poniedziałek, 6 lipca 2015

Siedem.

Jak na chłopskich filozofuff w zielonych kapelusikach przystało, niezmiernie interesujemy się otaczającym nas światem. To on stanowi dla nas źródło niekończących się zachwytów, zaskoczeń i inspiracji. Dlatego też często, maksymalnie raz w roku, starając się w pełni wykorzystać czas wolny od orki na ugorze, którą od kilkudziesięciu lat fundują nam nauczyciele-gnębiciele z naszej ukochanej podstawówki, rozbijamy skarbonki, pakujemy manatki i lecimy poznawać najodleglejsze zakątki naszej planety. W czasie tych pełnych przygód podróży, chłoniemy dosłownie wszystko. Pytań nie ma końca. Już od samego początku długo rozprawiamy nad specjałami lokalnej kuchni. Bo o świecie można filozofować długo i przyjemnie, ale tylko o pełnych kiszkach. Inaczej wydaje się on niemożebnie chujowy. Najczęściej więc decydujemy się na produkty mięsne i dobry alkohol. Potem jest już z górki. Po dokonaniu translokacji mięsiwa i bimbru z babcinej spiżarni do naszych plecaków, wylatujemy do pobliskiego lasu, gdzie z dala od wiochmeńskiego zgiełku, w cichym, bezpiecznym miejscu, na nęcisku pod myśliwską amboną rozbijamy namiot, wzniecamy ognisko i wniebowzięci przechodzimy do clou programu naszej wycieczki. Oczywiście, aby nikt nam nie truł dupy, niepotrzebnie zakłócając misterium, wyłączamy smartfony. Na amen. I odpalamy tablety z super szybkim łączem internetowym od pana Solorza. Surfujemy po świecie. Jest pięknie…

W tym roku oczarowały nas najnowsze trendy w światowej k…ulturze, które z prędkością o jakiej Pendolino nie śniło, błyskawicznie zbłądziły pod fejsbukowe strzechy między Odrą a Bugiem. Okazało się, że owe kulturowe tsunami przeorało również dotychczasowe nauki Watykanu, który ponoć ma zająć się tym problemem już na najbliższym soborze. Bodajże za 50 lat. Niemniej jednak lud – jak to lud – gorączkuje się a jego głos jest coraz bardziej słyszalny. Po bezinwazyjnym w treści, lecz absolutnie rewolucyjnym, rozciągnięciu spisu nakazów moralnych, szerzej znanym pod nazwą handlową „Dekalog”, na WSZYSTKIE istoty widzialne i niewidzialne, przyszedł czas na nieco bardziej skomplikowaną operację. Czyli dokonanie aktualizacji 7 grzechów głównych, z których najgłówniejszym jest obecnie grzech 8, brzmiący: nie fotografuj się z martwą naturą. Sęk w tym, że cyfra 7 – zresztą jak każda cyfra wykorzystywana przez pijarowców z Watykanu – jest cholernie komercyjna. Prawdopodobnie trzeba będzie wyrzucić na śmietnik moralności jeden ze starych, stęchłych grzechów głównych i w miejsce tegoż wprowadzić powyższą nowinkę. Nie tracąc w ten sposób na jakości produktu. Kaczki ćwierkają, iż kandydatem numer jeden do pożegnania się z katechizmem jest grzech 5: nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. To chyba słuszny kierunek. Wszak obżarstwo, skutkujące otyłością, skutkującą innymi skutkami oraz alkoholizm to poważne choroby cywilizacyjne, które obecnie się leczy. Pogrożenie chorej owieczce paluszkiem z ambony raczej niewiele tutaj pomoże. Chyba, że ksiądz jest myśliwym i potrafi w miarę sprawnie wdrożyć procedurę strzału łaski.

Jednak to som problemy techniczne przeznaczone dla tęgich, katolickich głów paradujących w purpurowych sukienkach a nie chłopskich filozofów w walonkach. Nawet marki Meindl. Lądując więc z watykańskich marmurów na polu pełnym gnojówki, wypada nieco wnikliwiej przyjrzeć się treści nowego grzechu głównego, zanim ten na dobre wejdzie do kanonu etyki, stając się dla większości ludu dogmatem.

Nad kulisami powstawania powyższego, projektowanego zapisu nie będziemy się rozwodzić. Do tej pory czyniliśmy to na naszym blogu i nie tylko wystarczająco gęsto i dostatecznie szczegółowo.

Warto jednak zauważyć, że motorem napędowym owego trendu jest część społeczeństwa, która bez względu na wyznawaną filozofię konsumpcji, tak czy siak pławiąc się w śmierci zwierząt, ma jednocześnie wyraźny problem z zaakceptowaniem ludzi praktykujących cykanie fotek z zabitą gadziną ogólnie, myśliwych – szczególnie, zaś myśliwek – bardzo szczególnie.

To właśnie w ostatnim czasie z wypiekami na twarzy śledziliśmy głośne, zmasowane, medialne ataki na polujące kobiety. Jako przedstawiciele płci brzydkiej możemy tylko pozazdrościć koleżankom popularności i bogatej kolekcji słoiczków z antymyśliwskimi fekaliami.


Jeszcze do niedawna zajobem Rebecci Francis, myśliwki z Utah, żarliwie publikującej w sieci setki swoich zdjęć z zabitymi własnoręcznie misiami i innymi zebrami, praktycznie nikt się nie przejmował. Pech chciał, że dziewczyna oddała dwa szczały, które przelały u pewnego znanego aktora komediowego, czarę goryczy. Szczał do przesympatycznej żyrafy, udokumentowany szczałem z aparatu fotograficznego, wywołał potężną salwę gniewnych szczałów oddanych w kierunku naszej bohaterki. Polująca stała się wdzięcznym obiektem polowania zaraz po tym jak wspomniany komik podzielił się z fejsbukową społecznością zdjęciem Francis leżącą obok martwej żyrafy. Całość komentując tymi oto słowy:
„Co takiego musiało stać się w Twoim życiu, że zapragnęłaś zabić piękne zwierzę, by potem położyć się przy nim i uśmiechać?”
Zabarwiona dżihadystycznymi nawołaniami do ukamieniowania Francis internetowa lawina potępienia ruszyła w najlepsze:
„Rebecca zasługuje na śmierć.”
„Zorganizować polowanie na Rebeccę i ją zastrzelić.”
„Mam wielką nadzieję, że ktoś zabije Rebeccę z łuku i zrobi sobie zdjęcie przy jej zwłokach.” 
„Z ogromną przyjemnością śmiałbym się przy Twoim konającym ciele. Świętowałbym. Mam nadzieję, że ktoś przyniesie Twój czerep w worku.”
W żaden sposób nie pomogły wyjaśnienia Francis: że żyrafa była stara, bliska śmierci, że została wykopana ze stada przez młodszego, silniejszego byka, że w końcu ona, Francis, została poproszona o dokonanie selekcji, czyli zabicie długoszyjej, choć pomarszczonej już piękności w celu zaopatrzenia w mięso i inne produkty lokalnej społeczności, która faktycznie zagospodarowała żyrafę tak, że nawet spróchniałe zęby mądrości po niej nie zostały.

Jednak tornado ślepej nienawiści wciągnęło powyższe tłumaczenia Rebecci jak świnia kukurydzę, przybierając tylko na sile. W końcu, po otrzymaniu tysięcy gróźb śmierci, także pod adresem swoich najbliższych, Francis oskarżyła publicznie wspomnianego komika o wykorzystywanie zdobytej przez niego władzy i wpływów do atakowania polujących kobiet. O bycie sprawcą czegoś, co wyewoluowało w kierunku zastraszania osób posiadających inne przekonania.

W ostatnim czasie podobnego medialnego linczu doświadczyły na własnej skórze również inne znane myśliwki. Kendall Jones – okrzyknięta najbardziej znienawidzoną osobą w Internecie, Eva Shockey – z rekordową ilością ponad 5000 gróźb śmierci otrzymanych mailem w ciągu zaledwie jednego dnia czy Melissa Bachman – będąca obiektem petycji, w której domagano się dla niej zakazu wstępu na teren RPA – to tylko niektóre przykłady z zagranicy.

Tymczasem przyroda nie znosi próżni i już na naszym rodzimym poletku coraz częściej kamieniami nienawiści traktowane są polujące kobiety. Choć oczywiście skala tych ataków jest mniejsza, to jednak w swej treści czerpią z najlepszych, światowych wzorców. O czym mogą zaświadczyć siostry nasze Dajrotka z Joanną.

Powstaje pytanie: dlaczego? Dlaczego właściwie w Internetach poluje się na polujące kobiety z namiętnością, o której mężczyźni mogą tylko pomarzyć?

Rozprawiać na ten temat, dzieląc gówno na atomy, zapewne można by w nieskończoność. Niewątpliwie polujące kobiety stawiają na sztorc społeczne przekonania i oczekiwania, bazujące na postrzeganiu ich jako istot dających życie, nie zaś je odbierających. Kelly Oliver – profesorka filozofii z Uniwersytetu Vanderbilt, która studiowała wschód łowów w wydaniu płci pięknej, powiedziała, iż wielu ludzi z niepokojem podchodzi do idei uzbrojonej kobiety:
„To od mężczyzn oczekujemy, aby byli myśliwymi. Jesteśmy zaskoczeni widząc polujące kobiety. Cokolwiek byśmy nie sądzili o samym polowaniu, jest zupełnie jasne, że mamy problem z zaakceptowaniem kobiet noszących broń i tą bronią się posługujących.”

Rzeczywiście tak już się na tym padole porobiło, że mężczyzna i kobieta wyewoluowali ździebko w odmiennych kierunkach. Ujmując to bardziej naukowo i zwięźle: różnią się. Nieprzypadkowo przedstawicielki płci pięknej, w porównaniu z facetami, przejawiają więcej instynktu samozachowawczego, mają cieńszą i delikatniejszą skórę czy też totalnie zjebany system GPS (poza teściowymi, które wywiezione nawet nocą w środek lasu potrafią z niego wrócić z zamkniętymi oczami). Wszak ich rola polegała przede wszystkim na dbaniu o jaskiniowe ognisko, zaspokajaniu życiowych potrzeb dziatwy i przygotowaniu budyniu dla wracającego z kawałkiem mamuta lub bez partnera. Dlatego mózg kobiecy i męski nadają na zupełnie innych falach. Pomijając jednak te oczywiste oczywistości, które w dzisiejszych czasach nie mieszczą się pod kopułami takich konstrukcji jak Magdalena Środa czy inna Kazia Szczuka, w zasadzie można się dziwić, że społeczeństwo się dziwi. Paradoksalnie, cała ludzka cywilizacja, cała globalna kultura, są wręcz przesycone motywem kobiet w zielonych kapelusikach z piórkami. Co najlepiej widać na przykładzie myśliwskich bogiń w światowej mitologii: od egipskich Neith i Pakhet przez grecką Artemidę, kreteńską Britomartis, rzymską Dianę, fińską Mielikki, nordycką Skaoi, hinduską Banka-Mundi, innuickie Arnakuagsak, Nujalik, Pinga, tracką Bendis po bóstwa słowiańskie – Dziewannę, Dajrotę, Joannę oraz Olkę…

Przecież od tego kobiecego, polującego dobra łeb pęka w szwach! A lud się jeszcze dziwi. Gorączkuje. I krytykuje. Jego irytacja narasta tym bardziej, że w przypadku myśliwek nie funkcjonują utarte docinki, którymi tradycyjnie częstuje się mężczyzn. Bo wiadomo – myśliwy to zakompleksiony prymityw, który wywijając szczelbom próbuje zrekompensować sobie krótkiego ptaszka tudzież nieudane życie erotyczne. Kropka. Ale co wydłuża sobie kobieta? Co rekompensuje? Jeszcze jak jest młoda, atrakcyjna, bogata, promieniuje szczęściem i pewnością siebie? Czym tu jej dojebać? Domorośli profesorowie seksuologii mają związane rączki, tkwiące po łokcie w nocniku. Pozostaje więc  posługiwanie się mniej wyrafinowanym repertuarem: życzeniami śmierci, wyzywaniem od kurw, groźbami etc. Choć w tej krytyce pojawiają się też stałe elementy antyłowieckiej nagonki, jak choćby nasza ulubiona „przyjemność zabijania”.

Tymczasem, na przekór społecznym stereotypom, podaż myśliwek na świecie rośnie. Nawet w najbardziej blochowskiej rzeczywistości. Z czego jako typowi, wrażliwi na piękno przedstawiciele płci nieestetycznej niezmiernie się cieszymy. Może dożyjemy dnia, kiedy będziemy mogli jednocześnie wykorzystać obie dłonie, by delikatnie chwycić za piersi, pardon, kolanka znaczy się należące do koleżanek siedzących po naszej prawej jak i lewej stronie.

Wracając jednak z obłoków matriarchalnego łowiectwa na ziemię, zastanówmy się cóż właściwie takiego grzesznego jest w fotografowaniu się z zabitą na śmierć zwierzyną? Dlaczego chwalenie się zdjęciami ze zdobyczą powoduje u niektórych zwarcie w centralnym układzie nerwowym?

Czyżby chodziło o zwykłą estetykę? Po części zapewne tak. W końcu mało kto lubi wzorem myśliweczków i myśliweczek latać z umazaną we krwi gębą, w dodatku od czasu do czasu celebrując pierwszą ubitą gadzinę wsadzeniem kawałka jej wątroby w majtki sprawcy. Dlatego polecamy wszystkim łowieckim świeżaczkom zaopatrzenie się, przynajmniej na początku przygody, w stringi. I spodnie z szeroką nogawką. Wtedy to czas kontaktu zwierzęcych podrobów z genitaliami jest stosunkowo krótki, żeby nie rzec, symboliczny, zaś ich usunięcie przez tak skrojoną nogawkę wymaga znacznie mniej gimnastyki. Niestety autorzy niniejszego bloga nie mieli możliwości, którymi dysponują obecni adepci myślistwa. Kiedy wujaszek Daniel zaczynał uganiać się za pierwszymi łańkami, czyli gdzieś za wczesnego Lenina, stringów jeszcze nie wynaleziono. Natomiast Wojciechus, jako biedny student, nie mógł sobie na taki luksus pozwolić. Biedronka wtedy ich nie sprzedawała. A pod niemieckie dyskonty dopiero lano fundamenty. Tak czy siak warto zauważyć, że żyjemy wśród ludzi, którzy mają coraz większy problem, by zmierzyć się z widokiem kaszanki. O zajrzeniu w jej wnętrze nie wspominając.

Może też rozchodzi się o to, co wręcz wybitnie w programie Dzień Dobry TVN pod operacyjnym tytułem „Zgnoić ksiendza myśliweczka” wyraził swoimi słowami Marcin Prokop, zwracając się do zaproszonej ofiary: 
„ale przyzna ksiądz, że jest coś obrzydliwego w tym triumfalizmie, którym się często szczycą myśliwi, kiedy nawet na zdjęciach umieszczają obok zabitego zwierzaka, jeszcze dyszącego, swoje dzieci, podpisują to w jakiś krotochwilny sposób i… tworzą taki listek figowy dla swojej krwawej pasji.”?
Hmm… Doprawdy?

Zróbmy zatem mały eksperyment intelektualny. Wystarczy IQ powyżej 0. Wyobraźmy sobie 4 warianty, których bohaterką jest modelowa myśliwka i zastanówmy się nad potencjalnymi reakcjami publiczki.

Scenka nr 1: nasza modelowa myśliwka z dumnie wypiętymi zderzakami, szeroko uśmiechając się powabnie wymalowanymi ustami, zza których wyłaniają się krystalicznie białe zęby, triumfalnie prezentuje upolowaną zdobycz.


Komentarze (jak wyżej): "Ty szmato! Zabiłaś cudowne, niewinne zwierzę i jeszcze się z tego cieszysz! Jak możesz czerpać przyjemność z zabijania? Psychopatka! Śmierć kurwie!"


Scenka nr 2: nasza modelowa myśliwka z pełną powagi i zadumy miną klęczy nad martwą zwierzyną,  w jednej dłoni trzymając zdjęty z głowy kapelusz a drugą opierając na stygnącym truchle. Jest przejęta, wzruszona, oddaje hołd. W pysku ofiary obowiązkowo widnieje kawałek jedliny.

Komentarze: "I po kiego chuja cała ta szopka? Przecież ona życia temu biednemu zwierzęciu nie wróci! Próbujesz ukoić swoje sumienie? Morderczyni!"


Scenka nr 3: nasza modelowa myśliwka szlocha nad ofiarą.

Komentarze: "Co za rozchwiana emocjonalnie idiotka! Najpierw zamordowała z zimną krwią dla zabawy a teraz wielki płacz! Na nic Twoje łzy – zwierz już życia nie odzyska. Wcale nie musiałaś strzelać. Mogłabyś cieszyć się teraz jego widokiem, patrzeć jak szczęśliwie hasa po lesie! Ale przynajmniej wiesz, co czują jego najbliżsi. Dobrze Ci tak - zarycz się na śmierć, bezmyślna suko!"



Scenka nr 4: brak zdjęcia.

Komentarze: "Czemu nie pokażesz swoich krwawych fotek? No dawaj, śmiało! A może masz coś do ukrycia? Wstydzisz się tego co robisz? Chora hipokrytka!" 

Z grubsza – to tyle. W swoich rozważaniach skłaniamy się ku tezie, iż bez względu na zachowanie naszej modelowej myśliwki, Prokopy i Wellmany tak czy siak będą obrabiać jej dupsko. Oczywiście emanująca szczęściem twarz i kurwiki w oczach myśliwki stanowią dla gawiedzi doskonały punkt zaczepienia, otwierający pole do przepuszczenia furiackiego ataku. Jednak owa radość z pozyskania zdobyczy jest zupełnie naturalna. Warto w tym miejscu po raz kolejny przypomnieć słowa prof. Dietmar’a Heubrock’a, kierownika Instytutu Psychologii Prawa Uniwersytetu w Bremen, prowadzącego również badania z zakresu psychologii myślistwa:
„Zabijanie wiąże się z ambiwalentnymi odczuciami. Są one opisywane przez wielu myśliwych, ja również je znam. Decyduje się odstrzelić tego kozła, on podchodzi, pociągam za spust, bum i leży. Najpierw się cieszę, następnie w radość wkrada się żal.”
No właśnie. Dlaczego jako myśliwi nie mielibyśmy się cieszyć? Łowy wymagają od nas wielu umiejętności, wykorzystania wiedzy w praktyce, czytania Mamusi Natury, planowania, przygotowania, wysiłku, musimy wypracować zarówno spotkanie ze zwierzyną jak i odpowiednią sytuację strzelecką, by oddać skuteczny, celny strzał. Każdy z tych elementów osobno przynosi satysfakcję, a połączone w całość tylko potęgują pozytywne doznania, sprawiając, iż polowaczka smakuje wprost wybornie. Celem myślistwa jest przechytrzenie i zabicie określonej zwierzyny. Dlaczego więc mielibyśmy ukrywać radość z naszego indywidualnego sukcesu, jaki stanowi jej upolowanie? Dlaczego mielibyśmy poddawać się próbom irracjonalnego wymuszania na nas określonych zachowań?

Na powyższe pytania nawiedzająca się w swych oświeconych przekonaniach publiczka z pewnością nam odpowie. Pokazując środkowy palec.

A może całość problemu w dużej mierze sprowadza się do samego aktu zabijania? Oczywiście nawiedzony margines nie akceptuje mordowania zwierząt w ogóle, zaś tych dzikich – disneyowskich symboli wolności, pokoju i szczęścia – w szczególności. Natomiast większość gawiedzi rozumie potrzebę regulacji pogłowia dzikich bydlątek, ale, traktując ją przeważnie jako zło konieczne, prezentując liczne kompleksy w swoich relacjach z Mamusią Naturą, wyraża różne zastrzeżenia co do formy tejże. To co łączy dwie powyższe grupy to przekonanie, iż zabijanie MUSI wiązać się WYŁĄCZNIE z negatywnymi emocjami. Im węższe czółka, tym bardziej infantylne wyobrażenia na temat stosunku człowieka względem przyrody. W skrajnych przypadkach, owe przekonanie sprowadzane jest do prostego wyboru: albo kochasz zwierzęta, albo je zabijasz. Tutaj nie ma miejsca na zrozumienie złożoności ludzkiej natury i emocjonalnego miszmaszu, który w normalnych warunkach towarzyszy zdrowemu Homo SS, a o którym opowiadał wspomniany prof. Heubrock. Na ile wiarygodne w tych realiach mogą okazać się próby tłumaczenia, że można zarówno kochać przyrodę jak i kochać korzystać z jej zasobów? Czerpać przyjemność z bycia jej częścią, aktywnym uczestnikiem procesów w niej zachodzących, nie zaś hołdować li tylko biernej obserwacji? Że Mamusia Natura to nie muzeum ani akwarium? Mimo że ludzie epatujący naiwnymi poglądami sami pakują się na minę radykalizmu i ideologicznego zaślepienia, gdzie owa naturalna, uczuciowa mieszanka zostaje sztucznie ujednolicona, wypada skonstatować, iż niestety nie jest to wyłącznie ich problem zamknięty w gabinetach psychoterapeutów. Całość bezpośrednio bije w nas i do powyższego sposobu pojmowania świata po prostu nie pasuje tryskający dumą i radością buc w zielonym kapelusiku z piórkiem, namiętnie fotografujący się z ofiarami swojej krwawej pasji.

Myśliwskie zdjęcia obarczone są też niemal identycznymi wadami co myśliwskie filmy, które nasz ulubieniec Florian Asche przyrównał do dzieł różowej kinematografii, a których zasadnicza słabość polega na tym, że:
„nie przedstawiają tego co jest naprawdę wzruszające i zachwycające, nie ma flirtu, nie można dowiedzieć się niczego o aktorach. W myśliwskim porno stoi sobie strzelec w zielonym kapelusiku, następnie pędzi obok niego dzik, pada strzał i pada zwierzę. Całość powtarza się kilkakrotnie. Tyle, że z innymi myśliwymi w innych lasach. W takich filmach nie dowiemy się niczego ani o samych łowcach, ani o rewirze, ani o zwierzynie, ani o wszystkim co stanowi polowanie. Są ich setki, tysiące, mają różne tytuły, ale wszystkie wyglądają tak samo.”
Można powiedzieć, że ze zdjęciami jest jeszcze gorzej, gdyż nie tylko nie idą za nimi żadne informacje, które mogłyby co nieco odbiorcy pod kopułą rozjaśnić, ale praktycznie nie da się ich przemycić. Montując nawet bardziej wybitnego łowieckiego pornola, zawsze można poświęcić parę klatek na pokazanie „gry wstępnej”. Niestety, fotki prezentują wyłącznie suchy efekt końcowy w postaci martwego boskiego stworzenia, według co poniektórych z bogatszą wyobraźnią  jeszcze „dyszącego” oraz myśliwskiej facjaty z malującym się na niej orgazmem.

Mając wszystko powyższe na uwadze, raczej trudno się dziwić, iż reakcje na łowiecką sztukę fotograficzną wyglądają… jak wyglądają.

Czy istnieje zatem jakaś alternatywa?

A i owszem, zaiste tak.

Proszem tylko spojrzeć na poniższe obrazki…


…które są efektem mistrzowskiej sesji fotograficznej zrealizowanej w ramach antymyśliwskiej kampanii w… putinowskiej Rosji. Celem jej organizatorów było zniechęcenie lokalnych społeczności, na co dzień żyjących po sąsiedzku z niedźwiadkami, do polowania. Choć pani fotograf, Olga Barantseva, nie chciała odpowiedzieć na pytanie czy futro, w którym pozuje jedna z atrakcyjnych modelek jest pochodzenia naturalnego czy też sztucznego, to zgodziła się objaśnić zawarte w efektownych zdjęciach przesłanie:
„Chcieliśmy pokazać naturalną harmonię między ludźmi a niedźwiedziami w Rosji, tę tradycyjną przyjaźń, jakże podobną do relacji człowieka z drugim człowiekiem.”
Czyż to nie jest urocze? Piękne? Szlachetne? Wzruszające? I pouczające?

Czyż nie taką narracją powinniśmy karmić własne dzieci? Przynajmniej do 30 roku życia?

Nie zamierzamy silić się tutaj na jakiś typowo bucowski komentarz. Bo najlepszy komentarz do owej „naturalnej, harmonijnej przyjaźni” napisało samo życie, kiedy to na planie zdjęciowym wytresowany przez cyrkowców miś zaczął dobierać się do jednej z modelek (czemu się zresztą nie dziwimy, w końcu dziewczyna pierwyj sort), co wymagało błyskawicznej interwencji i przerwania sesji.

Tym optymistycznym akcentem kończąc drugi sezon blogerskiego bucowania, życzymy wszystkim naszym Parafianom i Innowiercom, także rozczarowująco wąskiej grupie sympatycznych Niesympatyków, cudownych wakacyjnych przygód i poluzowania napięcia na stykach. Zasłużyliście na odpoczynek – zwłaszcza po dobrnięciu do końca tej homilii.

A my, jak to my – tradycyjnie wrócimy na kacu. Może już w grudniu...

P.S. Uprzejmie dziękujemy Siostrom naszym po szczelbie: Dajrocie, Joannie oraz Oli za zgodę na wykorzystanie materiałów będących w ich posiadaniu. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Ania pługiem Olgi orze jej tfurczość.


W czasie studiów nad "Bezmięsnym rajem" we filii McDonalda, gdzie szukaliśmy kontaktu z prawdziwymi Świętymi Krowami indyjskimi, ponieważ nie stać było nas na wycieczkę do Indii, tak jak Panią Olgę Tokarczuk, towarzyszyła nam Ania. Ania nie szukała z nami Świętych Krów tylko się nudziła – jak zawsze, kiedy jej rodzice podrzucają ją nam, gdy sami wybierają się do teatru. Jej uwagę - osoby dość małoletniej - przykuł kawałek wstawionej  na Youtube relacji z pierwszej odsłony „Projektu polowanie” KLIK. Dziecko poprosiło o kilkakrotne powtórzenie fragmentu, gdy jedna z projektantek łamiącym głosem odczytuje fragment powieści pani Olgi Tokarczuk pod tytułem „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Prośbę naturalnie spełniliśmy, choć ta część lektury powinna być dla dzieci właściwie zakazana. Z tą całą krwią i martwym zwierzęciem. Tak jak chodzenie na polowanie. Ania popadła w zadumę i zaczęła cuś rysować na serwetce. Aż się wystraszyliśmy, że dziecko się nabawiło jakiej choroby psychicznej po kontakcie z twórczością pierwszej damy polskiej literatury poświęconą myślistffu. W rezultacie Redachtor Młodszy wyrzucił posiadany egzemplarz „Prowadź swój pług przez kości umarłych” do kosza, od razu po przyjściu do domu, żeby książka broń Boże nie wpadła w ręce żadnego innego dziecka. Nigdy nie wiadomo. Niedawno Ania musiała odwiedzić nas ponownie, bo jej rodzice wybierali się do kina i podrzucili nam znowu to dziecko. Ania tym razem przyniosła ze sobą obrazek, który namalowała pod wrażeniem przesłuchanej literatury oraz list pod tym samym wrażeniem osobiście napisany do Pani Olgi Tokarczuk. Z prośbą żebyśmy go Pani Pisarce przekazali wraz z serdecznymi pozdrowieniami od niej. Co naturalnie chętnie uczyniliśmy. Przy okazji pragnąc zapoznać również naszą wierną Parafię z jego treścią.


P.S. 
Odczytany fragment jest też poniżej widoczny na kartce egzemplarza książki, którą udało się Redachtorowi Młodszemu uratować ze śmietnika – niestety nieco pobrudzonej. Redachtor sobie kupił nową ksionżkem pani Olgi. Którą można dostać już za 31 złotych i 37 groszy i 5 złotych za wysyłkę na przykład w tej... albo tamtej polskiej księgarni. Lektura książki jest – jak stwierdziliśmy – absolutnie nieszkodliwa i nie pociąga za sobą absolutnie żadnych zaburzeń psychicznych u myślących dzieci. Nie wiadomo jak z oddziaływaniem na dorosłych. Ale kto chce może zaryzykować i wstawić sobie ją do meblościanki.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Odpowiedź Jurka Żagiella w sprawie udziału dziatwy w polowaniach.

List do pana przewodniczącego ZO Katowice wysłaliśmy dnia 14 czerwca z prośbą o skreślenie kilku słów komentarza do dnia 23 czerwca. Odpowiedź nadejszła punktualnie. Cieszymy siem, że możemy jom zaprezentować Czytelnikom naszego bloga. Oto słowo przewodniczącego. PZŁ niech będą dzięki.


P.S. Poskładaliśmy powyższą kartkę zgodnie z sugestywnymi zagięciami poczynionymi ręcyma pana przewodniczącego. Wyszedł słoń. Naprawdę. Doceniamy kreatywne podejście Jerzego Żagiella, który najwyraźniej chciał nas zrobić w trombe.

środa, 24 czerwca 2015

Kopulujący osioł zabity przy dziecku.

W ramach kursów samokształceniowych znaleźliśmy cuś takiego:
Autor: Łoś78
Chcecie czy nie zakaz wejdzie. Módlcie się oby tylko zakaz pozyskiwania przy dziecku a nie polowania. Psychika dziecka to nie materiał do hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami.Argumentacja marketowymi kurczakami nietrafiona.Nie polujemy dla zaspokojenia jadła a prowadzimy gospodarkę łowiecką. Marketowe kurczaki to części obrobione bez farby, piór zapachu leżące w miejscu zakupów wiec na zmysły dziecka działają inaczej niz sfarbowana zwierzyna dzika w szacie i na terenie łowiska prezentowana małoletnim przez tatusia który przed chwila zgiął palec na spuście i hartuje pociechę patrosząc przy niej lub jak niektórzy amatorzy ptaków ;-) kulkując pióro... Rozwój osobniczy ma swoje etapy.Nie należy odbierać dzieciom dzieciństwa.Trwanie w zdaniu że NALEŻY strzelać do zwierzyny przy dziecku przysporzy o wiele więcej złego dla łowiectwa niż zgoda na zakaz POZYSKIWANIA przy małoletnich. Sami dajecie ekoterorystom do rąk.
Jako, że zajmujemy się też polowaniem a łoś jest gatunkiem łownym, mimo iż objętym całoroczną ochroną, powyższa opinia sformułowana na www.lowiecki.pl skłoniła nas do zajęcia się tym i podobnymi egzemplarzami gatunku Alces alces. Niezależnie od tego, że odstrzał tych zwierząt jest właściwie zakazany, to zdecydowanie warto zająć się ISTOTĄ. Istotą treści zawartej w tej opinii. Wypatroszeniem, czyli wyrwaniem wnętrzności, poćwiartowaniem , porcjonowaniem i przyrządzeniem potrawki z takiego łosia. Niezależnie od tego czy ona będzie wszystkim smakowała i czy u niektórych wywoła odruchy wymiotne. Potrawki nie do zjedzenia ale do przemyślenia.
Łoś78 napisał:  
Chcecie czy nie zakaz wejdzie. Módlcie się oby tylko zakaz pozyskiwania przy dziecku a nie polowania.
Modlitwa to zasadniczo wyraz wiary.  Dogmatów, na których opierają  się religie i ideologie. Modlitwa nic nie zmieni w tym czego się chce albo nie chce. Jeśli się czegoś nie chce lub nie chce to nie wystarczy się modlić, ale wypada coś robić. Apel o modlitwy nie zastąpi przede wyszystkim jednego: MYŚLENIA. Nawet jeśli niektóre czółka uwierają zbyt ciasne zielone kapelusiki z piórkami.


A myślenie zaczyna się już w momencie formułowania takich „myśli“:
Psychika dziecka to nie materiał do hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami.
W każdym kościele w Polsce każde dziecko zetknie się z taką bądź podobną, realistyczną aż do bólu, wierną repliką ludzkich zwłok – „trupa” – jak to jest w „myślach” ujęte. Przybitego gwoździami do krzyża , zmaltretowanego ciała ludzkiego, ze śladami krwi i demonstracją perwersyjnych tortur zadanych człowiekowi przez ludzi. Czy to jest budujący materiał do kształtowania psychiki dziecka? Czy nie należałoby zakazać tej – w gruncie rzeczy - formy  “hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami”? Wyrugować  ze świątyń te i bardziej realistyczne formy przemocy? Bądź zabronić uczęszczania do kościołów osobom do lat 18? Jeśli ktoś szczerze argumentuje dobrem dziecka wystawionego na działanie widoków gwałtu, to nie odgrywa żadnej roli czy kilkuletni obserwator sceny z ukrzyżowanym człowiekiem ogarnia tę scenę wyłącznie wizualnie a zapach, dźwięki i dotyk nie transferują grozy zawartej w inscenizacji zwłok z krzyżem. W przeciwieństwie do kontaktu dziecka z zastrzeloną sarną. Kto twierdzi, że „to nie to samo” – może tak argumentować wyłącznie z WŁASNEGO punktu widzenia i kulturowego balastu, który ciąży na każdym z nas. Każdy z nas – dorosłych – odpowiedzialny jest też za to, żeby forma przekazu nie zdominowała treści odbieranej również przez dzieci. W kościele i na polowaniu. Odpowiedzialności tej nie zdejmie z żadnego z nas żaden nawiedzony łopatacz serwujący frazesy. Ani nie „załatwi” żaden przepis zakazujący chodzenia do kościoła, na ryby albo na polowanie z dziećmi.

Nie polujemy dla zaspokojenia jadła a prowadzimy gospodarkę łowiecką.  
Można dalej odczytać we wnętrznościach patroszonego łosia, który wypowiada się również za nas. My natomiast polujemy przeważnie dla jadła. Zabijamy zwierzęta, żeby zjeść te, które dadzą się zjeść. Albo przez nas samych, albo przez innych ludzi. „Gospodarka łowiecka” to pusty frazesik w kontekście zabijania zwierząt podczas polowania. Nie musimy uprawiać dulszczyzny i hipokryzji pruderii powszechnej. Na potrzeby mniejszych i większych dzieci. One muszą się kiedyś dowiedzieć i pojąć, że śmierć wpisana jest w niezależne od nas, od nich i każdego łosia internetowego reguły funkcjonowania tego padołu. Że nie da się zjeść łosia bez zabicia i wypatroszenia łosia. Inaczej z nich samych wyrosną łosie78.  Zakłamani hipokryci z tytułem lub bez, którzy chcieliby niektóre dzieci aż po ostatnie namaszczenie pozbawić świadomości tego skąd pochodzi karkówka z łosia i udko z kaczki. Kierowani infantylizmem albo… wyrachowaniem.

Łoś78 serwuje dalej mniemanologię stosowaną twierdząc, że:
Marketowe kurczaki to części obrobione bez farby, piór zapachu leżące w miejscu zakupów wiec na zmysły dziecka działają inaczej niz sfarbowana zwierzyna dzika w szacie i na terenie łowiska prezentowana małoletnim przez tatusia który przed chwila zgiął palec na spuście i hartuje pociechę patrosząc przy niej lub jak niektórzy amatorzy ptaków ;-) kulkując pióro...
W programie Radio TOK FM, poświęconym polowaniu i dzieciom wziął udział oddelegowany przez Zarząd Główny Polskiego Związku Łowieckiego specjalista ds. psychologii i psychiki dziecięcej przy ZG, pan Bartłomiej Popczyk, pełniący na drugim etacie funkcje kierownika Działu Hodowli (zwierząt) na Nowym Świecie w Warszawie. W dyskusji wzięły ponadto udział dwie dewotki i jeden bigot - zatroskani o los oraz psychikę dzieci polskich cudzych (zupełnie możliwe, że ta trójka przedstawiła się inaczej – nie pamiętamy dokładnie). Psycholog z PZŁ zwrócił w pewnym momencie uwagę na to, iż odnosząc się do dzieci i ich kontaktu z przemocą należy zrelatywizować pojęcie przestrzeni, w której ma miejsce taki kontakt. Uwzględniając również to, co małoletni widzą, konsumują i trawią, czyli przeżywają za pośrednictwem środków przekazu. Mediów z niekontrolowanym praktycznie dla dzieci dostępem, serwujących codziennie w dni powszednie, święta oraz niedziele góry trupów, krwi, wyprutych wnętrzności, rozbryzgniętych mózgów, agonii i cierpienia. Ludzkiego przeważnie. Każdy konsument mediów może bowiem zaświadczyć, że podaż i popyt społeczny na analogiczne obrazki z udziałem naszych Braci Mniejszych są raczej niewielkie. Poruszenie tego aspektu wywołało reakcje u biorącej udział w tej dyskusji pani, która z pozycji autorytetu dyżurnej dewotki psycholożki  autorytatywnie stwierdziła, że jak dzieci oglądają takie obrazki przez szybkę to mogą, bo to jest wtedy nieszkodliwe. Dla dzieci. Za taką samą psycholożkę robi powyżej patroszony Łoś78, używający „marketowego kurczaka” zamiast  szybki. Gwałt, ale w 24 calowym monitorze oraz zabite zwierzę lub jego części, bez krwi, farby, zapachu i pierza ma być widokiem najwyraźniej  kojąco wpływającym na małoletnich – w porównaniu z gwałtem w innych okolicznościach i inaczej udrapowanymi, zabitymi zwierzętami. Opinii dzieci na ten temat nie słychać. Dobiega za to gromki głos mniemanologii stosowanej  przez dorosłe klempy i inne łopatacze relatywizujące odbiór tych samych treści przez to samo dziecko. W sposób, który każe się poważnie zastanowić nad tym czy niektóre łopatacze odbywają bukowisko mając już odbite łby*. Na długo przed patroszeniem.

Rozwój osobniczy ma swoje etapy. Nie należy odbierać dzieciom dzieciństwa. 
Zadeklarował też Łoś78 na www.lowiecki.pl zgodnie z chorym political correctness. My jesteśmy zdania, że NIE WOLNO zabierać dzieciom dzieciństwa. 

Zadając sobie również pytanie: jak ma się do łosiowej deklaracji widoczna poniżej gloryfikacja utraconego dzieciństwa w mediach i codzienności naszej powszechnej? Dzieciństwa utraconego za sprawą dorosłych – bo przecież nie jest winą i zasługą dzieci Powstania Warszawskiego, ostatniego zaciągu Hitlera czy małoletnich z kałasznikowem w trzecim świecie ich udział  w erupcji ludzko–ludzkiej przemocy,  gwałtu, krwi. Zawsze irracjonalnej, zawsze niepotrzebnej. Każdy dzieciak, którego mama, tata lub inny dziadek wyciąga w paskudną pogodę do lasu powinien mieć i ma możliwość wyboru – determinowaną balansem między jego wolą i odpowiedzialnością dorosłych. Problem w tym, że odpowiedź na to czy to wyjście do lasu z dziadkiem oznacza odebrane dzieciństwo serwują ludzie, którzy nie są w stanie najwyraźniej ogarnąć tego, iż chcąc być konsekwentnymi , powinni domagać się nie tylko wsadzenia do więzienia dziadka zabierającego wnuczka na ambonę ale także likwidacji Muzeum Powstania Warszawskiego. W Warszawie. Gdzie gloryfikowane jest utracone dzieciństwo całego pokolenia. Jeśli przyłożyć do tej wartości tę samą miarę.

Na zakończenie kazania, porcja łosiny w sosie własnym apeluje o zaprzestanie trwania w grzechu i pokorne oddanie własnego losu oraz losu naszych dzieci i wnuków w ręce świadomej oraz postępowej części społeczeństwa, bo inaczej czeka nas potępienie wieczne i ekoterrorystyczny ogień piekielny.
Trwanie w zdaniu że NALEŻY strzelać do zwierzyny przy dziecku przysporzy o wiele więcej złego dla łowiectwa niż zgoda na zakaz POZYSKIWANIA przy małoletnich. Sami dajecie ekoterorystom do rąk.
Nie tak dawno temu przykład troski Matek Polek o zdrowie psychiczne oraz zdrowy kręgosłup moralny dorastającego pokolenia Polaków obiegł łamy czołowych tytułów prasy światowej. 

Symbolem tej troski była prowincjonalna polityczka własnymi piersiami  i ufarbowanymi włosami zasłaniająca widok kopulujących osłów Dzieciom Polskim w poznańskim ZOO. Pani Lidia ma wiele wspólnego z potrawką z łosia – nawet jeśli ten ma niefarbowane włosy. Oboje symbolizują narodową pruderię i zakłamanie oraz nadużywanie uniwersalnych wartości. Czy owe mają do czynienia z początkiem życia osła, czy końcem życia zwierzęcia łownego.

Dyskusja wokół udziału dzieci w polowaniu przypomina w tej chwili wedrówkę grupy ludzi – pijanych jak Polacy - bardzo ostrą granią. Z jednej strony tej grani otwiera się przepaść pełna dylematów i sprzeczności związanych z obecnością małoletnich w przestrzeni gdzie ma miejsce śmierć zwierząt i ludzi - w myśli, mowie i przekazie, tak pośrednim jak i bezpośrednim. Śmierć wszechobecna i nieunikniona, która jest częścią otaczającego nas i dzieci życia. Po drugiej stronie owej krętej grani wyściełanej elementarnymi wartościami, takimi jak prawa dziecka i prawa rodziców czy prawa człowieka otwiera się przepaść  farsy z kopulującymi osłami. Nie ma znaków na niebie i ziemi polskiej wskazujących, że większość społeczeństwa jest za zamknięciem dzieci do lat 18 pod kloszem, by nie dopuścic do przedwczesnych zaburzeń w ich psychice w zetknięciu z realiami,  rzeczywistością i dylematami tego padołu. Zakaz udziału dzieci w polowaniach jest, ma i będzie miał formę decyzji politycznej, opartej o posłuszną reakcję polityki na wrzask garstki nawiedzonych oszołomów z tytułami i bez, których według kazania skonsumowanego już Łosia78 trzeba się bać. Ten wrzask jest skuteczny, ponieważ większość środowiska myśliffskiego na czele z jego siłom przewodniom z Nowego Świata w Warszawie wydaje się być w gruncie rzeczy obojętna na to czy będzie mogła zabierać własne dzieci tylko na ryby, czy tylko na grzyby. Konsekwencją tej obojętności powinna być właściwie zamiana obrazka czerepu martwego jelenia w logo PZŁ na obrazek jakiegoś żywego. Widok żywych stworzeń wpływa na pewno lepiej na psychikę dzieci niż widok martwych. Choć my bylibyśmy  w przypadku wprowadzenia zakazu obecności dzieci w przestrzeni zwanej polowaniem raczej za użyciem w logo PZŁ podobizn zwierząt niełownych, ale za to kopulujących. Osłów.

To logo z oślim aktem miłosnym na pezetełowskich sztandarach będzie adekwatne do farsy, w której będziemy zmuszeni brać udział. Niezależnie od ewentualnych protestów farbowanych blondynek udających Matki Polki zatroskane o los Dzieci Polskich, które z takim widokiem mogą się zetknąć na przykład podczas celebrowania mszy Hubertowskiej w jakimś kościele z ukrzyżowanym Zbawicielem i z udziałem Zarządu Głównego PZŁ lub innych przewodnich sił łowiectwa stopnia okręgowego.

P.S.1
Aktorzy i okoliczności zrobienia zdjęcia z patroszeniem z aktywnym udziałem małoletniej są nam znane – dane chętnie udostępnimy i ucieszylibyśmy się przeogromnie z upowszechnienia, a jeszcze bardziej gdyby ktoś zechciał złożyć zawiadomienie do prokuratury, donos do LPM, do PnRWI lub innych Matek Polek strwożonych widokiem kopulujących osłów.

P.S.2
*odbicie łba = pojęcie z gwary myśliwskiej oznaczające odcięcie głowy wraz z trofeum zabitemu zwierzęciu łownemu. Analogiczne obrazki ruchome z demonstracją analogicznego ucinania głów żywym jeszcze ludziom przy użyciu rozmaitych narzędzi Dzieci Polskie mogą sobie obejrzeć np. googlując „IS egzekucja“. W różnych językach. Gdyby ktoś chciał zaoszczędzić dzieciom widoków z polowania, to może im w ten sposób zaoferować lepsze atrakcje.

niedziela, 14 czerwca 2015

List otwarty do Jurka Żagiella.

Zarząd Okręgowy PZŁ Katowice
Przewodniczący, łowczy okręgowy
Pan Jerzy Żagiell

ul. Zwycięstwa 2
41-103 Siemianowice Śląskie


Szanowny Panie przewodniczący!

W lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej z 9 czerwca bieżącego roku cytowana jest Pańska wypowiedź w artykule „Polowania źle wpływają na dzieci. Naukowcy przestrzegają:
Jerzy Żagiell, przewodniczący zarządu okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Katowicach, przyznaje, że trzeba wyjść naprzeciwko nowym realiom. - Rzeczywiście w tradycji łowieckiej zawsze było tak, że dzieci trzeba było wychować na swoich następców. Choć ja mojej córki nigdy nie zabierałem na polowanie, bo sobie tego nie życzyła. Czasy się zmieniły, nie mamy nic przeciwko temu, żeby z tej tradycji zrezygnować. Podobnie jak z używania ołowianej amunicji. Nie mamy przecież nic wspólnego z fabrykami, które ją produkują - mówi Żagiell.
Nie wiemy kogo ma Pan na myśli wypowiadając się, iż „nie mamy nic przeciwko temu“ w odniesieniu do zakazu udziału dzieci w polowaniach i forsowanego w obecnej formie zakazu użycia amunicji ołowianej. Nie wiemy w czyim imieniu się Pan wypowiada. Wiemy, że na pewno nie w naszym. Szeregowych członków PZŁ. My mamy mianowicie bardzo dużo przeciw kampanii mającej na celu wprowadzenie zakazu pobytu nieletnich w przestrzeni zwanej polowaniem. Mamy bardzo dużo przeciw irracjonalnej, pseudonaukowej argumentacji, która jest używana przez inicjatorów tej kampanii i przeciw ewidentnemu nadużyciu uniwersalnej wartości, którą jest dobro dzieci, przez garstkę manipulatorów popartych „autorytetami“.

Nie zgadzamy się z tym zakazem, stawiającym łowiectwo w jednym rzędzie z pedofilią i posłusznie - zgodnie z opinią oderwanego od rzeczywistości marginesu - inklinującym absolutną amoralność tej formy użytkowania przyrody.

Nie zgadzamy się na wprowadzenie w Polsce, jako jedynym kraju na świecie tego rodzaju regulacji, odbierającej wyłącznie myśliwym PRAWO do wychowania własnych dzieci. Ona nigdy nie uzyska naszej akceptacji. Jeśli Pan, jako przewodniczący Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego taką zgodę i akceptację wyraża „nie mając nic przeciwko temu“, to prosimy o unikanie w przyszłości słowa MY. Proszę się wypowiadać we WŁASNYM i WŁASNEJ CÓRKI imieniu. Pańska funkcja absolutnie nie upoważnia Pana do formułowania takiej opinii w naszym i wielu innych Kolegów imieniu.

Mamy też wiele przeciw bezrefleksyjnej ucieczce przed amunicją ołowianą, po wielu zmarnowanych bezczynnie latach, gdy był czas na zainicjowanie racjonalnych, alternatywnych rozwiązań. Nie dlatego, że mamy coś do czynienia z fabrykami, które ją produkują, lecz dlatego, że WIEMY, iż bezmyślny, paniczny pęd stada ubranych na zielono baranów wystraszonych naraz trującym ołowiem w amunicji prowadzi do problemów natury etycznej i ekologicznej. O identycznym wymiarze jak ołów w środowisku. I również z tego względu prosimy Pana przewodniczącego o wypowiadanie się we własnym imieniu.

Kilka dni po Pańskiej wypowiedzi dla Gazety Wyborczej ukazał się w Rzeczypospolitej artykuł pana Witolda Daniłowicza, dotyczący obecności dzieci na polowaniu, którego myśl przewodnią autor zawarł w zdaniu:
Dzieci należy uczyć polować. Po to, abyśmy mieli normalne, zdrowe i silne pokolenia młodzieży, które wyrosną na świadomych obywateli.
Pan, Panie przewodniczący tak samo publicznie, w odniesieniu do tej samej kwestii deklaruje w innym tytule prasowym:
Czasy się zmieniły, nie mamy nic przeciwko temu, żeby z tej tradycji zrezygnować.
Czy to jest wspólny język? Czyżby nie chodziło o ten sam temat ?

Nie o to samo łowiectwo i nie o tych samych myśliwych?

Świadomie zdecydowaliśmy się zwrócić do Pana publicznie, tak samo jak Pan z pozycji pełnionej przez siebie funkcji, publicznie formułuje opinie sugerujące mediom i ich odbiorcom, iż są one naszymi. Bylibyśmy, tak jak wiele naszych Koleżanek i Kolegów - również z Pańskiego okręgu - bardzo wdzięczni za tak samo publiczne kilka słów komentarza do poruszonych powyżej kwestii.

Doskonale rozumiemy złożoność tematyki i tak samo złożone aktualne medialne klimaty.  Bylibyśmy jednak bardzo zobowiązani za jednoznaczne określenie czy reprezentowane przez Pana poglądy są Pańskimi osobistymi poglądami na obecność dzieci na polowaniu, czy też odzwierciedlają stanowisko Zarządu Okręgowego w Katowicach bądź stanowisko obecnego kierownictwa Polskiego Związku Łowieckiego w tej kwestii. Pańska odpowiedź do dnia 23 czerwca, kiedy odbędzie się następne posiedzenie sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, debatującej nad zmianami w prawie, pozwoli być może wyjaśnić nam oraz innym Koleżankom i Kolegom wiele rzeczy w powyższym kontekście. W interesie łowiectwa, PZŁ, rodziców i dzieci oraz ich wychowania zgodnie z otaczającymi nas realiami – ekologicznymi i społecznymi.

Z góry serdecznie dziękując za kilka słów komentarza, w imieniu kolektywu autorskiego blogu bucewzielonych.blogspot.com,

Wojciech Bołoz

Darz Bór!

Do wiadomości:
1)    ZG PZŁ Warszawa,
2)    Redakcja Łowca Polskiego,
3)    Redakcja Magazynu Sezon,
4)    Redakcja Gazety Wyborczej,
5)    Pan Witold Daniłowicz.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Społeczeństwo to JA!


Ludwik XIV,  Król Słońce, miał w XVII wieku wypowiedzieć słynne „Państwo to ja“, credo władzy absolutnej. Słowa te symbolizują rząd nad duszami i powłokami  doczesnych obywateli skoncentrowany w jednym ośrodku decyzyjnym. Podporządkowaniem słów, czynów oraz myśli wszelkich istot znajdujących się w zasięgu władzy jedynie słusznej idei (i interesom) panującego. Głowa Marii Antoniny, która stoczyła się z szafotu półtora wieku po tej deklaracji świadczy jednak o tym, że członkowie społeczności mogą mieć niekiedy zastrzeżenia do tego modelu organizacji społeczeństw. Od czasów dekapitacji francuskiej królowej preferowany jest w naszych szerokościach raczej inny model organizacji – wywodzący się ze starożytnej Grecji system demokracji. Jak sama nazwa wskazuje - opierający się na władzy ludu. Ma swoją specyfikę, funkcjonuje w różnych formach z wieloma zaletami oraz wadami. O których warto pamiętać obserwując na przykład wszczętą niedawno kampanię mającą na celu zakazanie udziału dzieci w polowaniach w Polsce. Jej tło jest asumptem do zadania sobie kilku pytań wychodzących poza ocenę wyznania posła Suskiego, iż jest osobą z zaburzeniami psychicznymi. Spowodowanymi według niego chodzeniem z tatą na polowanie. 

Demokracja ma to do siebie, że zasadnicze decyzje dotyczące reguł, którym podporządkowana jest dana społeczność stanowią lub winny stanowić wyraz woli większości jej członków. Uwzględniając system wartości reprezentowanych, bądź akceptowanych przez ogół. Na skali wartości mających coraz większe znaczenie dla współczesnych społeczeństw wzrasta znaczenie ochrony środowiska, ochrony przyrody i humanitarnego stosunku do zwierząt. Wartości te cieszą się kredytem społecznego zaufania a ich deklarowanie jest wyrazem poprawności politycznej. Trend ten znajduje pozytywne odbicie w obywatelskim zaangażowaniu w społecznych działaniach na rzecz ochrony środowiska, ochrony przyrody oraz praw zwierząt. Jego wyrazem jest też dziś instytucjonalizacja struktur, których zadaniem jest troska o stan środowiska, ochronę przyrody i respektowanie praw zwierząt. W przeciwieństwie np. do epoki Ludwika XIV, rządzącego bez ministra ochrony środowiska. Czy nawet wczesnego Adolfa Hitlera, który nadludziom zafundował jako pierwszy na świecie ustawę o ochronie zwierząt, ale dopiero po paru latach rządów. 

Zwiększającej się świadomości znaczenia środowiska naturalnego dla naszej egzystencji towarzyszą jednak tendencje, które w odniesieniu do praktykowanego współcześnie modelu organizacji społecznej można określić jako problematyczne. Po pierwsze, ochrona przyrody i praw zwierząt urasta dla niektórych środowisk do celu samego w sobie z totalna ignorancją – po negacje włącznie – aspektów społecznych, ekonomicznych i…… ekologicznych. Pojawiają się i funkcjonują struktury, które wykazują  ewidentnie cechy sekt parareligijnych. Po drugie, te struktury mają coraz większy wpływ na ośrodki decyzyjne, forsując wprowadzenie utopijnych często regulacji, motywowanych wyłącznie ideologicznie, które obowiązują  w rezultacie całe społeczności. W tym kontekście pojawia się problem demokratycznej legitymizacji tych działań, często bazujących na fanatycznych, oderwanych od rzeczywistości wyobrażeniach marginalnych, ale wpływowych grup społecznych. 

Pytanie o legitymizację warto sobie zadać też w kontekście kampanii zainicjowanej przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot oraz innych radykalnych ugrupowań ekologicznych i prozwierzęcych, popartej przez trzy organizacje “prodziecięce”. W każdym prawie wystąpieniu przedstawicieli tych organizacji z dodatkiem „eko” mowa jest o „społeczeństwie”. Ale czy np. Tomasz Zdrojewski -  aktywista, fanatyk PnRWI, wycierający sobie usta „społeczeństwem” odmienianym we wszystkich wypadkach - to społeczeństwo i jego wyobrażenia faktycznie reprezentuje? Czy też raczej jego część? Jeśli tak, to jaką część? 70 członków jego organizacji? Kogo reprezentują wreszcie inicjatorzy kampanii, o której tutaj mowa? Kilkaset, być może kilka tysięcy, w najlepszym wypadku kilkanaście tysięcy osób, które przy medialnym poparciu usiłują przeforsować swój punkt widzenia tego świata, własne poglądy na temat wychowania cudzych dzieci. 

Czy rzeczywiście liczy się tutaj interes dzieci? Problem obecności małoletnich w przestrzeni gdzie ma miejsce śmierć zwierząt dotyczy też wędkarstwa jak i tradycyjnej wsi. Z niedzielną kurą na rosół i świnią czy owcą zabijaną na Wielkanoc lub Boże Narodzenie. Dylematy związane z wychowaniem dzieci w tym kontekście to nie tylko kwestia polowania – w gruncie rzeczy marginalna, jeśli idzie o skale – lecz znacznie szerszy problem.  To jest też zasadnicza kwestia indywidualnej odpowiedzialności rodziców za wychowanie członków społeczności i przekazanie im zasad moralnych determinujących ich przyszły stosunek do otoczenia. Kampania radykalnych ekologów jest w gruncie rzeczy przykładem akcji marginalnej liczebnie grupy fanatyków usiłującej przy pomocy demokratycznych instrumentów odebrać jakiejś grupie społecznej PRAWO do ponoszenia owej indywidualnej odpowiedzialności. Za własne dzieci oraz ich wychowanie.  
Dlaczego właśnie polowanie i myśliwi? Dlaczego zielony kapelusik z piórkiem działa na ideologów spod symbolu Buddy wkomponowanego w stylizowane drzewo oraz  miłośników Braci Mniejszych jak czerwona płachta na byka? Przyczyny leżą zarówno w łowiectwie jako użytkowaniu czyli niszczeniu “dzikiej” przyrody oraz letalnej regulacji zwierząt łownych - ewidentnie sprzecznymi z ideologią reprezentowaną przez te kręgi. Część opiera się na stereotypach związanych z postrzeganiem grupy społecznej uprawnionej do polowania. Myśliwi są najwyraźniej wdzięcznym obiektem do krytyki, czyli kopania, a w naszych warunkach nawet szczególnie wdzięcznym. Konflikt między łowiectwem i ideologicznie motywowanym ruchem na rzecz ochrony przyrody oraz zwierząt, który w formie gorących dyskusji i debat miał do tej pory miejsce w sferze wirtualnej, przenosi się na realną płaszczyznę sporów wokół wpływu na konkretne decyzje polityczne. Urok demokracji polega zaś na tym, że każdy obywatel ma prawo do głosu w sprawie kształtu tych decyzji. Również dotyczących łowiectwa. W tej sytuacji każdy Suski czy inny Eichelberger może wejść na trybunę medialnego Hyde Parku,  głosząc:  „Społeczeństwo to ja!”. Domagając się w imieniu tego „społeczeństwa” oraz cudzych dzieci tych czy innych ograniczeń – zakazów i nakazów. Często nadużywając wartości deklarowanych jako uniwersalne. 

To jest część demokratycznego procesu, którego wynik zależy w dużej mierze nie tyle od racjonalności proponowanych rozwiązań, co od aktywności biorących w nim udział. Właśnie pasywność w tym zakresie wydaje się być jedną z bolączek naszego łowiectwa. Dotychczasowy skuteczny lobbing polityczny PZŁ w zakresie wpływu na decyzje polityczne dotyczące zarządzania samego PZŁ przez wąską grupę „funkcyjnych” nie powinien przesłaniać faktu, iż istnieją ogromne deficyty w zakresie codziennej „pracy u podstaw” na rzecz szeroko rozumianego łowiectwa, nie streszczającego się jedynie do ulicy Nowy Świat w Warszawie. Szczególnie w sferze reakcji na  inicjatywy takie jak ta, dotyczącej udziału dzieci w polowaniach. Z punktu widzenia wpływu na decyzje polityczne jest nieistotnym czy PnRWI I inni sygnatariusze petycji skierowanych do Prezydenta oraz Rzecznika Praw Obywatelskich zbiorą 5 czy 10 tysięcy podpisów. Istotniejszym jest czy polscy myśliwi byliby w stanie zebrać 100 000 podpisów pod petycja sprzeciwiającą się zakazowi udziału dzieci w polowaniach. Na ile środowisko jest w stanie się samo zmobilizować? Zdobyć szersze poparcie niż to garstki posłów i własnych mediów? By przy użyciu akceptowalnych środków dać wyraz temu, iż społeczeństwo to nie tylko „ekolog” ryczący, iż on właśnie nim jest. 

Niedawno miało miejsce na Malcie referendum dotyczące wiosennych polowań (odłowów właściwie) na przepiórki i turkawki. Na sam fakt tego rodzaju użytkowania populacji migrujących ptaków akurat w okresie wiosennym można się różnie zapatrywać. Jednak, niezależnie od tej oceny, warto podkreślić, że chodzi o społeczne zezwolenie na tego rodzaju polowanie na śródziemnomorskiej wyspie, będące  wynikiem wyboru i decyzji CAŁEGO tamtejszego społeczeństwa a nie rozwiązaniem podyktowanym wrzaskiem współczesnej, ideologicznie motywowanej karykatury Ludwika XIV w zielonym ornacie. 

W marcu br. w Düsseldorfie na ulice wyszło kilkanaście tysięcy niemieckich myśliwych, by w ten sposób zaprotestować przeciw planowanym zmianom w tamtejszej ustawie prawo łowieckie. Z punktu widzenia naszych regulacji, które już dawno zakazują tego, co w przyszłym akcie prawnym dotyczącym łowiectwa w Nadrenii–Westfalii ma z woli ministra z partii Zielonych dopiero zostać zabronione, może chodzić o błahostki. Spektakularny protest ubranych w pomarańczowe kamizelki myśliwych i wspierających ich leśników i rolników dotyczył jednak nie tylko zakazu określonych form układania psów myśliwskich. Był wyrazem braku akceptacji grupy społecznej, która w opracowywaniu prawa regulującego jej działalność została pominięta i zignorowana. Etatowi zieloni ideolodzy z niemieckiej partii politycznej liczącej w NRW nieco ponad 3000 członków opracowali projekt ekologizacji prawa łowieckiego zgodnie z oczekiwaniami ich wielkomiejskiej klienteli i wyznawaną ideologią. Ignorując przy tym interesy wielotysięcznej rzeszy ludzi związanych z przestrzenią wiejską i użytkowników środowiska przyrodniczego. Zainteresowanych zarówno  zachowaniem bioróżnorodności krajobrazu  jak i prawem do korzystania z zasobów przyrodniczych tego krajobrazu. Data demonstracji – 18 marca – nie została wybrana przypadkowo. Symbolizowała ona opór części społeczeństwa przeciw postrzeganym jako „neofeudalne” zakusom zielonych ideologów na wywalczone w XIX swobody obywatelskie, kiedy 18 marca 1848 roku doszło do krwawego stłumienia protestów obywateli domagających się likwidacji resztek feudalizmu. Pomarańczowa demonstracja nosicieli zielonych ubiorów Anno Domini 2015 przebiegała pokojowo przy słonecznej pogodzie i nie zakłóciły jej wrzaski garstki ekoaktywistów, którzy w zupelnie zbędnej asyście policji stanowili egzotyczny element myśliwskiego pikniku nad Renem. 

Czy protesty myśliwych przyniosly  oczekiwany rezultat w postaci wpływu na ostateczny kształt regulacji w Nadrenii-Westfalii? Na pewno zwiększyła sie gotowość polityków do dialogu. Szereg regulacji zostało skorygowanych. Wbrew optymistycznej opinii wyrażonej przez komentującego te wydarzenia w majowym wydaniu Łowca Polskiego Bartosza Głębockiego Zieloni przeboksowali nowelizację ustawy, której poszczególne artykuły będą teraz konsekwentnie skarżone ze względu na deficyty konstytucyjności. Osiągnięty konkretny polityczny  rezultat nie jest zresztą najistotniejszym. Demonstracja, którą poparły środowiska związane z organizacjami rolników i zrzeszenie posiadaczy lasów prywatnych dowiodła w pierwszym rzędzie, iż środowisko myśliwych potrafi się zmobilizować. W interesie obrony zasady „nic o nas bez nas”. I tak jak inne grupy społeczne skorzystać z przysługującego jej prawa wyrażenia obywatelskiego protestu. 

Przykłady z Nadrenii i Malty nie dadzą się przenieść bezpośrednio na grunt naszych uwarunkowań prawnych bądź społecznych. Winny być jednak przyczynkiem do zastanowienia się czy pasywność i fatalistyczna bezradność wobec tego co „postanowią aktualnie trzymający władzę” jest receptą na przyszłość. To nie musi być palenie opon, wylewanie gnojowicy na przedpokojach ministra ochrony środowiska czy podrzucanie dzikich świń w innych ministerstwach. To jest też kwestia postawienia pytań. Jeśli trzy organizacje „prodziecięce” walczące o wsadzenie do kryminału dziadka, który poszedł z wnuczką na polowanie a nie na ryby finansują tę walkę ze środków publicznych to czas może spytać o to czy środki te są we właściwych rękach. Czy służą dobru dzieci, czy też realizacji chorych ideologii, które przy następnym podejściu domagać się będą przymusowego dokarmiania małoletnich sałatką w stołówkach szkolnych. Ponieważ widok nagiego aczkolwiek zarumienionego udka z żywego niegdyś kurczaka  może spowodować nieodwracalne szkody na ich psychice. Takie jak u posła Suskiego chodzenie z tatą na polowania - w przeciwieństwie do nieszkodliwego powędkowania lub wspólnego z rodzicem wirtualnego ukatrupienia kilkuset „wrogów”. Na ekranie komputera. 

Jednym z pomysłodawców wsadzania do więzienia rodziców polujących niezgodnie z wyobrażeniami ideologów wychowujących dzieci jest Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot z Bystrej. Organizacja licząca około 70 członków, z przymiotnikiem „spoleczna” i statusem organizacji pożytku publicznego. Jeśli jej członkowie chcą debaty na temat dzieci i łowiectwa w Polsce, to ta debata może mieć miejsce również wewnątrz organizacji. Według demokratycznych zasad. Jaki to problem z zadeklarowaniem wstąpienia do tej organizacji pięcio- czy dziesięciokrotnie wyższej ilości osób niż posiada ona obecnie aktywnych działaczy? Czy wśród czytelników Braci Łowieckiej nie znalazłaby się ta garstka sprawiedliwych? Gotowych do przedyskutowania tego i innych pomysłów na uzdrowienie łowiectwa narodowego przy jednym stole z Zenonem Kruczyńskim? Na zasadach obowiązujących w każdej demokracji? Przecież pod statutowymi celami tej organizacji obejmującymi ochronę przyrody może się podpisać każdy. Wkucie 8 przykazań filozofii głębokoekologicznej, której hołdują Wszelkie Istoty  jest łatwiejsze niż nauczenie się dekalogu przed przystąpieniem do pierwszej komunii świętej. Składki w porównaniu z haraczem odprowadzanym na Nowy Świat są stosunkowo niskie a wpisowe symboliczne, jeśli w ogóle pobierane. W czym problem? Jeśli Zarząd PnRWI odrzuci wnioski osób chcących się aktywnie włączyć w deklarowane działania na rzecz ochrony przyrody ze względu na ich wyznanie, orientację seksualną, uprawiane hobby, pasje czy wykonywany zawód, będzie to z pewnością bolesnym doświadczeniem dla tych z czytelników Braci Łowieckiej, którzy pragną być częścią nurtu społecznego ruchu i osobiście poznać naszego eks–kolegę Zenona Kruczyńskiego. Jednak taka dyskryminacja świadczyć będzie również o moralnej dyskwalifikacji stowarzyszenia, które zamyka sie w ten sposób przed społeczeństwem. Którego reprezentantem jest każdy z nas. Niezależnie od tego czy chodzi z pociechą na grzyby, ryby czy polowanie. Jest to również ogromna szansa dla samej PnRWI, której przedstawiciel Tomasz Zdrojewski ewentualnie będzie miał w przyszłości okazję przemawiać w imieniu większej części społeczeństwa niż obecne trzy tuziny członków z hakiem. 

Jeśli organizacja pożytku publicznego działająca na rzecz całego społeczeństwa i całej przyrody zdecyduje się na izolację i elitarność determinowaną subiektywnie definiowanymi kryteriami jest to również  przyczynek do zadania pytań o zasadność czerpania przez tę organizację profitów z tego tytułu. Chociażby możliwość wyciągania łapek po pieniądze pochodzące z 1% odpisów podatkowych na jej rzecz. W razie potrzeby w instytucjach, które tej grupie osób taki status przyznały. Deklaracje członkowską można otrzymać pod adresem Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot ul. Jasna 17, 43-360 Bystra tel./fax: 33 817 14 68 bądź za pośrednictwem poczty elektronicznej: e-mail: biuro@pracownia.org.pl. Statut organizacji zatwierdził Sąd Rejonowy w Bielsku Białej. Wszelkie inne informacje na temat potencjalni zainteresowani podjęciem działalności na rzecz ochrony przyrody  w szeregach organizacji z Bystrej znajdą na stronie http://pracownia.org.pl/czlonkostwo. Członkiem Pracowni może być każda pełnoletnia osoba fizyczna z kraju i z zagranicy, pod warunkiem akceptacji celów i statutu Pracowni.  

Śp. Jacek Kuroń zasłynął z powiedzenia: „zamiast palić komitety zakładajcie własne!”. Te komitety nie muszą mieć formy towarzystw wzajemnej adoracji – zwanych kołami łowieckimi – umieszczonych w ściśle zhierarchizowanej, lekko stęchniałej strukturze organizacji łowieckiej. Aktywność w społeczeństwie obywatelskim może przybierać kreatywne i kolorowe formy.  We własnym i społeczeństwa interesie. Postrzeganie łowiectwa oraz jego znaczenie nie wynika z indywidualnej czy grupowej sprawności w zabijaniu dzików lub słonek. Częściej jest ono rezultatem zabrania głosu, założenia, jak koledzy z NRW, pomarańczowej kamizelki, wysłania listu, maila, złożenia podpisu czy zapisania się do jakiegoś komitetu, zadania pytań, uświadomienia sobie i innym, że społeczeństwo to nie tylko Tomasz Zdrojewski razem z Ludwikiem XIV. A opinia zwana publiczną nie kończy się na tej głoszonej przez dyżurnych „ekologów” z massmediów.