wtorek, 30 czerwca 2015

Ania pługiem Olgi orze jej tfurczość.


W czasie studiów nad "Bezmięsnym rajem" we filii McDonalda, gdzie szukaliśmy kontaktu z prawdziwymi Świętymi Krowami indyjskimi, ponieważ nie stać było nas na wycieczkę do Indii, tak jak Panią Olgę Tokarczuk, towarzyszyła nam Ania. Ania nie szukała z nami Świętych Krów tylko się nudziła – jak zawsze, kiedy jej rodzice podrzucają ją nam, gdy sami wybierają się do teatru. Jej uwagę - osoby dość małoletniej - przykuł kawałek wstawionej  na Youtube relacji z pierwszej odsłony „Projektu polowanie” KLIK. Dziecko poprosiło o kilkakrotne powtórzenie fragmentu, gdy jedna z projektantek łamiącym głosem odczytuje fragment powieści pani Olgi Tokarczuk pod tytułem „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Prośbę naturalnie spełniliśmy, choć ta część lektury powinna być dla dzieci właściwie zakazana. Z tą całą krwią i martwym zwierzęciem. Tak jak chodzenie na polowanie. Ania popadła w zadumę i zaczęła cuś rysować na serwetce. Aż się wystraszyliśmy, że dziecko się nabawiło jakiej choroby psychicznej po kontakcie z twórczością pierwszej damy polskiej literatury poświęconą myślistffu. W rezultacie Redachtor Młodszy wyrzucił posiadany egzemplarz „Prowadź swój pług przez kości umarłych” do kosza, od razu po przyjściu do domu, żeby książka broń Boże nie wpadła w ręce żadnego innego dziecka. Nigdy nie wiadomo. Niedawno Ania musiała odwiedzić nas ponownie, bo jej rodzice wybierali się do kina i podrzucili nam znowu to dziecko. Ania tym razem przyniosła ze sobą obrazek, który namalowała pod wrażeniem przesłuchanej literatury oraz list pod tym samym wrażeniem osobiście napisany do Pani Olgi Tokarczuk. Z prośbą żebyśmy go Pani Pisarce przekazali wraz z serdecznymi pozdrowieniami od niej. Co naturalnie chętnie uczyniliśmy. Przy okazji pragnąc zapoznać również naszą wierną Parafię z jego treścią.


P.S. 
Odczytany fragment jest też poniżej widoczny na kartce egzemplarza książki, którą udało się Redachtorowi Młodszemu uratować ze śmietnika – niestety nieco pobrudzonej. Redachtor sobie kupił nową ksionżkem pani Olgi. Którą można dostać już za 31 złotych i 37 groszy i 5 złotych za wysyłkę na przykład w tej... albo tamtej polskiej księgarni. Lektura książki jest – jak stwierdziliśmy – absolutnie nieszkodliwa i nie pociąga za sobą absolutnie żadnych zaburzeń psychicznych u myślących dzieci. Nie wiadomo jak z oddziaływaniem na dorosłych. Ale kto chce może zaryzykować i wstawić sobie ją do meblościanki.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Odpowiedź Jurka Żagiella w sprawie udziału dziatwy w polowaniach.

List do pana przewodniczącego ZO Katowice wysłaliśmy dnia 14 czerwca z prośbą o skreślenie kilku słów komentarza do dnia 23 czerwca. Odpowiedź nadejszła punktualnie. Cieszymy siem, że możemy jom zaprezentować Czytelnikom naszego bloga. Oto słowo przewodniczącego. PZŁ niech będą dzięki.


P.S. Poskładaliśmy powyższą kartkę zgodnie z sugestywnymi zagięciami poczynionymi ręcyma pana przewodniczącego. Wyszedł słoń. Naprawdę. Doceniamy kreatywne podejście Jerzego Żagiella, który najwyraźniej chciał nas zrobić w trombe.

środa, 24 czerwca 2015

Kopulujący osioł zabity przy dziecku.

W ramach kursów samokształceniowych znaleźliśmy cuś takiego:
Autor: Łoś78
Chcecie czy nie zakaz wejdzie. Módlcie się oby tylko zakaz pozyskiwania przy dziecku a nie polowania. Psychika dziecka to nie materiał do hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami.Argumentacja marketowymi kurczakami nietrafiona.Nie polujemy dla zaspokojenia jadła a prowadzimy gospodarkę łowiecką. Marketowe kurczaki to części obrobione bez farby, piór zapachu leżące w miejscu zakupów wiec na zmysły dziecka działają inaczej niz sfarbowana zwierzyna dzika w szacie i na terenie łowiska prezentowana małoletnim przez tatusia który przed chwila zgiął palec na spuście i hartuje pociechę patrosząc przy niej lub jak niektórzy amatorzy ptaków ;-) kulkując pióro... Rozwój osobniczy ma swoje etapy.Nie należy odbierać dzieciom dzieciństwa.Trwanie w zdaniu że NALEŻY strzelać do zwierzyny przy dziecku przysporzy o wiele więcej złego dla łowiectwa niż zgoda na zakaz POZYSKIWANIA przy małoletnich. Sami dajecie ekoterorystom do rąk.
Jako, że zajmujemy się też polowaniem a łoś jest gatunkiem łownym, mimo iż objętym całoroczną ochroną, powyższa opinia sformułowana na www.lowiecki.pl skłoniła nas do zajęcia się tym i podobnymi egzemplarzami gatunku Alces alces. Niezależnie od tego, że odstrzał tych zwierząt jest właściwie zakazany, to zdecydowanie warto zająć się ISTOTĄ. Istotą treści zawartej w tej opinii. Wypatroszeniem, czyli wyrwaniem wnętrzności, poćwiartowaniem , porcjonowaniem i przyrządzeniem potrawki z takiego łosia. Niezależnie od tego czy ona będzie wszystkim smakowała i czy u niektórych wywoła odruchy wymiotne. Potrawki nie do zjedzenia ale do przemyślenia.
Łoś78 napisał:  
Chcecie czy nie zakaz wejdzie. Módlcie się oby tylko zakaz pozyskiwania przy dziecku a nie polowania.
Modlitwa to zasadniczo wyraz wiary.  Dogmatów, na których opierają  się religie i ideologie. Modlitwa nic nie zmieni w tym czego się chce albo nie chce. Jeśli się czegoś nie chce lub nie chce to nie wystarczy się modlić, ale wypada coś robić. Apel o modlitwy nie zastąpi przede wyszystkim jednego: MYŚLENIA. Nawet jeśli niektóre czółka uwierają zbyt ciasne zielone kapelusiki z piórkami.


A myślenie zaczyna się już w momencie formułowania takich „myśli“:
Psychika dziecka to nie materiał do hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami.
W każdym kościele w Polsce każde dziecko zetknie się z taką bądź podobną, realistyczną aż do bólu, wierną repliką ludzkich zwłok – „trupa” – jak to jest w „myślach” ujęte. Przybitego gwoździami do krzyża , zmaltretowanego ciała ludzkiego, ze śladami krwi i demonstracją perwersyjnych tortur zadanych człowiekowi przez ludzi. Czy to jest budujący materiał do kształtowania psychiki dziecka? Czy nie należałoby zakazać tej – w gruncie rzeczy - formy  “hartowania i przedwczesnego oswajania z trupami”? Wyrugować  ze świątyń te i bardziej realistyczne formy przemocy? Bądź zabronić uczęszczania do kościołów osobom do lat 18? Jeśli ktoś szczerze argumentuje dobrem dziecka wystawionego na działanie widoków gwałtu, to nie odgrywa żadnej roli czy kilkuletni obserwator sceny z ukrzyżowanym człowiekiem ogarnia tę scenę wyłącznie wizualnie a zapach, dźwięki i dotyk nie transferują grozy zawartej w inscenizacji zwłok z krzyżem. W przeciwieństwie do kontaktu dziecka z zastrzeloną sarną. Kto twierdzi, że „to nie to samo” – może tak argumentować wyłącznie z WŁASNEGO punktu widzenia i kulturowego balastu, który ciąży na każdym z nas. Każdy z nas – dorosłych – odpowiedzialny jest też za to, żeby forma przekazu nie zdominowała treści odbieranej również przez dzieci. W kościele i na polowaniu. Odpowiedzialności tej nie zdejmie z żadnego z nas żaden nawiedzony łopatacz serwujący frazesy. Ani nie „załatwi” żaden przepis zakazujący chodzenia do kościoła, na ryby albo na polowanie z dziećmi.

Nie polujemy dla zaspokojenia jadła a prowadzimy gospodarkę łowiecką.  
Można dalej odczytać we wnętrznościach patroszonego łosia, który wypowiada się również za nas. My natomiast polujemy przeważnie dla jadła. Zabijamy zwierzęta, żeby zjeść te, które dadzą się zjeść. Albo przez nas samych, albo przez innych ludzi. „Gospodarka łowiecka” to pusty frazesik w kontekście zabijania zwierząt podczas polowania. Nie musimy uprawiać dulszczyzny i hipokryzji pruderii powszechnej. Na potrzeby mniejszych i większych dzieci. One muszą się kiedyś dowiedzieć i pojąć, że śmierć wpisana jest w niezależne od nas, od nich i każdego łosia internetowego reguły funkcjonowania tego padołu. Że nie da się zjeść łosia bez zabicia i wypatroszenia łosia. Inaczej z nich samych wyrosną łosie78.  Zakłamani hipokryci z tytułem lub bez, którzy chcieliby niektóre dzieci aż po ostatnie namaszczenie pozbawić świadomości tego skąd pochodzi karkówka z łosia i udko z kaczki. Kierowani infantylizmem albo… wyrachowaniem.

Łoś78 serwuje dalej mniemanologię stosowaną twierdząc, że:
Marketowe kurczaki to części obrobione bez farby, piór zapachu leżące w miejscu zakupów wiec na zmysły dziecka działają inaczej niz sfarbowana zwierzyna dzika w szacie i na terenie łowiska prezentowana małoletnim przez tatusia który przed chwila zgiął palec na spuście i hartuje pociechę patrosząc przy niej lub jak niektórzy amatorzy ptaków ;-) kulkując pióro...
W programie Radio TOK FM, poświęconym polowaniu i dzieciom wziął udział oddelegowany przez Zarząd Główny Polskiego Związku Łowieckiego specjalista ds. psychologii i psychiki dziecięcej przy ZG, pan Bartłomiej Popczyk, pełniący na drugim etacie funkcje kierownika Działu Hodowli (zwierząt) na Nowym Świecie w Warszawie. W dyskusji wzięły ponadto udział dwie dewotki i jeden bigot - zatroskani o los oraz psychikę dzieci polskich cudzych (zupełnie możliwe, że ta trójka przedstawiła się inaczej – nie pamiętamy dokładnie). Psycholog z PZŁ zwrócił w pewnym momencie uwagę na to, iż odnosząc się do dzieci i ich kontaktu z przemocą należy zrelatywizować pojęcie przestrzeni, w której ma miejsce taki kontakt. Uwzględniając również to, co małoletni widzą, konsumują i trawią, czyli przeżywają za pośrednictwem środków przekazu. Mediów z niekontrolowanym praktycznie dla dzieci dostępem, serwujących codziennie w dni powszednie, święta oraz niedziele góry trupów, krwi, wyprutych wnętrzności, rozbryzgniętych mózgów, agonii i cierpienia. Ludzkiego przeważnie. Każdy konsument mediów może bowiem zaświadczyć, że podaż i popyt społeczny na analogiczne obrazki z udziałem naszych Braci Mniejszych są raczej niewielkie. Poruszenie tego aspektu wywołało reakcje u biorącej udział w tej dyskusji pani, która z pozycji autorytetu dyżurnej dewotki psycholożki  autorytatywnie stwierdziła, że jak dzieci oglądają takie obrazki przez szybkę to mogą, bo to jest wtedy nieszkodliwe. Dla dzieci. Za taką samą psycholożkę robi powyżej patroszony Łoś78, używający „marketowego kurczaka” zamiast  szybki. Gwałt, ale w 24 calowym monitorze oraz zabite zwierzę lub jego części, bez krwi, farby, zapachu i pierza ma być widokiem najwyraźniej  kojąco wpływającym na małoletnich – w porównaniu z gwałtem w innych okolicznościach i inaczej udrapowanymi, zabitymi zwierzętami. Opinii dzieci na ten temat nie słychać. Dobiega za to gromki głos mniemanologii stosowanej  przez dorosłe klempy i inne łopatacze relatywizujące odbiór tych samych treści przez to samo dziecko. W sposób, który każe się poważnie zastanowić nad tym czy niektóre łopatacze odbywają bukowisko mając już odbite łby*. Na długo przed patroszeniem.

Rozwój osobniczy ma swoje etapy. Nie należy odbierać dzieciom dzieciństwa. 
Zadeklarował też Łoś78 na www.lowiecki.pl zgodnie z chorym political correctness. My jesteśmy zdania, że NIE WOLNO zabierać dzieciom dzieciństwa. 

Zadając sobie również pytanie: jak ma się do łosiowej deklaracji widoczna poniżej gloryfikacja utraconego dzieciństwa w mediach i codzienności naszej powszechnej? Dzieciństwa utraconego za sprawą dorosłych – bo przecież nie jest winą i zasługą dzieci Powstania Warszawskiego, ostatniego zaciągu Hitlera czy małoletnich z kałasznikowem w trzecim świecie ich udział  w erupcji ludzko–ludzkiej przemocy,  gwałtu, krwi. Zawsze irracjonalnej, zawsze niepotrzebnej. Każdy dzieciak, którego mama, tata lub inny dziadek wyciąga w paskudną pogodę do lasu powinien mieć i ma możliwość wyboru – determinowaną balansem między jego wolą i odpowiedzialnością dorosłych. Problem w tym, że odpowiedź na to czy to wyjście do lasu z dziadkiem oznacza odebrane dzieciństwo serwują ludzie, którzy nie są w stanie najwyraźniej ogarnąć tego, iż chcąc być konsekwentnymi , powinni domagać się nie tylko wsadzenia do więzienia dziadka zabierającego wnuczka na ambonę ale także likwidacji Muzeum Powstania Warszawskiego. W Warszawie. Gdzie gloryfikowane jest utracone dzieciństwo całego pokolenia. Jeśli przyłożyć do tej wartości tę samą miarę.

Na zakończenie kazania, porcja łosiny w sosie własnym apeluje o zaprzestanie trwania w grzechu i pokorne oddanie własnego losu oraz losu naszych dzieci i wnuków w ręce świadomej oraz postępowej części społeczeństwa, bo inaczej czeka nas potępienie wieczne i ekoterrorystyczny ogień piekielny.
Trwanie w zdaniu że NALEŻY strzelać do zwierzyny przy dziecku przysporzy o wiele więcej złego dla łowiectwa niż zgoda na zakaz POZYSKIWANIA przy małoletnich. Sami dajecie ekoterorystom do rąk.
Nie tak dawno temu przykład troski Matek Polek o zdrowie psychiczne oraz zdrowy kręgosłup moralny dorastającego pokolenia Polaków obiegł łamy czołowych tytułów prasy światowej. 

Symbolem tej troski była prowincjonalna polityczka własnymi piersiami  i ufarbowanymi włosami zasłaniająca widok kopulujących osłów Dzieciom Polskim w poznańskim ZOO. Pani Lidia ma wiele wspólnego z potrawką z łosia – nawet jeśli ten ma niefarbowane włosy. Oboje symbolizują narodową pruderię i zakłamanie oraz nadużywanie uniwersalnych wartości. Czy owe mają do czynienia z początkiem życia osła, czy końcem życia zwierzęcia łownego.

Dyskusja wokół udziału dzieci w polowaniu przypomina w tej chwili wedrówkę grupy ludzi – pijanych jak Polacy - bardzo ostrą granią. Z jednej strony tej grani otwiera się przepaść pełna dylematów i sprzeczności związanych z obecnością małoletnich w przestrzeni gdzie ma miejsce śmierć zwierząt i ludzi - w myśli, mowie i przekazie, tak pośrednim jak i bezpośrednim. Śmierć wszechobecna i nieunikniona, która jest częścią otaczającego nas i dzieci życia. Po drugiej stronie owej krętej grani wyściełanej elementarnymi wartościami, takimi jak prawa dziecka i prawa rodziców czy prawa człowieka otwiera się przepaść  farsy z kopulującymi osłami. Nie ma znaków na niebie i ziemi polskiej wskazujących, że większość społeczeństwa jest za zamknięciem dzieci do lat 18 pod kloszem, by nie dopuścic do przedwczesnych zaburzeń w ich psychice w zetknięciu z realiami,  rzeczywistością i dylematami tego padołu. Zakaz udziału dzieci w polowaniach jest, ma i będzie miał formę decyzji politycznej, opartej o posłuszną reakcję polityki na wrzask garstki nawiedzonych oszołomów z tytułami i bez, których według kazania skonsumowanego już Łosia78 trzeba się bać. Ten wrzask jest skuteczny, ponieważ większość środowiska myśliffskiego na czele z jego siłom przewodniom z Nowego Świata w Warszawie wydaje się być w gruncie rzeczy obojętna na to czy będzie mogła zabierać własne dzieci tylko na ryby, czy tylko na grzyby. Konsekwencją tej obojętności powinna być właściwie zamiana obrazka czerepu martwego jelenia w logo PZŁ na obrazek jakiegoś żywego. Widok żywych stworzeń wpływa na pewno lepiej na psychikę dzieci niż widok martwych. Choć my bylibyśmy  w przypadku wprowadzenia zakazu obecności dzieci w przestrzeni zwanej polowaniem raczej za użyciem w logo PZŁ podobizn zwierząt niełownych, ale za to kopulujących. Osłów.

To logo z oślim aktem miłosnym na pezetełowskich sztandarach będzie adekwatne do farsy, w której będziemy zmuszeni brać udział. Niezależnie od ewentualnych protestów farbowanych blondynek udających Matki Polki zatroskane o los Dzieci Polskich, które z takim widokiem mogą się zetknąć na przykład podczas celebrowania mszy Hubertowskiej w jakimś kościele z ukrzyżowanym Zbawicielem i z udziałem Zarządu Głównego PZŁ lub innych przewodnich sił łowiectwa stopnia okręgowego.

P.S.1
Aktorzy i okoliczności zrobienia zdjęcia z patroszeniem z aktywnym udziałem małoletniej są nam znane – dane chętnie udostępnimy i ucieszylibyśmy się przeogromnie z upowszechnienia, a jeszcze bardziej gdyby ktoś zechciał złożyć zawiadomienie do prokuratury, donos do LPM, do PnRWI lub innych Matek Polek strwożonych widokiem kopulujących osłów.

P.S.2
*odbicie łba = pojęcie z gwary myśliwskiej oznaczające odcięcie głowy wraz z trofeum zabitemu zwierzęciu łownemu. Analogiczne obrazki ruchome z demonstracją analogicznego ucinania głów żywym jeszcze ludziom przy użyciu rozmaitych narzędzi Dzieci Polskie mogą sobie obejrzeć np. googlując „IS egzekucja“. W różnych językach. Gdyby ktoś chciał zaoszczędzić dzieciom widoków z polowania, to może im w ten sposób zaoferować lepsze atrakcje.

niedziela, 14 czerwca 2015

List otwarty do Jurka Żagiella.

Zarząd Okręgowy PZŁ Katowice
Przewodniczący, łowczy okręgowy
Pan Jerzy Żagiell

ul. Zwycięstwa 2
41-103 Siemianowice Śląskie


Szanowny Panie przewodniczący!

W lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej z 9 czerwca bieżącego roku cytowana jest Pańska wypowiedź w artykule „Polowania źle wpływają na dzieci. Naukowcy przestrzegają:
Jerzy Żagiell, przewodniczący zarządu okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Katowicach, przyznaje, że trzeba wyjść naprzeciwko nowym realiom. - Rzeczywiście w tradycji łowieckiej zawsze było tak, że dzieci trzeba było wychować na swoich następców. Choć ja mojej córki nigdy nie zabierałem na polowanie, bo sobie tego nie życzyła. Czasy się zmieniły, nie mamy nic przeciwko temu, żeby z tej tradycji zrezygnować. Podobnie jak z używania ołowianej amunicji. Nie mamy przecież nic wspólnego z fabrykami, które ją produkują - mówi Żagiell.
Nie wiemy kogo ma Pan na myśli wypowiadając się, iż „nie mamy nic przeciwko temu“ w odniesieniu do zakazu udziału dzieci w polowaniach i forsowanego w obecnej formie zakazu użycia amunicji ołowianej. Nie wiemy w czyim imieniu się Pan wypowiada. Wiemy, że na pewno nie w naszym. Szeregowych członków PZŁ. My mamy mianowicie bardzo dużo przeciw kampanii mającej na celu wprowadzenie zakazu pobytu nieletnich w przestrzeni zwanej polowaniem. Mamy bardzo dużo przeciw irracjonalnej, pseudonaukowej argumentacji, która jest używana przez inicjatorów tej kampanii i przeciw ewidentnemu nadużyciu uniwersalnej wartości, którą jest dobro dzieci, przez garstkę manipulatorów popartych „autorytetami“.

Nie zgadzamy się z tym zakazem, stawiającym łowiectwo w jednym rzędzie z pedofilią i posłusznie - zgodnie z opinią oderwanego od rzeczywistości marginesu - inklinującym absolutną amoralność tej formy użytkowania przyrody.

Nie zgadzamy się na wprowadzenie w Polsce, jako jedynym kraju na świecie tego rodzaju regulacji, odbierającej wyłącznie myśliwym PRAWO do wychowania własnych dzieci. Ona nigdy nie uzyska naszej akceptacji. Jeśli Pan, jako przewodniczący Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego taką zgodę i akceptację wyraża „nie mając nic przeciwko temu“, to prosimy o unikanie w przyszłości słowa MY. Proszę się wypowiadać we WŁASNYM i WŁASNEJ CÓRKI imieniu. Pańska funkcja absolutnie nie upoważnia Pana do formułowania takiej opinii w naszym i wielu innych Kolegów imieniu.

Mamy też wiele przeciw bezrefleksyjnej ucieczce przed amunicją ołowianą, po wielu zmarnowanych bezczynnie latach, gdy był czas na zainicjowanie racjonalnych, alternatywnych rozwiązań. Nie dlatego, że mamy coś do czynienia z fabrykami, które ją produkują, lecz dlatego, że WIEMY, iż bezmyślny, paniczny pęd stada ubranych na zielono baranów wystraszonych naraz trującym ołowiem w amunicji prowadzi do problemów natury etycznej i ekologicznej. O identycznym wymiarze jak ołów w środowisku. I również z tego względu prosimy Pana przewodniczącego o wypowiadanie się we własnym imieniu.

Kilka dni po Pańskiej wypowiedzi dla Gazety Wyborczej ukazał się w Rzeczypospolitej artykuł pana Witolda Daniłowicza, dotyczący obecności dzieci na polowaniu, którego myśl przewodnią autor zawarł w zdaniu:
Dzieci należy uczyć polować. Po to, abyśmy mieli normalne, zdrowe i silne pokolenia młodzieży, które wyrosną na świadomych obywateli.
Pan, Panie przewodniczący tak samo publicznie, w odniesieniu do tej samej kwestii deklaruje w innym tytule prasowym:
Czasy się zmieniły, nie mamy nic przeciwko temu, żeby z tej tradycji zrezygnować.
Czy to jest wspólny język? Czyżby nie chodziło o ten sam temat ?

Nie o to samo łowiectwo i nie o tych samych myśliwych?

Świadomie zdecydowaliśmy się zwrócić do Pana publicznie, tak samo jak Pan z pozycji pełnionej przez siebie funkcji, publicznie formułuje opinie sugerujące mediom i ich odbiorcom, iż są one naszymi. Bylibyśmy, tak jak wiele naszych Koleżanek i Kolegów - również z Pańskiego okręgu - bardzo wdzięczni za tak samo publiczne kilka słów komentarza do poruszonych powyżej kwestii.

Doskonale rozumiemy złożoność tematyki i tak samo złożone aktualne medialne klimaty.  Bylibyśmy jednak bardzo zobowiązani za jednoznaczne określenie czy reprezentowane przez Pana poglądy są Pańskimi osobistymi poglądami na obecność dzieci na polowaniu, czy też odzwierciedlają stanowisko Zarządu Okręgowego w Katowicach bądź stanowisko obecnego kierownictwa Polskiego Związku Łowieckiego w tej kwestii. Pańska odpowiedź do dnia 23 czerwca, kiedy odbędzie się następne posiedzenie sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, debatującej nad zmianami w prawie, pozwoli być może wyjaśnić nam oraz innym Koleżankom i Kolegom wiele rzeczy w powyższym kontekście. W interesie łowiectwa, PZŁ, rodziców i dzieci oraz ich wychowania zgodnie z otaczającymi nas realiami – ekologicznymi i społecznymi.

Z góry serdecznie dziękując za kilka słów komentarza, w imieniu kolektywu autorskiego blogu bucewzielonych.blogspot.com,

Wojciech Bołoz

Darz Bór!

Do wiadomości:
1)    ZG PZŁ Warszawa,
2)    Redakcja Łowca Polskiego,
3)    Redakcja Magazynu Sezon,
4)    Redakcja Gazety Wyborczej,
5)    Pan Witold Daniłowicz.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Społeczeństwo to JA!


Ludwik XIV,  Król Słońce, miał w XVII wieku wypowiedzieć słynne „Państwo to ja“, credo władzy absolutnej. Słowa te symbolizują rząd nad duszami i powłokami  doczesnych obywateli skoncentrowany w jednym ośrodku decyzyjnym. Podporządkowaniem słów, czynów oraz myśli wszelkich istot znajdujących się w zasięgu władzy jedynie słusznej idei (i interesom) panującego. Głowa Marii Antoniny, która stoczyła się z szafotu półtora wieku po tej deklaracji świadczy jednak o tym, że członkowie społeczności mogą mieć niekiedy zastrzeżenia do tego modelu organizacji społeczeństw. Od czasów dekapitacji francuskiej królowej preferowany jest w naszych szerokościach raczej inny model organizacji – wywodzący się ze starożytnej Grecji system demokracji. Jak sama nazwa wskazuje - opierający się na władzy ludu. Ma swoją specyfikę, funkcjonuje w różnych formach z wieloma zaletami oraz wadami. O których warto pamiętać obserwując na przykład wszczętą niedawno kampanię mającą na celu zakazanie udziału dzieci w polowaniach w Polsce. Jej tło jest asumptem do zadania sobie kilku pytań wychodzących poza ocenę wyznania posła Suskiego, iż jest osobą z zaburzeniami psychicznymi. Spowodowanymi według niego chodzeniem z tatą na polowanie. 

Demokracja ma to do siebie, że zasadnicze decyzje dotyczące reguł, którym podporządkowana jest dana społeczność stanowią lub winny stanowić wyraz woli większości jej członków. Uwzględniając system wartości reprezentowanych, bądź akceptowanych przez ogół. Na skali wartości mających coraz większe znaczenie dla współczesnych społeczeństw wzrasta znaczenie ochrony środowiska, ochrony przyrody i humanitarnego stosunku do zwierząt. Wartości te cieszą się kredytem społecznego zaufania a ich deklarowanie jest wyrazem poprawności politycznej. Trend ten znajduje pozytywne odbicie w obywatelskim zaangażowaniu w społecznych działaniach na rzecz ochrony środowiska, ochrony przyrody oraz praw zwierząt. Jego wyrazem jest też dziś instytucjonalizacja struktur, których zadaniem jest troska o stan środowiska, ochronę przyrody i respektowanie praw zwierząt. W przeciwieństwie np. do epoki Ludwika XIV, rządzącego bez ministra ochrony środowiska. Czy nawet wczesnego Adolfa Hitlera, który nadludziom zafundował jako pierwszy na świecie ustawę o ochronie zwierząt, ale dopiero po paru latach rządów. 

Zwiększającej się świadomości znaczenia środowiska naturalnego dla naszej egzystencji towarzyszą jednak tendencje, które w odniesieniu do praktykowanego współcześnie modelu organizacji społecznej można określić jako problematyczne. Po pierwsze, ochrona przyrody i praw zwierząt urasta dla niektórych środowisk do celu samego w sobie z totalna ignorancją – po negacje włącznie – aspektów społecznych, ekonomicznych i…… ekologicznych. Pojawiają się i funkcjonują struktury, które wykazują  ewidentnie cechy sekt parareligijnych. Po drugie, te struktury mają coraz większy wpływ na ośrodki decyzyjne, forsując wprowadzenie utopijnych często regulacji, motywowanych wyłącznie ideologicznie, które obowiązują  w rezultacie całe społeczności. W tym kontekście pojawia się problem demokratycznej legitymizacji tych działań, często bazujących na fanatycznych, oderwanych od rzeczywistości wyobrażeniach marginalnych, ale wpływowych grup społecznych. 

Pytanie o legitymizację warto sobie zadać też w kontekście kampanii zainicjowanej przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot oraz innych radykalnych ugrupowań ekologicznych i prozwierzęcych, popartej przez trzy organizacje “prodziecięce”. W każdym prawie wystąpieniu przedstawicieli tych organizacji z dodatkiem „eko” mowa jest o „społeczeństwie”. Ale czy np. Tomasz Zdrojewski -  aktywista, fanatyk PnRWI, wycierający sobie usta „społeczeństwem” odmienianym we wszystkich wypadkach - to społeczeństwo i jego wyobrażenia faktycznie reprezentuje? Czy też raczej jego część? Jeśli tak, to jaką część? 70 członków jego organizacji? Kogo reprezentują wreszcie inicjatorzy kampanii, o której tutaj mowa? Kilkaset, być może kilka tysięcy, w najlepszym wypadku kilkanaście tysięcy osób, które przy medialnym poparciu usiłują przeforsować swój punkt widzenia tego świata, własne poglądy na temat wychowania cudzych dzieci. 

Czy rzeczywiście liczy się tutaj interes dzieci? Problem obecności małoletnich w przestrzeni gdzie ma miejsce śmierć zwierząt dotyczy też wędkarstwa jak i tradycyjnej wsi. Z niedzielną kurą na rosół i świnią czy owcą zabijaną na Wielkanoc lub Boże Narodzenie. Dylematy związane z wychowaniem dzieci w tym kontekście to nie tylko kwestia polowania – w gruncie rzeczy marginalna, jeśli idzie o skale – lecz znacznie szerszy problem.  To jest też zasadnicza kwestia indywidualnej odpowiedzialności rodziców za wychowanie członków społeczności i przekazanie im zasad moralnych determinujących ich przyszły stosunek do otoczenia. Kampania radykalnych ekologów jest w gruncie rzeczy przykładem akcji marginalnej liczebnie grupy fanatyków usiłującej przy pomocy demokratycznych instrumentów odebrać jakiejś grupie społecznej PRAWO do ponoszenia owej indywidualnej odpowiedzialności. Za własne dzieci oraz ich wychowanie.  
Dlaczego właśnie polowanie i myśliwi? Dlaczego zielony kapelusik z piórkiem działa na ideologów spod symbolu Buddy wkomponowanego w stylizowane drzewo oraz  miłośników Braci Mniejszych jak czerwona płachta na byka? Przyczyny leżą zarówno w łowiectwie jako użytkowaniu czyli niszczeniu “dzikiej” przyrody oraz letalnej regulacji zwierząt łownych - ewidentnie sprzecznymi z ideologią reprezentowaną przez te kręgi. Część opiera się na stereotypach związanych z postrzeganiem grupy społecznej uprawnionej do polowania. Myśliwi są najwyraźniej wdzięcznym obiektem do krytyki, czyli kopania, a w naszych warunkach nawet szczególnie wdzięcznym. Konflikt między łowiectwem i ideologicznie motywowanym ruchem na rzecz ochrony przyrody oraz zwierząt, który w formie gorących dyskusji i debat miał do tej pory miejsce w sferze wirtualnej, przenosi się na realną płaszczyznę sporów wokół wpływu na konkretne decyzje polityczne. Urok demokracji polega zaś na tym, że każdy obywatel ma prawo do głosu w sprawie kształtu tych decyzji. Również dotyczących łowiectwa. W tej sytuacji każdy Suski czy inny Eichelberger może wejść na trybunę medialnego Hyde Parku,  głosząc:  „Społeczeństwo to ja!”. Domagając się w imieniu tego „społeczeństwa” oraz cudzych dzieci tych czy innych ograniczeń – zakazów i nakazów. Często nadużywając wartości deklarowanych jako uniwersalne. 

To jest część demokratycznego procesu, którego wynik zależy w dużej mierze nie tyle od racjonalności proponowanych rozwiązań, co od aktywności biorących w nim udział. Właśnie pasywność w tym zakresie wydaje się być jedną z bolączek naszego łowiectwa. Dotychczasowy skuteczny lobbing polityczny PZŁ w zakresie wpływu na decyzje polityczne dotyczące zarządzania samego PZŁ przez wąską grupę „funkcyjnych” nie powinien przesłaniać faktu, iż istnieją ogromne deficyty w zakresie codziennej „pracy u podstaw” na rzecz szeroko rozumianego łowiectwa, nie streszczającego się jedynie do ulicy Nowy Świat w Warszawie. Szczególnie w sferze reakcji na  inicjatywy takie jak ta, dotyczącej udziału dzieci w polowaniach. Z punktu widzenia wpływu na decyzje polityczne jest nieistotnym czy PnRWI I inni sygnatariusze petycji skierowanych do Prezydenta oraz Rzecznika Praw Obywatelskich zbiorą 5 czy 10 tysięcy podpisów. Istotniejszym jest czy polscy myśliwi byliby w stanie zebrać 100 000 podpisów pod petycja sprzeciwiającą się zakazowi udziału dzieci w polowaniach. Na ile środowisko jest w stanie się samo zmobilizować? Zdobyć szersze poparcie niż to garstki posłów i własnych mediów? By przy użyciu akceptowalnych środków dać wyraz temu, iż społeczeństwo to nie tylko „ekolog” ryczący, iż on właśnie nim jest. 

Niedawno miało miejsce na Malcie referendum dotyczące wiosennych polowań (odłowów właściwie) na przepiórki i turkawki. Na sam fakt tego rodzaju użytkowania populacji migrujących ptaków akurat w okresie wiosennym można się różnie zapatrywać. Jednak, niezależnie od tej oceny, warto podkreślić, że chodzi o społeczne zezwolenie na tego rodzaju polowanie na śródziemnomorskiej wyspie, będące  wynikiem wyboru i decyzji CAŁEGO tamtejszego społeczeństwa a nie rozwiązaniem podyktowanym wrzaskiem współczesnej, ideologicznie motywowanej karykatury Ludwika XIV w zielonym ornacie. 

W marcu br. w Düsseldorfie na ulice wyszło kilkanaście tysięcy niemieckich myśliwych, by w ten sposób zaprotestować przeciw planowanym zmianom w tamtejszej ustawie prawo łowieckie. Z punktu widzenia naszych regulacji, które już dawno zakazują tego, co w przyszłym akcie prawnym dotyczącym łowiectwa w Nadrenii–Westfalii ma z woli ministra z partii Zielonych dopiero zostać zabronione, może chodzić o błahostki. Spektakularny protest ubranych w pomarańczowe kamizelki myśliwych i wspierających ich leśników i rolników dotyczył jednak nie tylko zakazu określonych form układania psów myśliwskich. Był wyrazem braku akceptacji grupy społecznej, która w opracowywaniu prawa regulującego jej działalność została pominięta i zignorowana. Etatowi zieloni ideolodzy z niemieckiej partii politycznej liczącej w NRW nieco ponad 3000 członków opracowali projekt ekologizacji prawa łowieckiego zgodnie z oczekiwaniami ich wielkomiejskiej klienteli i wyznawaną ideologią. Ignorując przy tym interesy wielotysięcznej rzeszy ludzi związanych z przestrzenią wiejską i użytkowników środowiska przyrodniczego. Zainteresowanych zarówno  zachowaniem bioróżnorodności krajobrazu  jak i prawem do korzystania z zasobów przyrodniczych tego krajobrazu. Data demonstracji – 18 marca – nie została wybrana przypadkowo. Symbolizowała ona opór części społeczeństwa przeciw postrzeganym jako „neofeudalne” zakusom zielonych ideologów na wywalczone w XIX swobody obywatelskie, kiedy 18 marca 1848 roku doszło do krwawego stłumienia protestów obywateli domagających się likwidacji resztek feudalizmu. Pomarańczowa demonstracja nosicieli zielonych ubiorów Anno Domini 2015 przebiegała pokojowo przy słonecznej pogodzie i nie zakłóciły jej wrzaski garstki ekoaktywistów, którzy w zupelnie zbędnej asyście policji stanowili egzotyczny element myśliwskiego pikniku nad Renem. 

Czy protesty myśliwych przyniosly  oczekiwany rezultat w postaci wpływu na ostateczny kształt regulacji w Nadrenii-Westfalii? Na pewno zwiększyła sie gotowość polityków do dialogu. Szereg regulacji zostało skorygowanych. Wbrew optymistycznej opinii wyrażonej przez komentującego te wydarzenia w majowym wydaniu Łowca Polskiego Bartosza Głębockiego Zieloni przeboksowali nowelizację ustawy, której poszczególne artykuły będą teraz konsekwentnie skarżone ze względu na deficyty konstytucyjności. Osiągnięty konkretny polityczny  rezultat nie jest zresztą najistotniejszym. Demonstracja, którą poparły środowiska związane z organizacjami rolników i zrzeszenie posiadaczy lasów prywatnych dowiodła w pierwszym rzędzie, iż środowisko myśliwych potrafi się zmobilizować. W interesie obrony zasady „nic o nas bez nas”. I tak jak inne grupy społeczne skorzystać z przysługującego jej prawa wyrażenia obywatelskiego protestu. 

Przykłady z Nadrenii i Malty nie dadzą się przenieść bezpośrednio na grunt naszych uwarunkowań prawnych bądź społecznych. Winny być jednak przyczynkiem do zastanowienia się czy pasywność i fatalistyczna bezradność wobec tego co „postanowią aktualnie trzymający władzę” jest receptą na przyszłość. To nie musi być palenie opon, wylewanie gnojowicy na przedpokojach ministra ochrony środowiska czy podrzucanie dzikich świń w innych ministerstwach. To jest też kwestia postawienia pytań. Jeśli trzy organizacje „prodziecięce” walczące o wsadzenie do kryminału dziadka, który poszedł z wnuczką na polowanie a nie na ryby finansują tę walkę ze środków publicznych to czas może spytać o to czy środki te są we właściwych rękach. Czy służą dobru dzieci, czy też realizacji chorych ideologii, które przy następnym podejściu domagać się będą przymusowego dokarmiania małoletnich sałatką w stołówkach szkolnych. Ponieważ widok nagiego aczkolwiek zarumienionego udka z żywego niegdyś kurczaka  może spowodować nieodwracalne szkody na ich psychice. Takie jak u posła Suskiego chodzenie z tatą na polowania - w przeciwieństwie do nieszkodliwego powędkowania lub wspólnego z rodzicem wirtualnego ukatrupienia kilkuset „wrogów”. Na ekranie komputera. 

Jednym z pomysłodawców wsadzania do więzienia rodziców polujących niezgodnie z wyobrażeniami ideologów wychowujących dzieci jest Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot z Bystrej. Organizacja licząca około 70 członków, z przymiotnikiem „spoleczna” i statusem organizacji pożytku publicznego. Jeśli jej członkowie chcą debaty na temat dzieci i łowiectwa w Polsce, to ta debata może mieć miejsce również wewnątrz organizacji. Według demokratycznych zasad. Jaki to problem z zadeklarowaniem wstąpienia do tej organizacji pięcio- czy dziesięciokrotnie wyższej ilości osób niż posiada ona obecnie aktywnych działaczy? Czy wśród czytelników Braci Łowieckiej nie znalazłaby się ta garstka sprawiedliwych? Gotowych do przedyskutowania tego i innych pomysłów na uzdrowienie łowiectwa narodowego przy jednym stole z Zenonem Kruczyńskim? Na zasadach obowiązujących w każdej demokracji? Przecież pod statutowymi celami tej organizacji obejmującymi ochronę przyrody może się podpisać każdy. Wkucie 8 przykazań filozofii głębokoekologicznej, której hołdują Wszelkie Istoty  jest łatwiejsze niż nauczenie się dekalogu przed przystąpieniem do pierwszej komunii świętej. Składki w porównaniu z haraczem odprowadzanym na Nowy Świat są stosunkowo niskie a wpisowe symboliczne, jeśli w ogóle pobierane. W czym problem? Jeśli Zarząd PnRWI odrzuci wnioski osób chcących się aktywnie włączyć w deklarowane działania na rzecz ochrony przyrody ze względu na ich wyznanie, orientację seksualną, uprawiane hobby, pasje czy wykonywany zawód, będzie to z pewnością bolesnym doświadczeniem dla tych z czytelników Braci Łowieckiej, którzy pragną być częścią nurtu społecznego ruchu i osobiście poznać naszego eks–kolegę Zenona Kruczyńskiego. Jednak taka dyskryminacja świadczyć będzie również o moralnej dyskwalifikacji stowarzyszenia, które zamyka sie w ten sposób przed społeczeństwem. Którego reprezentantem jest każdy z nas. Niezależnie od tego czy chodzi z pociechą na grzyby, ryby czy polowanie. Jest to również ogromna szansa dla samej PnRWI, której przedstawiciel Tomasz Zdrojewski ewentualnie będzie miał w przyszłości okazję przemawiać w imieniu większej części społeczeństwa niż obecne trzy tuziny członków z hakiem. 

Jeśli organizacja pożytku publicznego działająca na rzecz całego społeczeństwa i całej przyrody zdecyduje się na izolację i elitarność determinowaną subiektywnie definiowanymi kryteriami jest to również  przyczynek do zadania pytań o zasadność czerpania przez tę organizację profitów z tego tytułu. Chociażby możliwość wyciągania łapek po pieniądze pochodzące z 1% odpisów podatkowych na jej rzecz. W razie potrzeby w instytucjach, które tej grupie osób taki status przyznały. Deklaracje członkowską można otrzymać pod adresem Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot ul. Jasna 17, 43-360 Bystra tel./fax: 33 817 14 68 bądź za pośrednictwem poczty elektronicznej: e-mail: biuro@pracownia.org.pl. Statut organizacji zatwierdził Sąd Rejonowy w Bielsku Białej. Wszelkie inne informacje na temat potencjalni zainteresowani podjęciem działalności na rzecz ochrony przyrody  w szeregach organizacji z Bystrej znajdą na stronie http://pracownia.org.pl/czlonkostwo. Członkiem Pracowni może być każda pełnoletnia osoba fizyczna z kraju i z zagranicy, pod warunkiem akceptacji celów i statutu Pracowni.  

Śp. Jacek Kuroń zasłynął z powiedzenia: „zamiast palić komitety zakładajcie własne!”. Te komitety nie muszą mieć formy towarzystw wzajemnej adoracji – zwanych kołami łowieckimi – umieszczonych w ściśle zhierarchizowanej, lekko stęchniałej strukturze organizacji łowieckiej. Aktywność w społeczeństwie obywatelskim może przybierać kreatywne i kolorowe formy.  We własnym i społeczeństwa interesie. Postrzeganie łowiectwa oraz jego znaczenie nie wynika z indywidualnej czy grupowej sprawności w zabijaniu dzików lub słonek. Częściej jest ono rezultatem zabrania głosu, założenia, jak koledzy z NRW, pomarańczowej kamizelki, wysłania listu, maila, złożenia podpisu czy zapisania się do jakiegoś komitetu, zadania pytań, uświadomienia sobie i innym, że społeczeństwo to nie tylko Tomasz Zdrojewski razem z Ludwikiem XIV. A opinia zwana publiczną nie kończy się na tej głoszonej przez dyżurnych „ekologów” z massmediów.


czwartek, 28 maja 2015

Miarą człowieczeństwa jest stosunek do zwierząt.

Powyższe sformułowanie można często znaleźć w Internecie i w wielu publikacjach związanych z  relacjami ludzko-zwierzęcymi. Z działaniami na rzecz zwierząt, ich ochrony i praw. Między innymi we wstępie opracowania „Stosunek człowieka do zwierząt a koncepcja zrównoważonego rozwoju“ pani Elżbiety Leks–Bujak z Politechniki Śląska, Wydziału Organizacji i Zarządzania, Katedry Stosowanych Nauk  Społecznych (ul. Roosevelta 26 - 28, 41-800 Zabrze), w którym autorka powyższe rozwija pisząc, iż: 
„Stosunek do zwierząt powinien być – i dla wielu myślących ludzi jest – miarą  człowieczeństwa“. 
Cytując również nestora polskiej nauki, urodzonego w 1919 roku prof. Zbigniewa T. Wierzbickiego, twierdzącego, że: 
„Stosunek  do naszych mniejszych braci jest papierkiem lakmusowym,  który może nam powiedzieć coś o człowieku.“
W powyższe wpisuje się też list kandydata na Prezydenta RP z 22 maja 2015 do wszystkich tych, którzy są przyjaciółmi zwierząt. Powtarzającego za Mahatmą Ghandi coś o moralności i stosunku do gadziny.


Z perspektywy ukończonych przez autorów tego bloga razem 13 klas szkoły powszechnej, nie wiemy czy da się nas zakwalifikować do kategorii „ludzi myślących“. Choć myśleniem, które jest tak samo pasjonujace jak polowanie od czasu do czasu się trudnimy i namawiamy czytelników tego bloga do podążania tom drogom. Ponieważ jest to zajęcie przyjemne i nie wymagajace szczególnego wysiłku. Fizycznego. A w kontekście myślenia i „miary człowieczeństwa“ z tytułu tego wpisu pragniemy przybliżyć Drogiej Parafii sylwetkę człowieka - wybitnego męża stanu, polityka. Ten człowiek kochał zwierzęta, czego najlepszym przykładem może być jego stosunek do psa, który dla niego był najlepszym przyjacielem, wiernym towarzyszem w czasie pracy i w rzadkich chwilach wypoczynku na łonie natury. Był wegetarianiniem z żelazną konsekwencją praktykującym ten styl życia, wręcz filozofię. W jego czasach nie było to prostym, ponieważ motywowany moralnie wegetarianizm był wówczas zjawiskiem rzadkim. Jego rola w krzewieniu wegetarianizmu, jako postaci z ogromnym autorytetem, jest nie do przecenienia. Szczególnie w odniesieniu do ówczesnych uwarunkowań społeczno–politycznych. Stosunek tego polityka i męża stanu do zwierząt i przyrody znalazł odbicie również w realizowanej pod jego auspicjami polityce. Z jego akceptacją i dzięki jego poparciu wprowadzono wówczas regulacje prawne stanowiące podwaliny współczesnego ustawodawstwa na rzecz ochrony zwierząt i ich praw. Które rozpowszechniły się dopiero kilkadziesiąt lat po jego śmierci. Nie cierpiał polowania, mimo że otoczony był myśliwskim lobby. Pod jego rządami wprowadzona została ścisła, państwowa kontrola polowania i polujących. Z szeregów myśliwych bezwzględnie usunięto osoby, które nie odpowiadały surowym kryteriom związanym z wydawaniem uprawnień do polowania (próby spacyfikowania PZŁ przez Ministra Otawskiego podczas ostatnich zmian w Ustawie Prawo Łowieckie można w tym kontekście ocenić jako żałosny dyletantyzm). To w jego czasach nabrała kształtu determinowana ideą ochrony pierwotnej, naturalnej przyrody wizja stworzenia strefy ochrony ścisłej, obejmującej cały obszar Puszczy Białowieskiej i przyległych kompleksów leśnych. O powierzchni kilkadziesiąt razy większej niż chroniony dziś, symboliczny w zasadzie skrawek Puszczy jako Białowieski Park Narodowy. Jeszcze za jego życia podjęto pierwsze kroki w tym kierunku. Przedwczesna śmierć tego męża stanu uniemożliwiła niestety dalszą realizację planów dotyczących ochrony Puszczy Białowieskiej. Dziś, na miejscu gdzie rośnie ostatni las pierwotny w Europie mamy tylko niekończącą się walkę kilku organizacji ekologicznych z lokalnym lobby drzewiarzy, leśników, myśliwych.

W odniesieniu do szeroko pojętej kategorii „stosunek do zwierząt“, obejmującej zarówno indywidualne na co dzień praktykowane podejście do braci mniejszych, jak i udział w działaniach na rzecz ochrony praw zwierząt, ochrony przyrody, tej historycznej postaci nie da się inaczej zakwalifikować jako wzorcowej. Polityka - przywódcę - z takimi zasadami moralnymi w zakresie relacji ze zwierzętami i z przyrodą życzyłaby sobie zapewne większość ludzi i organizacji działających na rzecz praw zwierząt i ochrony przyrody. Jeśli nie wszystkie.

My byśmy sobie tego nie życzyli. Nie dlatego, że nie lubił myśliwych.

Stosunek do zwierząt jest miarą człowieczeństwa?

Postacią, którą powyżej trochę przybliżyliśmy jest Adolf Hitler - kanclerz Rzeszy Niemieckiej w latach 1933–1945.  Teraz pragniemy jeszcze bardziej ją przybliżyć z prośbą o zastanowienie się nad tym czy jeśli „miarą człowieczeństwa ma być stosunek do zwierząt“ to czy „stosunek do zwierząt może być miarą człowieczeństwa“? Zawsze i wszędzie?


Stosunek i relacje Hitlera z jego psami – owczarkami alzackimi - miały w oczach współczesnych charakter kultowy. Führer III Rzeszy nader chętnie prezentował się z „Maxem“ a potem „Blondi“ – suczką  podarowaną mu po śmierci „Maxa“ przez SS-manów z ochrony. Na pewno kochał te zwierzęta i w przypadku „Blondi“ była to milość i przyjaźń dozgonna. SS-Obersturmbannführer Werner Haase, lekarz Adolfa Hitlera, otruł ją bezpośrednio przed śmiercią przywódcy Tysiącletniej, ponieważ ów nie mógł znieść myśli o losie jaki czekał psa wraz z jego i Rzeszy końcem. Opinia samej „Blondi“ na ten temat nie jest znana – kto wie, może w oko wpadłby jej Szarik? Jednak czy stosunek Hitlera do bliskiego mu zwierzęcia coś mówi o Hitlerze? Czy jest jakimś papierkiem lakmusowym? Czy może i powinien być „jednym z kryterium oceny moralności polityków, jak chce tego nasz autorytet naukowy prof. dr. hab. Andrzej Elżanowski z Zarządu Polskiego Towarzystwa Etycznego? Albo nasz ukochany Pan Prezydent-elekt? Czy też raczej przyczynkiem do refleksji nad „autorytetami“, autorytetami i politykami formułującymi tak samo bezmyślnie jak arbitralnie te kryteria?

Historyk profesor A. Wippermann zauważa: 
„Gdy politycy pokazują się publicznie ze swoimi zwierzętami mogą liczyć na sympatię, to jest swego rodzaju reklama. Polityk prezentuje się w tym momencie jako człowiek, jak Ty i ja, całkiem normalny, pokazujący, że posiada uczucia i zdolny jest do wyrażenia uczuć wobec zwierzęcia. Jeśli zwierzę te uczucia odwzajemnia, ma miejsce swego rodzaju symbioza. Symbioza między politykiem i zwierzęciem, z którą większość się identyfikuje, honorując ją falą sympatii.“
Dzisiejsza „Blondi“ nie musi być owczarkiem alzackim, może mieć postać bezdomnego kota, wieloryba albo wychudłego bezdomnego kundla z ulicy lub kartki papieru. Warto natomiast pamiętać o tym, że relacje współczesnych „Blondi“ z ludzkimi i ich wzajemne stosunki często nic nie mówią o tych LUDZIACH. Tak samo jak 80 lat temu.

„Wejście w życie prawa gwarantującego ochronę zwierząt jest zgodne z formułowanymi od dziesiątków lat życzeniami  narodu niemieckiego, który je szczególnie kocha oraz świadom jest wysokich etycznych zobowiązań wobec zwierząt". 
Preambuła Reichstierschutzgesetz z 24 listopada 1933 roku. 
„….uważam, że stosunek do zwierząt i wrażliwość na ich krzywdę jest ważną miarą naszego człowieczeństwa…“ 
Andrzej Duda Prezydent RP 22 maja 2015
Reichstierschutzgesetz – prawo o ochronie zwierząt w Rzeszy weszło w życie rok po przejęciu władzy przez nazistów w Niemczech. Była to pierwsza tego typu ustawa na świecie o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłych regulacji dotyczących ochrony zwierząt i ich praw. Ujęte zostały w niej definicje niehumanitarnego traktowania zwierząt, sformułowane zakazy dotyczące znęcania się nad zwierzętami i szczegółowo wymogi związane z hodowlą zwierząt gospodarskich. Amerykańskie organizacje działające na rzecz ochrony zwierząt odznaczyły Adolfa Hitlera medalem za szczególne zasługi na tym polu. Brutalne traktowanie zwierząt stało się tym samym w Trzeciej Rzeszy nielegalnym, ściganym i karalnym z mocy obowiązującego prawa. Równolegle z legalnym i prawnie legitymizowanym torturowaniem. I znęcaniem się nad ludźmi w więzieniach oraz obozach koncentracyjnych w tym kraju. W 1942 roku został wydany zakaz posiadania psów i innych zwierząt domowych przez Żydów. Jedną z przesłanek do tego zakazu były planowane masowe deportacje tych ludzi do obozów zagłady i związane z tym obawy o los zwierząt podczas transportów ich właścicieli do miejsc kaźni. Z perspektywy końskich – zwierzęcych okularów - czyli punktu widzenia reprezentowanego przez moralny autorytet prof. dr. hab. Andrzeja Elżanowskiego, była to z pewnością racjonalna, podyktowana troską o zwierzęta decyzja, która sama w sobie nie jest niczym innym jak wyrazem empatii. Do zwierząt. Czy jednak zawarta w rozporządzeniu o odebraniu Żydom psów empatia do zwierząt może być jakąkolwiek miarą? Miarą czego? Człowieczeństwa? Na ile uniwersalnym i miarodajnym jest w tym kontekście twierdzenie, iż „miarą człowieczeństwa jest stosunek do zwierzat“? Pomyśleć, Droga Parafio. Pomyśleć. Z użyciem własnych szarych komórek a nie tylko kazań członka Polskiego Towarzystwa Etycznego. O Panu Prezydencie nie wspominając.

W paragrafach §7 i 8 Reichstierschutzgesetz została szczegółowo uregulowana kwestia eksperymentów na zwierzętach. Ustawa o ochronie zwierząt Rzeszy zakazywała ich przeprowadzania na wysoko rozwiniętych zwierzętach kręgowych,  jeśli badania z użyciem zwierząt niżej rozwiniętych były w stanie dostarczyć zbliżonych rezultatów. Czyli jeśli bylo to konieczne ustawa dopuszczała użycie myszy i szczurów w miejsce małp.
 
Reichstierschutzgesetz 1933
 
„….nie podpisze żadnej ustawy, która by pogarszała los zwierząt i podpisze każdą ustawę, która ten los poprawi.“
 
Andrzej Duda, Prezydent RP, 22 maja 2015
Reichstierschutzgesetz był niewątpliwie wyjątkowo postępowym aktem prawnym, mającym modelowy charakter i jego wartości nie powinien umniejszać fakt, iż został wprowadzony w warunkach totalitarnego reżimu oraz panujacej ideologii, opartej na pogardzie dla innych ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że deklarowane przez nazistów w zakresie stosunku do zwierząt wartości były elementem zwiększania atrakcyjności tej ideologii. Argument szczególnej świadomości dotyczącej ochrony zwierząt był integralną częścią machinerii propagandowej Trzeciej Rzeszy. I wypada dokładniej przyjrzeć się dzisiejszym ideologiom, których integralną część stanowią idee ochrony zwierząt oraz ich praw. Czasem skoncentrowanie się wyłącznie na jednym elemencie prowadzi do karygodnych i katastrofalnych w skutkach ocen i działań. W stosunku do ludzi, ale i zwierząt też.

„Trudno mi zrozumieć…“ 
Andrzej Duda, Prezydent RP, 22 maj 2015
Adolf Hitler nie cierpiał polowania. Zachowane z otwarcia międzynarodowej wystawy trofeów łowieckich w Berlinie w 1937 roku zdjęcia pokazują człowieka z miną wyrażającą coś pośredniego między bólem zębów i powstrzymywaniem silnych odruchów wymiotnych. Fotografowi nie udało się wyłapać z oblicza wysokiego dostojnika państwowego wiele więcej niż źle tuszowany wstręt na widok spreparowanych ciał zabitych zwierząt i ich części u wrażliwej na takie widoki osoby. Taką samą minę miał zapewne też Paweł Średziński, prezes WWF - Polska, gdy swego czasu emocjonalnie wyrażał w radio swój punkt widzenia na perwersję, która jego zdaniem przedstawiała wystawa preparatów zwierząt upolowanych przez myśliwych na różnych kontynentach w kieleckim muzeum. Zdjęcia Pawła Średzińskiego z tej audycji się niestety nie zachowały. Prawdopodobnie. O ile Paweł Średziński udał się raczej dobrowolnie do studia polskiego radio, to na otwarcie międzynarodowej wystawy trofeów zaciągnął Führera jego partyjny przyjaciel – Herman Göring. Myśliwy pasjonat. Pretendujący do tytułu Najgrubszego Nemroda Wszechczasów. Komitywa obu Panów – z tak diametralnie różnymi poglądami na świat zwierząt i relacje z nimi była podporządkowana ideologii, wspólnie reprezentowanej idei i naturalnie udziałem we  władzy, którą obaj przedstawiali. W zasadzie sytuacja ta przypomina układ w jednym z naszych ugrupowań politycznych, gdzie jedna z głów tegoż z tytułem profesorskim niewybrednie bluzga na myśliwych i zabijanie zwierząt dla przyjemności, a druga głowa z tej samej sitwy jeździ na Białoruś mordować głuszce. Z przyjemnością zapewne. Różnica polega zasadniczo na tym, że relacje wagowe między prof. Hartmanem i Januszem Palikotem wydają się być dokładnie odwrotne jak w przypadku pary złożonej z łowieckiego antagonisty i protagonisty, która otwierała kilkadziesiąt lat temu wystawę w Berlinie. Media nie donoszą też, że producent wódki z Lublina ciąga profesora z Krakowa na uroczyste msze Hubertowskie. W Trzeciej Rzeszy łowiectwo zostało podporządkowane totalitarnym interesom. Z szeregów myśliwych wykluczono wszystkie osoby wykazujące się niepoprawnością polityczną i pochodzeniem. Włącznie z uwięzieniem i zamordowaniem w kacetach tudzież deportacją, co dotknęło wcale niemałą liczbę osób, w żylach których płynęła krew żydowska. Łowiectwo zostało zinstrumentalizowane i podporządkowane ideologii. W październiku 1945 roku, na mocy decyzji Sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec organizacja myśliwych w Trzeciej Rzeszy została zlikwidowana a jej  dalsza działalność zakazana. Tak samo jak SA, SS i Hitlerjugend. Jednak nie dlatego, że myśliwym spod znaku jelenia z hakenkreuzem zarzucano strzelanie do niewinnych sarenek.


Wszystko dobre co zielone?

Podobnie jak do kwestii ochrony zwierząt, tak i do ochrony przyrody przywiązywano w Trzeciej Rzeszy duże znaczenie. Brunatnie zabarwieni Zieloni mieli do dyspozycji restrykcyjne ustawodawstwo w postaci Reichsnaturschutzgesetz – czyli prawa ochrony przyrody w III Rzeszy. Ochrona przyrody zajmowala poczesne miejsce w wizjach związanych z „Generalplan Ost”, czyli wprowadzeniem niemieckiego porządku na podbitych – zarezerwowanych dla rasy nadludzi – terenach wschodnich. Równolegle z głównym założeniem jakim była kolonizacja i kultywacja krajobrazu przyszłego niemieckiego Wschodu, w planowaniu przestrzennym w ramach Generalplan–Ost dużą wagę przywiązywano do zachowania i stworzenia dużych obszarów dzikiej naturalnej przyrody – poddanej jedynie ograniczonemu użytkowaniu. Których estetyczna i duchowa wartość miała wychodzić naprzeciw zapotrzebowaniu tkwiącemu według planistów w duszy niemieckiego człowieka. W odniesieniu do tych fragmentów krajobrazu naziści formułowali zresztą prawie identyczne cele jak współczesni ochrońcy naturalnej naturalności. Trudno odkryć zasadnicze różnice między wizją przyszłej germańskiej Puszczy Białowieskiej sformulowaną przez Ulricha Scherpinga, odpowiedzialnego z ramienia Hermana Göringaza Reichsjagdgebiet Bialowies, a wyobrażeniami dotyczącymi tego samego krajobrazu, które można znaleźć na łamach „Dzikiego Życia”. Ochrony przyrody jako wartości samej w sobie nie dyskwalifikuje czy dyskretuje fakt, iż na akcie prawnym mającym na celu zachowanie fragmentu przestrzeni w pierwotnym stanie widnieje podpis Adolfa Hitlera, Josifa Wassirionowicza Stalina czy Kim il Sunga. Jest to jednak też zasadnicza kwestia ŚRODKÓW, przy użyciu których realizowane są te cele. Chore nazistowskie teorie przyrodnicze pozostały dzięki Opatrzności i zastosowaniu wyjątkowo mało ekologicznych, zanieczyszczających środowisko naturalne pojazdów  typu T-34 tylko teoriami. Niezależnie od tego, że w samej Puszczy Białowieskiej naziści jak najbardziej podjęli intensywne działania na rzecz ograniczenia antropopresji w objętym ochroną kompleksie lasów o pierwotnym charakterze. Działania te nazywaly się wtedy „Sonderauftrag zwecks Befriedung und Evakuierung des Urwalds Bialowies”. Ponieważ pojęcia “ograniczenie antropopresji” wtedy jeszcze nie wynaleziono. Z osiągniętych wówczas efektów przyrodniczych powinien być dumny dziś każdy ekolog. W stosunkowo krótkim czasie stworzono przestrzeń dla natury i nieskrępowanego rozwoju procesów przyrodniczych. Paląc i niszcząc ludzkie sadyby, mordując i wypędzając ich mieszkańców. Zapoczątkowano hodowlę germańskiego tura, symbolu dzikiej przyrody, puszczy przywrócono ich pierwotnych mieszkańców – niedźwiedzie. Osobniki wypuszczane w Puszczy Białowieskiej były rekwirowane Cyganom wędrującym z nimi po miastach i wsiach Wschodniej Europy. Po misiach w Puszczy Białowieskiej nie ma dziś śladu. Ślady po ludziach, którzy im ongiś towarzyszyli rozwiał wiatr gwiżdżący między kominami Treblinki, Sobiboru, Birkenau. Ten historyczny epizod wart jest również refleksji jako niewątpliwy element historii ochrony zasobów przyrodniczych. Na pewno niezbyt chwalebny i z tego wzgledu absolutnie niepoprawny politycznie. Co nie zwalnia od obowiązku pomyślenia gdy ktoś rozwija tytułową tezę do twierdzenia, iż miarą człowieczeństwa jest stosunek do przyrody.

Jeśli bowiem stosunek do zwierząt i przyrody ma być  wyrazem czegoś więcej niż stosunku do zwierząt i przyrody, to miarę do tego wyrazu wypada przykładać własną. A nie posługiwać się podsuniętymi szablonami.

Amen.