwie samiczki z gatunku Homo SS, drapieżnego wszystkożercy. Dostrzec można dwie maszyny do zabijania, wyposażone we wspomniane centra informatyczne. No i wiele, wiele, wiele innych rzeczy też. To co widzimy, to są jednak tylko poszlaki, na podstawie których trudno zdefiniować gdzie kończy się biologia i zaczyna psychologia – czyli pasja. Szukając obecnej bądź nieobecnej pasji, wypada się wybrać z Karolem Darwinem w przeszłość. Do lasu, w którym kilka milionów lat wcześniej, w podobnej scenerii, na pniu zabitego palisandra, siedziały dwie dziewczyny z gatunku jakichś człekokształtnych. Wówczas nie polowały, lecz dawały… Się upolować panterom, lwom, czasem i szakalom. Gustując w bananach oraz termitach. Ale pewnego pięknego dnia owe Panie zdecydowały się wzbogacić dietę tatarem z leśnej antylopy, potem kotletem malpy czy innego stworzenia. Kilkadziesiąt, może kilkaset tysiecy, a może miliony lat doświadczeń z wysokowartościowym białkiem zwierzęcym wyzwoliło w podświadomości tych wszystkożernych istot coś, co na wstępie się nazywa pasją łowiecką i jest w gruncie rzeczy genetycznie zakodowanym instynktem. Instynktem, który pomógł przetrwać oraz rozwijać się tej grupie gatunków – balansującej przez większą część swojej ewolucji najprawdopodobniej na krawędzi wymarcia. Pulsowanie klimatu i zmiany w środowisku powodowały, że miała tam miejsce permanentna selekcja, preferująca łowców – tj. osobniki, które w obliczu zaniku dżungli z bananami i zastąpienia ich rozległymi sawannami, były w stanie efektywniej niż inne korzystać z tego, co oferowała sucha, otwarta oraz uboga w zjadliwe rośliny, owoce, kłącza, bulwy przestrzeń. Pozostawało do dyspozycji białko zwierzęce – dostępne początkowo w formie larw, owadów, małych zwierząt, padliny a potem w coraz większym stopniu jako rezultat polowania. Aż po moment, kiedy prarababcie bohaterek fotki zaczęły celowo i skutecznie łowić zwierzęta większe od nich samych. Kierowane instynktem. Takim samym instynktem jaki tkwi wewnątrz każdego tygrysa, kota domowego a nawet pudła kanapowego (w  przeciwieństwie do jego braku np. u  baranów, u których pasja do polowania występuje rzadko, ale za to o wiele częściej brak zrozumienia dla niej).   Instynkt łowcy jest zakodowany i drzemie właściwie w każdym przedstawicielu i przedstawicielce gatunku ludzkiego. W każdym z nas. Przybierając najróżnorodniejsze formy pasji, łowów, pogoni – za sławą, pieniędzmi, władzą, uznaniem oraz dążeniem do osiągnięcia setek albo i tysięcy materialnych oraz niematerialnych celów. Zresztą często, z punktu kolektywnego widzenia, pozbawionych racjonalności. Łowy to wysiłek, lecz również radość, zadowolenie, poczucie szczęścia. Nie tylko z powodu sukcesu i osiągnięcia celu polowania, ale również z samego w nich  udziału. W 1943 roku – na długo zanim naszą świadomością i podświadomością zajęły się neuronauki, socjobiologia oraz inne szkiełka i oka – hiszpański filozof Jose Ortega y Gasset, zafascynowany fenomenen polowania we współczesnej cywilizacji – napisał bodajże jedyną, filozoficzną rozprawę o polowaniu i motywach dzisiejszego łowcy. W „Medytacjach nad polowaniem“ Don Jose stawia tezę, iż myśliwy jest najszczęśliwszym człowiekiem. Jest mianowicie sobą. Tym, czym byliśmy ongiś wszyscy. Człowiekiem postępującym zgodnie ze swoją naturą i instynktem. Archaizmem i wyrazem powrotu tam, skąd przyszliśmy i dokąd – jako cywilizacja – nigdy nie wrócimy. Choć powszechnie praktykowane są polowania na stanowisko prezesa spółki czy na zasiłek dla bezrobotnych. Z perspektywy Jose Ortegi Y Gasseta – a i naszej też – na zdjęciu widać po prostu dwie, szczęśliwe kobiety. Żyjące w zgodzie zarówno ze swoją naturą, jak i z naturą, która je otacza. Czego z okazji międzynarodowego Dnia Kobiet wypada życzyć wszystkim pozostałym.

sobota, 20 lutego 2016

Żubruj edukując, edukuj żubrując!

17 lutego roku bieżącego odbyła się w Warszawie demonstracja zorganizowana przez Partie Zieloni. Happening miał miejsce punkt 9.00 rano na „patelni" przy stacji metra Centrum. Jak wynika z ząłączonych zdjęć licznie zgromadzeni aktywiści wyrazili swój sprzeciw dla planów odstrzału żubrów w Puszczy Białowieskiej. Nastepnie o godz. 11.00 tłum partyjnych aktywistów wraz ze wszystkimi dwoma sympatykami przeszedł na plac Bankowy, żeby przekazać prezydent Warszawy, Hannie Gronkiewicz-Waltz, petycję z podpisami obywateli protestujących przeciw odstrzałowi tym razem stołecznych dzików. Internetową petycję „Zielonych” z poparciem dla zakazu zabijania dzików, będącą wyrazem masowego protestu Warszawiaków, podpisało ok. 1700 osób. Niektóre źródła mówią nawet o 1702 osobach. Czyli mniej więcej jednym promilu populacji warszawskich Warszawiaków. Według organizatorów demonstracja zakończyła się pełnym sukcesem. Zdanie samych dzików w liczbie 80, ocalonych przed kulami dzięki heroicznym wysiłkom ekoaktywistów, nie jest znane. Z banalnej przyczyny. Otóż planowany odstrzał został już przed demonstrancją pratycznie w całości zrealizowany i w zasadzie nie było kogo pytać.

Demonstracja, która odbiła się szerokim echem w prasie – między innymi w Gazecie Wyborczej oraz w Gazecie Wyborczej – zrobiła bardzo dobre wrażenie. I bardzo nam się podobała. Mielibyśmy jednak parę uwag i propozycji na przyszłość, którymi chętnie oraz zupełnie bezpłatnie dzielimy się z zarządem Partii Zielonych jak również Czytelnikami bloga.

Po pierwsze – jak widać na załączonych zdjęciach – zwierzę, które na licznych plakatach licznie zgromadzonych demonstrantów przedstawiać ma żubra nie przypomina właściwie żubra. To jest raczej bizon, któremu w Puszczy Białowieskiej nic nie grozi. Naprawdę.
 
 
W związku z powyższym postulujemy stworzenie nowej wersji plakatu, ilustrowanego obrazem żubra doskonale znanym każdemu Polakowi, wielu Polkom a nawet dzieciom polskim też.


Po drugie, w ramach poparcia dla Partii oraz działań dydaktyczno-edukacyjnych na rzecz Przyrody Polskiej, szerzenia znajomości chronionych - zagrożonych wymarciem - gatunków rodzimej fauny, zobowiązujemy się przesłać na adres centrali: Biuro Krajowe Partii Zielonii, ul. Marszałkowska 1 lok. 160, 00-624 Warszawa, dwie puszki piwa marki Żubr. Do rąk własnych kierownictw, czyli pani Małgorzaty Tracz i pana Adama Ostolskiego. Z dopiskiem: "darowizna na rzecz Partii Zieloni".

Parafian zainteresowanych wsparciem naszej akcji i dorzuceniem się do ściepki w celu podniesienia świadomości ekologicznej proekologicznych organizacji politycznych prosimy o zgłaszanie gotowości do mile widzianej pomocy finansowej. Na nasz adres mejlowy.

Tak nam dopomóż Żubr.

PS. O działaniach mających na celu kształtowanie świadomosci ekologicznej wśród obywatelek i obywateli należących do partii Zieloni będziemy oczywiście na bieżąco informować: zarówno Czytelników bucowskiego bloga, Zarząd Partii jak i innych niezainteresowanych.

środa, 17 lutego 2016

Eko-ale czy-logicznie?

W sierpniowym numerze Braci Łowieckiej z roku Pańskiego już ubiegłego ukazał się wywiad z Arkadiuszem Glaasem, współtwórcą kampanii „Niech Żyją!”, której celem jest m.in. wprowadzenie zakazu polowań na ptaki. Eko-aktywista zaangażował się również w działania związane z nowelizacją prawa łowieckiego. I tak prowadząca wywiad dr Izabela Kamińska zadała mu pytanie:
„Czy możliwe jest porozumienie na linii ekolog–myśliwy?“
Powyższe pytanie powędrowało pod niewłaściwy adres. Co zresztą zauważył sam Glaas. Ekologia jest bowiem dziedziną nauk przyrodniczych a ekolodzy to ludzie zajmujący się tą gałęzią wiedzy. Natomiast z wypowiedzi Arusia w dalszej części wywiadu jednoznacznie wynika, że nazywanie go ekologiem raczej trąci grzechem. To modne pojęcie, sugerujące kompetencje i wiedzę jako tło działalności związanej z przyrodą przywłaszczył sobie swego czasu raczkujący ruch społeczny na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Stało się ono w stopniu większym niż w innych krajach Europy synonimem aktywności społecznej związanej z przyrodą. Jednak jego treść została w Polsce bardzo szybko zdeprecjonowana, ulegając swoistej inflacji. No i funkcjonuje obecnie w wielu środowiskach jako rodzaj inwektywy. Właściwie należy współczuć ludziom nauki, ekologom, którzy są stawiani w jednym rzędzie z Arkadiuszem Glaasem. Ich koledzy parający się również naukami przyrodniczymi - tytułowani „Ty biologu!“ czy „Ty zoologu!“ nie muszą przecież dopatrywać się w tych określeniach negatywnych podtekstów. Nikt też raczej nie obrazi kogoś określeniem „pseudobotanik“. O „pseudofizyku“ tudzież „pseudochemiku“ nie wspominając. Trend i moda na „eko“ jest z pewnością przekleństwem ekologii, rzutującym na jej wiarygodność i postrzeganie. Pionier ekologii, Ernst Haeckel, który wykreował to pojęcie 150 lat temu, obraca się zapewne w grobie wobec faktu używania go dziś jako reklamy proszku do prania. Z wzajemnym oddziaływaniem organizmów mającego raczej niewiele do czynienia. Glaas jest zaś przedstawicielem ideologicznie motywowanego ruchu na rzecz ochrony przyrody – ekologizmu – dla którego przesłanki bazujące na wiedzy, kompleksowym i racjonalnym  postrzeganiu rzeczywistości są raczej balastem niż środkiem do realizacji celów. Zmarły kilka lat temu Michael Crichton, amerykański pisarz, producent filmowy i lekarz, autor scenariusza do filmu Jurajski Park, swego czasu tak zdefiniował ekologizm:
„…jest dziś jedną z najbardziej wpływowych religii zachodniego świata... Wydaje się być szczególnie atrakcyjny dla ateistów z przestrzeni zurbanizowanej. Mamy jednak w tym wypadku do czynienia z typem religijności, która sama definiuje się jako racjonalna, wręcz udowodniona naukowo. Tak jak chrześcijanie z epoki przed Oświeceniem czy wielu muzułmanów po dziś dzień, tak samo ekologiści traktują swoją wiarę nie jako wiarę, lecz jako zbiór niepodważalnych, zgodnych z naukami przyrodniczymi faktów." 
Zwierzający się dr Izabeli Kamińskiej aktywista, streścił cele, które mu osobiście przyświecają w dążeniu do „swojego idealnego świata“. Właściwie jest to abstrakcja o bliżej niesprecyzowanym kształcie, ale za to bez łowiectwa. Tytuł artykułu „Porozumienie jest niezbędne dla ratowania przyrody“, nawiązujący do jednej z wypowiedzi w wywiadzie, doskonale odzwierciedla jeden z dogmatów, wokół którego powstał i rozwija się ekologizm. Apel o „ratowanie przyrody“, „ratowanie jej resztek, które nam pozostały“ implikuje  permanentne zagrożenie i istnienie „zła“, zagrażającego wyidealizowanej, podniesionej na piedestał  Mamusi Natury. Ma pobudzać zaangażowanie, wyzwalać inicjatywy na rzecz ochrony dobra postrzeganego coraz powszechniej jako uniwersalnej wartości duchowej – wartości samej w sobie – mobilizując i konsolidując ludzi wokół idei jego „ratowania“. Dla Koalicji „Niech Żyją“ tym złem są właśnie myśliwi. Zabijający, niszczący przyrodę, ucieleśnianą pod postacią kilkunastu gatunków ptaszków łownych. Trzeba sobie jednak uświadomić, że część a być może większość tych ludzi z ogromnym sercem dla przyrody symbolizowanej ptasim piórkiem, najprawdopodobniej nie wie co konkretnie chroni. Domniemać można, że koalicjantka Pana Glassa, pani Dorota Willand, tak jak ornitolodzy z portalu Ludzie Przeciw Myśliwym, z identycznym zaangazowaniem walczyliby o pterodaktyle i zdjęcie z listy gatunków łownych Archoepteryxa. Jeśli tylko ktoś z ekologistycznych autorytetuff zakomunikowałby, że tym gatunkom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony członków Polskiego Związku Łowieckiego. Inicjatywa Glaasa, czyli stworzenie koalicji „Niech żyją!“ nie jest właściwie działaniem na rzecz ochrony przyrody lub ochrony gatunkowej. Wartości te, przewijające się w oficjalnej propagandzie tego tworu można interpretować w najlepszym wypadku jako etykietę. Rzeczywiste spoiwo koalicji stanowi nienawiść. Uczucie i motyw stary jak świat, u źródeł których leży jednoczący koalicjantów brak akceptacji dla innych ludzi i ich relacji z przyrodą. W rezultacie mamy do czynienia z generowanym  w imię jedynie słusznej ideologii konfliktem społecznym, w którym realne potrzeby ochrony przyrody i ochrony gatunkowej są jedynie tłem a skutki działań w gruncie rzeczy podrzędnymi i mało istotnymi. Czarujący uśmiech Glaasa nie zatuszuje mowy nienawiści oraz nawoływania do fizycznej przemocy, naruszania godności osobistej, pogardy dla innych ludzi, towarzyszących działaniom niektórych z jego „koalicjantów“. Za co ów pan ponosi pełną odpowiedzialność. Uwaga czy apel z ust tego pana o porozumienie jest w gruncie rzeczy całkowitym nieporozumieniem. Niezależnie od intencji aktywisty, można ją odczytać jako formę szyderstwa, formułowaną z pozycji wiary w dogmat, którym jest przekonanie o własnej wyższości moralnej i słuszności własnych argumentów opartych o wiarę. Warto w tym kontekście zdać sobie sprawę np. z tego, iż w Polsce zabijanych jest corocznie kilkanaście, być może kilkadziesiąt milionów ptaków przez koty domowe. Nad tą hekatombą stanowiącą poważny problem natury ekologicznej koalicjanci zgodnie przechodzą bez zmrużenia oka. Do porządku dziennego. Nie podejmując absolutnie żadnej aktywności w celu zminimalizowania bądź choćby tylko szerszego uświadomienia społeczeństwu tego problemu, który powinien być znany każdemu miłośnikowi dzikich ptaków. Przyczyn tej obojętności wydaje się tkwić w wyrachowaniu animatorów antyłowieckiej inicjatywy. Rezultatem jest groteskowy obraz koalicjanta lub koalicjantki głaszczących rankiem ukochane zwierzę nad pokotem złożonym ze słowików i piskląt kosów, by udać się w południe na demonstrację w obronie odstrzelonych łysek oraz dzikich kaczek.

Arkadiusz Glass reprezentuje swoją osobą bez wątpienia przykład człowieka niebywale emocjonalnie zaangażowanego w pasję, którą realizuje w wolnym czasie i za własne pieniądze. Tak jak każdy myśliwy. Czy jednak przykład tej żony Cezara w rogowych okularach można odnieść do całego środowiska? W tym miejscu wypada krytycznie ustosunkować się do kreowanego przez niego wizerunku doktora Judyma ochrony przyrody, który zdaje się już ździebko wyblakł. Aktywista daje wyraz swojemu oburzeniu z powodu publikacji w Łowcu Polskim artykułu „Ekoterrorysci u bram“ autorstwa Marka Weneckiego, sugerującego, iż „działaność przyrodników stanowi sposób na zarabianie kasy“. Publikacja na łamach ŁP jest faktycznie emocjonalna i miejscami mało merytoryczna – tak jak setki publikacji poświęconych łowiectwu w periodykach i na stronach internetowych ideologicznej ochrony przyrody. Glass może być naturalnie zbulwersowany i grozić pozwem. Warto jednak przyjrzec się faktom. Oburzony zarzutami działania z przyziemnych, finansowych powodów  przyrodnik–społecznik jest – co sam wspomina - współzałożycielem Klubu Ptaki Polskie (KRS 0000253695) i zasiada w komisji rewizyjnej tej organizacji. Łączna kwota środków publicznych uzyskanych przez ten klub w 2013 roku wynosiła 5.662.818,16 złotych. Z tej sumy przyrodnicy czerpią 887.089,37 złotych na pensje i inne formy wynagrodzenia, czyli na własne a nie ptaków potrzeby. Z pewnoscią stanowi działanie na rzecz zachowania stanu kont określonej grupy osób, ale na stan zachowania przyrody te pieniądze bezpośrednio raczej nie wpływają. 10 osób na 7,5 etatach zainkasowało prawie pół miliona złotych (dokładnie 498.852,51 złotych). Doprawdy, żeby dopatrzeć się w tej kwocie jakichś szczególnych znamion bezinteresowności i „społecznikostwa” to potrzeba okularów noszonych przez Arkadiusza Glaasa. Organizacja liczy wg. danych z raportu za rok 2013  433 członków. Z tytułu składek członkowskich od  tych przyrodników wpłynęło do kasy organizacji całe 1260,00 złotych. Przy składkach leżących między 10 i 30 złotych od osoby nietrudno wyobrazić sobie jaki procent członków Klubu pana Glaasa angażuje się finansowo w działalność na rzecz organizacji, a w ostatecznym rezultacie ptaków i przyrody. Jest to co najmniej dziwny wyraz “zorganizowanego”, społecznego zaangażowania. Szkoda właściwie, że zbulwersowany Arkadiusz Glaas nie spełnił do tej pory swojej obietnicy i nic nie słychać, by podjął kroki prawne wobec autora artykułu w Łowcu Polskim. Być może byłaby tym samym okazja do wyjaśnienia na drodze prawnej szczegółów działań Klubu Ptaków Polskich, ujętych w 2013 roku w punkcie: „Wsparcie dla koalicji organizacji pozarządowych i osób prywatnych Niech Żyją!.” Jeśli bowiem wsparcie to finansowane pochodzi z dotacji ze środków publicznych, to mamy do czynienia z sytuacją, w której myśliwi jako podatnicy finansują wymierzone w nich działania i mowę nienawiści. Co rodzi kolejne pytania warte wyjaśnienia. Również w kontekście pieniędzy jako motywu „społecznych” działań na rzecz „ratowania przyrody”.

„Porozumienie dla ratowania przyrody” może brzmieć obiecująco. I choć nie trzeba się koniecznie akceptować, by się porozumieć, to wypada się rozumieć i wzajemnie respektować. A zdaje się, że obecnie od tego dzielą nas i Pana Glaasa z jego ideologią lata świetlne.

Przyroda i stan otaczającego nas środowiska są wartościami, które mają współcześnie ogromne znaczenie. I z tego rezultuje kredyt społecznego zaufania wobec wszelkich działań na rzecz ich ochrony. Ale jesli ich rezultatem ma być idealny świat Arkadiusza Glaasa, to zastanówmy się czy warto być instrumentem w realizacji owej utopii, czy też porozumienia szukać raczej w kręgu ludzi, dla których bardziej liczą się ekologiczne, społeczne i ekonomiczne realia niż ekologistyczne wizje.

Amen.

Źródełka:
1.“Percepcja ekologizmu w Polsce” - Prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć 2003,
2.“Kto to jest „ekolog”?” - Dzikie Życie, Luty 2011,
3. Sprawozdanie Klubu Ptaki Polskie.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Zakaz zbiorowego pjerydolenia o zbiorówkach. Cz. II

W argumentacji myśliwskiej wobec zarzutów ze strony wuwuefowskich dealerów adopcji jodeł oraz wilków stale przewija się aspekt dotyczący znaczenia tradycji w polowaniach zbiorowych. Albo polowań zbiorowych dla tradycji. Jednak o wartości tego zbiorówkowego aspektu nie decyduje właściwie rytuał zdejmowania kapelusika tudzież kolejność położenia strzelonej zwierzyny z ewentualnym użyciem trumien włącznie. Ten folklor ewoluuje zresztą dość szybko i ma krótki okres rozpadu połowicznego. Zasadniczym jest tutaj fakt, iż polowanie zbiorowe było, jest i będzie instrumentem socjalnej kontroli. To nie plotki lub wymiana opinii na temat kapelusika trzeciej żony prezesa koła łowieckiego są wyznacznikiem „rzeczywistej wartości” tradycji kolektywnych łowów, lecz formalne i nieformalne egzekwowanie w środowisku zachowań, postaw, norm. Ma to kolosalne znaczenie dla czegoś, co nazywamy etyką łowiecką – stanowiącą wyraz odpowiedzialności każdego polującego wobec obowiązujących regulacji prawnych, grupy, jej tożsamości i oczywiście zwierzyny wraz ze środowiskiem,w którym bytuje. Indywidualne uchybienia przeciw normom pisanym i niepisanym są natychmiast rejestrowane, co pozwala na gorąco wyciągać konsekwencje. I naszym zdaniem właśnie ta tradycyjna, „wychowawcza” rola polowania zbiorowego ma kluczowe znaczenie.

Interesujący aspekt stanowią również inne fantazje pszyrodnicze dotyczące etycznej strony zagadnienia. Wymóg humanitarnego uśmiercenia zwierzęcia, ograniczenia ryzyka okaleczenia nierozerwalnie wiąże się z wykonywaniem współczesnego polowania. Determinuje jego etykę. Punktem krytycznym w przypadku łowów  jest niewątpliwie strzał do celu znajdującego się w ruchu, niewątpliwie niosący ze sobą ryzyko. Jeśli jednak i tutaj uwzględnimy szerszy kontekst, to mamy do czynienia z sytuacją, w której sezon polowań zbiorowych zbiega się w naszych szerokościach geograficznych z okresem krótkiego dnia, porą roku kiedy dobra widoczność panuje tylko 8–9 godzin w ciągu doby. Na powyższe, „czasowe ograniczenie”,  nakłada się wspomniana już antropopresja – czyli np. pandziątka z WWF penetrujące bieszczadzkie lasy w poszukiwaniu czegoś do adopcji – co powoduje, iż aktywność zwierząt ma miejsce głównie w godzinach nocnych.  Intensywnie użytkowanie krajobrazu kulturowego przyczynia się do tego, że zwierzęta korzystają z otwartych przestrzeni dopiero gdy ustaje penetracja pól I lasów przez ludzi, a widoczność jest slaba lub robi się ciemno. W tej sytuacji alternatywa wobec polowań zbiorowych, tj. polowanie indywidualne, sprowadza się do strzałów oddawanych w warunkach złej widoczności. Dla gospodyni domowej po dziennikastwie i historii nie istnieje dylemat między etycznością/nieetycznością  strzału do zwierzęcia z odległości 100 metrów w zapadającej ciemności a strzałem do tego samego zwierzęcia z odległości 20 metrów przy pełnym świetle dziennym, które porusza się z mniejszą bądź większą prędkością. W gruncie rzeczy wujek z WWF postuluje, by polujący stryjek zamienił siekierkę na kijek, najwyraźniej nie będąc w stanie ogarnąć złożoności problematyki. Paradoksalnym jest również fakt, iż to samo środowisko, histeryzujące z powodu strzału do zwierzyny bedącej w ruchu, tak samo histerycznie oponuje przeciw polowaniu przy nęcisku, gdzie istnieją wręcz optymalne warunki do skutecznego uśmiercania. W tym miejscu nasuwają się pewne pytania: czy chodzi raczej o infantylizm, czy raczej o zakłamanie, czy może ferajna spod znaku pandy i ich przydupasy w ogóle nie wiedzą czego chcą?                     

Wobec zbiorówkowej fobii wypada zastanowić się również nad dalszymi konsekwencjami – w  odniesieniu do polowania indywidualnego jako alternatywy dla kolektywnych łowów. Obecność drapieżników generuje tzw. „krajobrazy strachu” – tj. przestrzenie i struktury, których potencjalne ofiary starają się unikać ze względu na wyższe prawdopodobieństwo zaliczenia bezpowrotnej wycieczki do raju. Jest to mechanizm gwarantujący od milonów lat koegzystencję populacji drapieżnikow i ofiar. Myśliwi polujący przy pomocy broni palnej również kreują specyficzne „krajobrazy strachu”. Poddane presji związanej z długotrwałym, intensywnym polowaniem indywidualnym – formą trudno kalkulowanego ryzyka – zwierzęta zaczynają unikać rejonów, gdzie narażone są na niebezpieczeństwo bądź korzystają z nich wyłącznie nocą.  W przypadku jeleniowatych skutkuje to zwiększonymi szkodami w drzewostanach, gdzie zwierzęta przebywają dłużej, pokrywając większą część zapotrzebowania na pokarm np. spałowaniem. Które niespecjalnie cieszy leśników… Z racjonalnego punktu widzenia, należałoby więc w określonych warunkach zalecać zbiorowe formy redukcji i regulacji niektórych gatunków zwierzyny. Pomimo ich spektakularności, wywołującej histerię u pand z WWF, są one w gruncie rzeczy „łagodniejszą” formą antropopresji: ograniczoną do krótkich przedziałów czasu i fragmentow przestrzeni, z której korzystają różne zwierzęta. Na terenach parków narodowych oraz obszarów chronionych w Niemczech preferowaną formą regulacji kopytnych są właśnie polowania zbiorowe. Te preferencje wynikają z gruntownej analizy zalet, wad i skutków tychże dla chronionych przestrzeni czy gatunków. Analizy opartej o racjonalne przesłanki oraz wiedzę z licznych projektów badawczych. W przeciwieństwie do preferencji zalecanych przez rodzimych łowców z WWF & Co., wyspecjalizowanych raczej w polowaniu na jelenie 1%- owe i inne sarny dotacyjne.

Jeśli więc z tymi zbiorówkami narodowymi nie jest tak źle, zeby gorzej być nie mogło, czy w takim razie oznacza to, że jest dobrze? Niekoniecznie. Zbiorowo poluje się praktycznie tak samo jak 50 czy 100 lat temu. Tymczasem pod rondo niejednego kapelusika z piórkiem nie dotarło najwyraźniej, że od czasów cesarza Franciszka Józefa, cara Mikołaja oraz Władysława Gomułki zmienił się trochę krajobraz, w którym odbywają się takie łowy. Do politycznych decydentów odpowiedzialnych za regulacje dotyczące wykonywania polowania fakt ten wydaje się też stosunkowo wolno docierać. Strzela się obecnie dużo więcej zwierzyny grubej, używana jest w dużym zakresie gwintowana broń kulowa. Polowanie odbywa się w zupełnie innym otoczeniu. Tym społecznym - na które składa się inne podejście do łowiectwa oraz intensywny rozwój wykorzystania środowiska naturalnego jako miejsca rekreacji. Tym krajobrazowym – związanym np. z infrastrukturą komunikacyjną i faktem, że dziś po Polsce jeździ więcej samochodów niż za Franciszka Józefa. Czy wreszcie tym przyrodniczym – wyrażającym się w tym, że w dzisiejszych miotach można w co niektórych okolicach natknąć się prędzej na żubra niż na zająca. Niewątpliwie istnieje konieczność weryfikacji stosowanych metod polowania zbiorowego, odkurzenia paragrafów, które po części są potrzebne polującym jak rybom rowery…

W związku z powyższym postulujemy wprowadzenie w Polsce zakazu pierdolenia  zbiorowego o polowaniach zbiorowych i skoncentrowanie się na rzeczywistych problemach związanych z polowaniem, antropopresją, etyką, ochroną gatunkową. W oparciu o rzeczowe argumenty, a nie przyrodnicze fantazje, z których trudno wyciągnąć wniosek czy bazują na gorących emocjach i czystym infantylizmie, czy też raczej na zimnym wyrachowaniu i chęci manipulacji opinią publiczną. W każdym bądź razie nic nie wnoszących do rozwiązania istniejących a także przyszłych wyzwań oraz dylematów.

P.S. Petycja o wprowadzenie takiego zakazu jest oczywiście przygotowywana…