poniedziałek, 21 marca 2016

Zajonce szkodzom! Zajonce gwałcom!

Dnia 09.03.2016 w gronie stanowiącym zlepek Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa odbyła się debata nad zmianami w Ustawie Prawo Łowieckie. W trakcie dyskusji wyszczelono z wnioskiem o rozszerzenie katalogu zwierząt, za których grzeszne uczynki na polach winno się chłopom płacić odszkodowanie tak z urzędu, jak i od myśliwych. No i kandydatem na wielkiego szkodotfurcę mianowano… zająca szaraka. Właściwie to chuj wie dlaczego. Z naszego punktu widzenia to raczej szarakowi powinno się przelewać monetę za dramatyczne zmiany w środowisku, które doprowadziły do tego, że w zasadzie to ten gryzoń nie ma za dużych szans porobić naprawdę dużych szkód.

Na szczęście dla łowiectwa polskiego, a przede wszystkim dla Dian (też polskich), we wspomnianym gronie łączonym znalazła się Przewodnicząca Klubu Dian Polskich Polskiego Związku Łowieckiego – namaszczona na to stanowisko przez samego wodza Zarządu Głównego PZŁ – pani posłanka na Sejm Pasławska.
 
Przewodnicząca Klubu Dian Polskich wręcz brawurowo stanęła w obronie… poszkodowanych działalnością szaraka narodowego, własnoręcznie głosując za prawem do odszkodowania dla Dian Polskich oraz innych grup społecznych za to co zając wpierdoli.

Niestety nadzieję na wprowadzenie regulacji w interesie Dian Polskich oraz innych rolnych zostały pogrzebane wynikiem głosowania 22:8, jednoznacznie wskazującym na to, że wśród posłów dominują Diany niepolujące, które w dodatku podczas głosowania wyrażały oburzenie: bo z jednej strony dyskutuje się nad rozszerzeniem katalogu zwierząt „szkodotfurczych” o zająca, no a z drugiej strony inwestuje się ogromne środki w reintrodukcję i poprawę warunków bytowania tego szkodnika.

Głęboko zatem współczujemy Przewodniczącej Klubu Dian Polskich z powodu takiego wyniku głosowania, jednocześnie postulując gotowość niesienie pomocy, by ulżyć ciężkiej doli Dian Polskich, które najwidoczniej czują się okropnie zagrożone przez szaraki i nie mogą teraz liczyć na żadne rekompensaty za doznane doznania. Znaczy szkody. Postulujemy więc przeprowadzenie zbiórki wśród ludzi z miękkimi sercami oraz szarymi komórkami na zakup sprzętu, co już w średniowieczu sprawdzał się jako środek zapobiegania szkodom wśród dam. Będącymi też Dianami. Czyli pasa cnoty. Pertraktacje z dostawcą, tj. znajomym wiejskim kowalem już rozpoczęliśmy. Liczymy zarówno na pomoc myśliwych, jak i na solidarność pozostałych członkiń Klubu Dian Polskich. Nie wiadomo czy taki pas cnoty pomoże i zabezpieczy polującą Przewodniczącą Pasławską, bo szaraków raczej ubywa. Ale zaszkodzić to on chyba nie zaszkodzi. Tym bardziej, iż w przypadku szkód od zająca powinno się raczej rozchodzić o zapobieganie, a nie płacenie.

PS. W przypadku wystąpienia podobnych fobii wśród członkiń Klubu Dian Polskich przy PZŁ w terenie, sugerujemy kołom łowieckim wyposażenie Koleżanek w podobny sprzęt, w jaki mamy zamiar zaopatrzyć Przewodniczącą. Co prawda nie wiemy czy to poprawi ich samopoczucie i może cuś jeszcze? Ale już samo przymierzanie tych części garderoby stanowić powinno lepszą imprezę integracyjną niż wszystkie odświętne polowania zbiorowe Dian Polskich. Też podobno służące integracji.

piątek, 11 marca 2016

Słowa godne godnej oprawy.

Czyli bucowska złota rama, której dawno nie było, triumfalnie powraca! Prezentujemy Szanownej Parafii anonimowy komentarz do najnowszych wypocin zatytułowanych "Drapieżne, szczęśliwe, seksowne...". Wypoconych dla Kobiet na Dzień Kobiet. Twór/cy/czyni poniższych słów gratulujemy i życzymy dalszej, owocnej pracy na bucowskim ugorze.

poniedziałek, 7 marca 2016

Drapieżne, szczęśliwe, seksowne...

Powyższa fotografia ukazała się na profilu Pani Katarzyny Lewańskiej-Tukaj. I skłoniła jednego z internautów do wyrażenia niezrozumienia:

Piotr P.: Nigdy nie zrozumiem łowiectwa jako pasji... a chyba w szczególności u kobiet.
No więc psze Państwa, brak zrozumienia dla zawartości tej fotografii w cytowanej opinii można ująć w nieco szerszym kontekście niż fejsbukowe wyznanie. Zupełnie niedawno mieliśmy do czynienia – po  raz pierwszy w naszym kraju – z obchodami Dnia Darwina. Karola. W Poznaniu. Mimo iż ten akurat Karol jest w naszym kraju stosunkowo mało popularny i nadal dominuje u nas wiara w Adama oraz Ewę tudzież bociana, czego w pewnym sensie dowodzi doskonale Piotr P.

Ale co właściwie widać w kontekście obchodów dnia tego Karola na fotografii sfotografowanej przez Panią Katarzynę Lewańską-Tukaj? Otóż tam widać dwie samiczki z gatunku Homo SS, który wyewoluował gdzieś 6-3 miliony lat temu (akurat po damach ze zdjęcia tego wieku nie widać, trza przyznać, że trzymają się fantastycznie – gratulujemy!). Gatunek reprezentowany przez obie Panie „oddzielił się" wtedy od ich wspólnych przodków z małpami (niektórzy uważają, że niecałkiem - jednak jest to zupełnie odrębna problematyka). W każdym bądź razie przodkinie stażystki & myśliwej przeszły w czasie i przestrzeni proces ewolucyjny, którego fakt nie jest dziś praktycznie przez nikogo kwestionowany. Choć naturalnie wszędzie znajdą się wyznawcy Adama i Ewy oraz pan Piotr P., co pisze na fejsbuku.

Jednym z elementów tego procesu była diametralna zmiana preferencji pokarmowych prekursorek obu Pań. Od wszystkożerców z przewagą diety roślinnej , potem padlinożerców, po nadzwyczaj efektywnego predatora. Zmiana ta podyktowana była adaptacją do zmieniających się warunków środowiskowych i jednocześnie stanowiła motor rozwoju gatunkowego. W rezultacie, na leżącej sośnie, której nie zaadoptuje już żaden aktywista WWF-u, widzimy dwie samiczki reprezentujące rodzaj wyjątkowo elastycznego i skutecznego drapieżnika, który nie zatracił zdolności korzystania z pokarmu roślinnego. Na pierwszy rzut oka nie widać u tych Pań typowych atrybutów typowego drapola. Gdyby zostały sfotografowane w postaci rozebranej, deficyt owych „typowych" atrybutów uwidoczniłby się jeszcze drastyczniej. Cóż bowiem można ujrzeć, koncentrując się na istotnych elementach budowy tych dwóch egzemplarzy Homo SS? Przede wszystkim zadbane, lecz fatalne uzębienie. Brak zajebistych kłów. Brak muskulatury, która pozwalałaby zrobić ze szczęk lepszy użytek niż wydawanie wrzasku na widok myszy lub żabki. Czy z takim wyposażeniem można przegryźć gardło jakiemuś jeleniowi? O dużym odyńcu nie wspominając? Nie, ewidentnie nie. Kto nie wierzy może sam spróbować. A z takim wyzwaniem radzi sobie przecież tygrys, lew czy też maleńki ryś. Z pazurem w pupci właściwie. No więc ten atrybut możemy spisać właściwie na straty. Przejdźmy zatem ze szczęk niżej – jak to tam wygląda z wyposażeniem w drapieżnicze narzędzia? Znów, fatalnie. Albo jeszcze gorzej. Pazury na przykład. Niby są, ale czy nadają się do czegokolowiek więcej niż podłubania w nosie we wczesnym dzieciństwie i pomalowania na czerwono w późniejszym? Do polowania ta karykatura szponów w kończynach górnych i dolnych w ogóle się nie nadaje. Trzeźwo patrząc. Równie źle to wygląda, jeśli zaczniemy weryfikować zmysły, jakimi dysponują obie Panie, pod kątem ich przydatności do predacji. O węchu – nieodzownym dla tygrysa, pantery, lwa czy lisa – praktycznie można zapomnieć. Nasze myśliwki – tak początkująca, jak i zaawansowana – nie są w stanie przy pomocy tego zmysłu i zdegenerowanych organów zlokalizować prawie żadnej potencjalnej ofiary. Chyba, że jest już parę dni martwa a temperatura na zewnątrz dopisuje. Co gorsza, wygląda na to, iż degeneracja tego zmysłu postępuje – niewykluczone, że ich potomstwo w przyszłości będzie lokalizować swoją obecność w drogeriach i w miejskich szaletach wyłącznie po tabliczkach informacyjnych. Podobnie krytycznie wypada odnieść się do słuchu. Niby jest, ale gdyby któraś spróbowała zastrzyc uszami, by w ten sposób podnieść skuteczność rejestrowania i selekcjonowania dźwięków docierających z otoczenia, to absolutnie nie da rady. Chociaż w pyskach, czyli buziach obu predatorek zachowała się śladowa muskulatura, przy pomocy której mogłyby teoretycznie wachlować uszami tak jak słonie. Trochę lepiej jest ze wzrokiem – osadzone z przodu czaszek oczy przetwarzają otoczenie w dość ostry obraz. Podobnie jak u większości ssaków drapieżnych. Jednak w porównaniu z tym, co potrafi przy pomocy tego zmysłu zarejestrować wilk albo lis, to jest śmieszne nic. Umiejętność pościgu – złowienia potencjalnej zdobyczy? Groźba dogonienia leśnej gadziny, przy prędkościach jakie są w stanie teoretycznie i praktycznie rozwijać łowczynie, z pewnością potraktowana zostałaby przez ofiary co najwyżej humorystycznie. Dlatego też zające lub inne jelenie mogą bez obaw wyszydzać niedoskonałości drapieżniczek, krytykując nawet ich makijaż.

Właściwie więc, jak się na ten obraz nędzy i rozpaczy popatrzy, to można solidnie zwątpić. To mają być te drapieżniki? Tyranosaurus rex płci żenskiej naszych czasów? Nie jeden w tym miejscu se powie, iż Mamusia Natura lub ktoś, kto zrobił użytek z kawałka Adamowego żebra, miał zajebiste poczucie humoru. Tworząc TAKIE predatorki. O jakiej więc łowieckiej pasji tu można mówić? Do złowienia czego?

A… jednak! Pozory lubią mylić. Dlatego absolutnie nie wolno dać się zwieść tajemniczemu uśmiechowi, który do obiektywu prezentuje ta ciemnowłosa Pani z lewej. Popełnia też karygodny błąd każdy, kto bierze za dobrą monetę łagodne spojrzenie Pani z pierwszego planu. Proszę Drogiej Parafii, to, co widzicie na tym zdjęciu, to są w istocie dwie samiczki najgroźniejszego, najniebezpieczniejszego, najbardziej podstępnego i najefektywniejszego gatunku drapieżnika, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi. Owszem, można sobie robić podśmiechujki z tego czy innego atrybutu - bardzo nietypowego dla typowego predatora, lecz samym zwierzakom zamieszkującym ten las i resztę kuli ziemskiej, wcale nie jest do śmiechu. I jeśli ktoremuś w przeszłości przychodziły takie myśli do głowy, to został ich pozbawiony wraz z łbem. Na wieki wieków. W kategorii wagowej wszelkich istot powyżej 100 gram i wzroście powyżej 5 centymetrów, mamy tutaj do czyniena z absolutnym top-predatorem wszechczasów. Reprezentowanym na załączonym zdjęciu przez dwa niewiniątka w młodszej klasie wiekowej. Ewolucja, czyli Darwin nie pracują mianowicie według sztywnych schematów, zaś do celu, którym jest optymalizacja gatunku, prowadzi wiele dróg.

Przyjrzyjmy się tym paniom jeszcze raz. Ich ząbkom na przykład, których na zdjęciu nie pokazują być może dlatego, że w obrębie ich gatunku uśmiech może być czasami interpretowany jako forma szczerzenia kłów. Uzębienie nie musi mieć formy uzębienia wielkiego kota (proszę sobie wyobrazić jakby to wyglądało). Ta forma nie jest obu Paniom absolutnie potrzebna do złowienia i zabicia ofiary. Wyprostowana postawa powoduje, że mają do dyspozycji przednie kończyny, wyposażone w wyjątkowo w świecie zwierząt ukształtowane łapki. Czyli dłonie, przy pomocy których mogą posługiwać się narzędziami. Żaden lew, gdy nie może dogonić antylopy, nie schyli się, żeby podnieść kamień i z odległości kilkudziesięciu metrów pierdolnąć ją w czapę. Ale każda z tych Pań to doskonale potrafi. Choć nieraz w przypadku młodszych osobniczek, rzucających papierkiem do kosza, to nie zawsze funkcjonuje tak jak powinno. Jest to jednak wyłącznie kwestia treningu. Zaletę tego typu uzębienia stanowi jego uniwersalność. Jeśli nie uda się żadnej antylopy trafić, to przecież zawsze można schylić się po jakąś gruszkę lub inny banan albo brokół i zaspokoić głód. Co umożliwia też uniwersalna konstrukcja układu pokarmowego. A żaden konkurencyjny kotek nie wyżyje na samych gruszkach. Powyżej było trochę kpin ze ślamazarności i powolności tych stworzeń – niezdolnych dogonić choćby kulawego zająca. Ale gdyby dały się kiedyś roznegliżować, to najpewniej dojdziemy to wniosku, że te ciepłokrwiste istoty, nie mają futerka (no, prawie nie mają). A to powoduje, iż mogą się pocić, dysponując tym samym genialną chłodnicą, która pozwala utrzymać stałą temperaturę ciała przy dłuższym wysiłku fizycznym. Z czego rezultuje niesłychana w świecie zwierząt wytrzymałość. Żadna gadzina z otaczającego lasu nie byłaby w stanie ujść na długim dystansie obu łowczyniom.  Homo sapiens jest w stanie pokonać za jednym zamachem dystans do 600 kilometrów. Ścigając sarnę czy dzika z tego lasu w razie potrzeby aż do Kolonii lub Smoleńska (Sztokholm odpada, bo trzeba pływać). Z reguły takiej potrzeby nie ma, ponieważ ofiara zdąży na tym dystansie z 5 razy paść z wyczerpania. Zwierzęta są pozornie szybsze, lecz te Panie potrafią zagonić każdego ssaka na śmierć – jeśli tylko będą miały ku temu warunki i gumofilce zamiast szpilek. Złowić bez marnowania naboju. Zatem dokładnie przyglądając się tym wszystkim atrybutom posiadanym przez te egzemplarze Homo SS, dojdziemy do wniosku, iż owszem – występują pewne braki, niedociągnięcia etc., a niektóre elementy mogłyby być miejscami lepiej rozwiązane – ale całość jest pod kątem uprawiania polowania zoptymalizowana. Z wieloma opcjami dodatkowymi. Jeśli bowiem gdzieś występują braki, postrzegane przez nas jako braki, to po dogłębnej analizie całego kompleksu jaki tworzy taka myśliwka, okazuje się, że są to braki pozorne, wynikające z braku potrzeby posiadania określonych właściwości. Poza tym, biorąc pod uwagę estetykę konstrukcji, myśliwka sprawia wyjątkowo pozytywne wrażenie. Przeważnie. Czego potwierdzenie znajdziemy na fotce, którą legalnie ukradliśmy.

Na tym zdjęciu jest jeszcze jeden element. Słabo widoczny. Jednak odgrywa zasadniczą rolę przy ocenie drapieżniczych zdolności obu samiczek. To jest intelekt z siedzibą w mózgu, będącym jednym z najlepszych, najbardziej kompleksowych komputerów, w jakie Natura (albo kreatywny specjalista od męskich żeber) wyposażyła kiedykolwiek, którąkolwiek istotę na Ziemi. Jeśli popatrzymy na te Panie tylko i wyłącznie z drapieżniczej perspektywy, to na zabitej sośnie siedzą w zasadzie maszyny do zabijania, wyposażone w rozbudowane centra informatyczne, zamaskowane resztkami sierści porastającymi ich głowy. To nie sztucer czy inna dwururka, lecz właśnie intelekt daje absolutną przewagę nad każdym, zwierzęcym konkurentem, minimalizując szanse obiektów łowów i wyrównując ewentualne mankamenty dotyczące innych atrybutów. Stanowi też zasadnicze źródło hierarchii oraz jednoznacznego podziału ról na ludzkim polowaniu. Hierarchii, która stała się szczególnie wyrazista w okresie ostatnich kilkuset lat. Straszne, wręcz porażające! Można by powiedzieć, kontemplując z tej perspektywy predatorki siedzące na zabitej sośnie. Dobrze, że tego zdjęcia do tej pory nie oglądał redachtor Wajrak, który popełnił był swego czasu publiczne wyznanie „Bojem siem myśliwyh!”. Niewiadomo co by się stało z jego zwieraczami. Na szczęście większość widzących tę fotografię widzi… to co widzi.

Czy jednak owo zdjęcie, powstałe dzięki talentowi Pani Katarzyny Lewańskiej–Tukaj, rzeczywiście pokazuje wszystko, co chcemy zobaczyć i se zinterpretować? Widać tam na pewno  dwie samiczki z gatunku Homo SS, drapieżnego wszystkożercy. Dostrzec można dwie maszyny do zabijania, wyposażone we wspomniane centra informatyczne. No i wiele, wiele, wiele innych rzeczy też. To co widzimy, to są jednak tylko poszlaki, na podstawie których trudno zdefiniować gdzie kończy się biologia i zaczyna psychologia – czyli pasja. Szukając obecnej bądź nieobecnej pasji, wypada się wybrać z Karolem Darwinem w przeszłość. Do lasu, w którym kilka milionów lat wcześniej, w podobnej scenerii, na pniu zabitego palisandra, siedziały dwie dziewczyny z gatunku jakichś człekokształtnych. Wówczas nie polowały, lecz dawały… Się upolować panterom, lwom, czasem i szakalom. Gustując w bananach oraz termitach. Ale pewnego pięknego dnia owe Panie zdecydowały się wzbogacić dietę tatarem z leśnej antylopy, potem kotletem malpy czy innego stworzenia. Kilkadziesiąt, może kilkaset tysiecy, a może miliony lat doświadczeń z wysokowartościowym białkiem zwierzęcym wyzwoliło w podświadomości tych wszystkożernych istot coś, co na wstępie się nazywa pasją łowiecką i jest w gruncie rzeczy genetycznie zakodowanym instynktem. Instynktem, który pomógł przetrwać oraz rozwijać się tej grupie gatunków – balansującej przez większą część swojej ewolucji najprawdopodobniej na krawędzi wymarcia. Pulsowanie klimatu i zmiany w środowisku powodowały, że miała tam miejsce permanentna selekcja, preferująca łowców – tj. osobniki, które w obliczu zaniku dżungli z bananami i zastąpienia ich rozległymi sawannami, były w stanie efektywniej niż inne korzystać z tego, co oferowała sucha, otwarta oraz uboga w zjadliwe rośliny, owoce, kłącza, bulwy przestrzeń. Pozostawało do dyspozycji białko zwierzęce – dostępne początkowo w formie larw, owadów, małych zwierząt, padliny a potem w coraz większym stopniu jako rezultat polowania. Aż po moment, kiedy prarababcie bohaterek fotki zaczęły celowo i skutecznie łowić zwierzęta większe od nich samych. Kierowane instynktem. Takim samym instynktem jaki tkwi wewnątrz każdego tygrysa, kota domowego a nawet pudła kanapowego (w  przeciwieństwie do jego braku np. u  baranów, u których pasja do polowania występuje rzadko, ale za to o wiele częściej brak zrozumienia dla niej).   Instynkt łowcy jest zakodowany i drzemie właściwie w każdym przedstawicielu i przedstawicielce gatunku ludzkiego. W każdym z nas. Przybierając najróżnorodniejsze formy pasji, łowów, pogoni – za sławą, pieniędzmi, władzą, uznaniem oraz dążeniem do osiągnięcia setek albo i tysięcy materialnych oraz niematerialnych celów. Zresztą często, z punktu kolektywnego widzenia, pozbawionych racjonalności. Łowy to wysiłek, lecz również radość, zadowolenie, poczucie szczęścia. Nie tylko z powodu sukcesu i osiągnięcia celu polowania, ale również z samego w nich  udziału. W 1943 roku – na długo zanim naszą świadomością i podświadomością zajęły się neuronauki, socjobiologia oraz inne szkiełka i oka – hiszpański filozof Jose Ortega y Gasset, zafascynowany fenomenen polowania we współczesnej cywilizacji – napisał bodajże jedyną, filozoficzną rozprawę o polowaniu i motywach dzisiejszego łowcy. W „Medytacjach nad polowaniem“ Don Jose stawia tezę, iż myśliwy jest najszczęśliwszym człowiekiem. Jest mianowicie sobą. Tym, czym byliśmy ongiś wszyscy. Człowiekiem postępującym zgodnie ze swoją naturą i instynktem. Archaizmem i wyrazem powrotu tam, skąd przyszliśmy i dokąd – jako cywilizacja – nigdy nie wrócimy. Choć powszechnie praktykowane są polowania na stanowisko prezesa spółki czy na zasiłek dla bezrobotnych. Z perspektywy Jose Ortegi Y Gasseta – a i naszej też – na zdjęciu widać po prostu dwie, szczęśliwe kobiety. Żyjące w zgodzie zarówno ze swoją naturą, jak i z naturą, która je otacza. Czego z okazji międzynarodowego Dnia Kobiet wypada życzyć wszystkim pozostałym.

sobota, 20 lutego 2016

Żubruj edukując, edukuj żubrując!

17 lutego roku bieżącego odbyła się w Warszawie demonstracja zorganizowana przez Partie Zieloni. Happening miał miejsce punkt 9.00 rano na „patelni" przy stacji metra Centrum. Jak wynika z ząłączonych zdjęć licznie zgromadzeni aktywiści wyrazili swój sprzeciw dla planów odstrzału żubrów w Puszczy Białowieskiej. Nastepnie o godz. 11.00 tłum partyjnych aktywistów wraz ze wszystkimi dwoma sympatykami przeszedł na plac Bankowy, żeby przekazać prezydent Warszawy, Hannie Gronkiewicz-Waltz, petycję z podpisami obywateli protestujących przeciw odstrzałowi tym razem stołecznych dzików. Internetową petycję „Zielonych” z poparciem dla zakazu zabijania dzików, będącą wyrazem masowego protestu Warszawiaków, podpisało ok. 1700 osób. Niektóre źródła mówią nawet o 1702 osobach. Czyli mniej więcej jednym promilu populacji warszawskich Warszawiaków. Według organizatorów demonstracja zakończyła się pełnym sukcesem. Zdanie samych dzików w liczbie 80, ocalonych przed kulami dzięki heroicznym wysiłkom ekoaktywistów, nie jest znane. Z banalnej przyczyny. Otóż planowany odstrzał został już przed demonstrancją pratycznie w całości zrealizowany i w zasadzie nie było kogo pytać.

Demonstracja, która odbiła się szerokim echem w prasie – między innymi w Gazecie Wyborczej oraz w Gazecie Wyborczej – zrobiła bardzo dobre wrażenie. I bardzo nam się podobała. Mielibyśmy jednak parę uwag i propozycji na przyszłość, którymi chętnie oraz zupełnie bezpłatnie dzielimy się z zarządem Partii Zielonych jak również Czytelnikami bloga.

Po pierwsze – jak widać na załączonych zdjęciach – zwierzę, które na licznych plakatach licznie zgromadzonych demonstrantów przedstawiać ma żubra nie przypomina właściwie żubra. To jest raczej bizon, któremu w Puszczy Białowieskiej nic nie grozi. Naprawdę.
 
 
W związku z powyższym postulujemy stworzenie nowej wersji plakatu, ilustrowanego obrazem żubra doskonale znanym każdemu Polakowi, wielu Polkom a nawet dzieciom polskim też.


Po drugie, w ramach poparcia dla Partii oraz działań dydaktyczno-edukacyjnych na rzecz Przyrody Polskiej, szerzenia znajomości chronionych - zagrożonych wymarciem - gatunków rodzimej fauny, zobowiązujemy się przesłać na adres centrali: Biuro Krajowe Partii Zielonii, ul. Marszałkowska 1 lok. 160, 00-624 Warszawa, dwie puszki piwa marki Żubr. Do rąk własnych kierownictw, czyli pani Małgorzaty Tracz i pana Adama Ostolskiego. Z dopiskiem: "darowizna na rzecz Partii Zieloni".

Parafian zainteresowanych wsparciem naszej akcji i dorzuceniem się do ściepki w celu podniesienia świadomości ekologicznej proekologicznych organizacji politycznych prosimy o zgłaszanie gotowości do mile widzianej pomocy finansowej. Na nasz adres mejlowy.

Tak nam dopomóż Żubr.

PS. O działaniach mających na celu kształtowanie świadomosci ekologicznej wśród obywatelek i obywateli należących do partii Zieloni będziemy oczywiście na bieżąco informować: zarówno Czytelników bucowskiego bloga, Zarząd Partii jak i innych niezainteresowanych.

środa, 17 lutego 2016

Eko-ale czy-logicznie?

W sierpniowym numerze Braci Łowieckiej z roku Pańskiego już ubiegłego ukazał się wywiad z Arkadiuszem Glaasem, współtwórcą kampanii „Niech Żyją!”, której celem jest m.in. wprowadzenie zakazu polowań na ptaki. Eko-aktywista zaangażował się również w działania związane z nowelizacją prawa łowieckiego. I tak prowadząca wywiad dr Izabela Kamińska zadała mu pytanie:
„Czy możliwe jest porozumienie na linii ekolog–myśliwy?“
Powyższe pytanie powędrowało pod niewłaściwy adres. Co zresztą zauważył sam Glaas. Ekologia jest bowiem dziedziną nauk przyrodniczych a ekolodzy to ludzie zajmujący się tą gałęzią wiedzy. Natomiast z wypowiedzi Arusia w dalszej części wywiadu jednoznacznie wynika, że nazywanie go ekologiem raczej trąci grzechem. To modne pojęcie, sugerujące kompetencje i wiedzę jako tło działalności związanej z przyrodą przywłaszczył sobie swego czasu raczkujący ruch społeczny na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Stało się ono w stopniu większym niż w innych krajach Europy synonimem aktywności społecznej związanej z przyrodą. Jednak jego treść została w Polsce bardzo szybko zdeprecjonowana, ulegając swoistej inflacji. No i funkcjonuje obecnie w wielu środowiskach jako rodzaj inwektywy. Właściwie należy współczuć ludziom nauki, ekologom, którzy są stawiani w jednym rzędzie z Arkadiuszem Glaasem. Ich koledzy parający się również naukami przyrodniczymi - tytułowani „Ty biologu!“ czy „Ty zoologu!“ nie muszą przecież dopatrywać się w tych określeniach negatywnych podtekstów. Nikt też raczej nie obrazi kogoś określeniem „pseudobotanik“. O „pseudofizyku“ tudzież „pseudochemiku“ nie wspominając. Trend i moda na „eko“ jest z pewnością przekleństwem ekologii, rzutującym na jej wiarygodność i postrzeganie. Pionier ekologii, Ernst Haeckel, który wykreował to pojęcie 150 lat temu, obraca się zapewne w grobie wobec faktu używania go dziś jako reklamy proszku do prania. Z wzajemnym oddziaływaniem organizmów mającego raczej niewiele do czynienia. Glaas jest zaś przedstawicielem ideologicznie motywowanego ruchu na rzecz ochrony przyrody – ekologizmu – dla którego przesłanki bazujące na wiedzy, kompleksowym i racjonalnym  postrzeganiu rzeczywistości są raczej balastem niż środkiem do realizacji celów. Zmarły kilka lat temu Michael Crichton, amerykański pisarz, producent filmowy i lekarz, autor scenariusza do filmu Jurajski Park, swego czasu tak zdefiniował ekologizm:
„…jest dziś jedną z najbardziej wpływowych religii zachodniego świata... Wydaje się być szczególnie atrakcyjny dla ateistów z przestrzeni zurbanizowanej. Mamy jednak w tym wypadku do czynienia z typem religijności, która sama definiuje się jako racjonalna, wręcz udowodniona naukowo. Tak jak chrześcijanie z epoki przed Oświeceniem czy wielu muzułmanów po dziś dzień, tak samo ekologiści traktują swoją wiarę nie jako wiarę, lecz jako zbiór niepodważalnych, zgodnych z naukami przyrodniczymi faktów." 
Zwierzający się dr Izabeli Kamińskiej aktywista, streścił cele, które mu osobiście przyświecają w dążeniu do „swojego idealnego świata“. Właściwie jest to abstrakcja o bliżej niesprecyzowanym kształcie, ale za to bez łowiectwa. Tytuł artykułu „Porozumienie jest niezbędne dla ratowania przyrody“, nawiązujący do jednej z wypowiedzi w wywiadzie, doskonale odzwierciedla jeden z dogmatów, wokół którego powstał i rozwija się ekologizm. Apel o „ratowanie przyrody“, „ratowanie jej resztek, które nam pozostały“ implikuje  permanentne zagrożenie i istnienie „zła“, zagrażającego wyidealizowanej, podniesionej na piedestał  Mamusi Natury. Ma pobudzać zaangażowanie, wyzwalać inicjatywy na rzecz ochrony dobra postrzeganego coraz powszechniej jako uniwersalnej wartości duchowej – wartości samej w sobie – mobilizując i konsolidując ludzi wokół idei jego „ratowania“. Dla Koalicji „Niech Żyją“ tym złem są właśnie myśliwi. Zabijający, niszczący przyrodę, ucieleśnianą pod postacią kilkunastu gatunków ptaszków łownych. Trzeba sobie jednak uświadomić, że część a być może większość tych ludzi z ogromnym sercem dla przyrody symbolizowanej ptasim piórkiem, najprawdopodobniej nie wie co konkretnie chroni. Domniemać można, że koalicjantka Pana Glassa, pani Dorota Willand, tak jak ornitolodzy z portalu Ludzie Przeciw Myśliwym, z identycznym zaangazowaniem walczyliby o pterodaktyle i zdjęcie z listy gatunków łownych Archoepteryxa. Jeśli tylko ktoś z ekologistycznych autorytetuff zakomunikowałby, że tym gatunkom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony członków Polskiego Związku Łowieckiego. Inicjatywa Glaasa, czyli stworzenie koalicji „Niech żyją!“ nie jest właściwie działaniem na rzecz ochrony przyrody lub ochrony gatunkowej. Wartości te, przewijające się w oficjalnej propagandzie tego tworu można interpretować w najlepszym wypadku jako etykietę. Rzeczywiste spoiwo koalicji stanowi nienawiść. Uczucie i motyw stary jak świat, u źródeł których leży jednoczący koalicjantów brak akceptacji dla innych ludzi i ich relacji z przyrodą. W rezultacie mamy do czynienia z generowanym  w imię jedynie słusznej ideologii konfliktem społecznym, w którym realne potrzeby ochrony przyrody i ochrony gatunkowej są jedynie tłem a skutki działań w gruncie rzeczy podrzędnymi i mało istotnymi. Czarujący uśmiech Glaasa nie zatuszuje mowy nienawiści oraz nawoływania do fizycznej przemocy, naruszania godności osobistej, pogardy dla innych ludzi, towarzyszących działaniom niektórych z jego „koalicjantów“. Za co ów pan ponosi pełną odpowiedzialność. Uwaga czy apel z ust tego pana o porozumienie jest w gruncie rzeczy całkowitym nieporozumieniem. Niezależnie od intencji aktywisty, można ją odczytać jako formę szyderstwa, formułowaną z pozycji wiary w dogmat, którym jest przekonanie o własnej wyższości moralnej i słuszności własnych argumentów opartych o wiarę. Warto w tym kontekście zdać sobie sprawę np. z tego, iż w Polsce zabijanych jest corocznie kilkanaście, być może kilkadziesiąt milionów ptaków przez koty domowe. Nad tą hekatombą stanowiącą poważny problem natury ekologicznej koalicjanci zgodnie przechodzą bez zmrużenia oka. Do porządku dziennego. Nie podejmując absolutnie żadnej aktywności w celu zminimalizowania bądź choćby tylko szerszego uświadomienia społeczeństwu tego problemu, który powinien być znany każdemu miłośnikowi dzikich ptaków. Przyczyn tej obojętności wydaje się tkwić w wyrachowaniu animatorów antyłowieckiej inicjatywy. Rezultatem jest groteskowy obraz koalicjanta lub koalicjantki głaszczących rankiem ukochane zwierzę nad pokotem złożonym ze słowików i piskląt kosów, by udać się w południe na demonstrację w obronie odstrzelonych łysek oraz dzikich kaczek.

Arkadiusz Glass reprezentuje swoją osobą bez wątpienia przykład człowieka niebywale emocjonalnie zaangażowanego w pasję, którą realizuje w wolnym czasie i za własne pieniądze. Tak jak każdy myśliwy. Czy jednak przykład tej żony Cezara w rogowych okularach można odnieść do całego środowiska? W tym miejscu wypada krytycznie ustosunkować się do kreowanego przez niego wizerunku doktora Judyma ochrony przyrody, który zdaje się już ździebko wyblakł. Aktywista daje wyraz swojemu oburzeniu z powodu publikacji w Łowcu Polskim artykułu „Ekoterrorysci u bram“ autorstwa Marka Weneckiego, sugerującego, iż „działaność przyrodników stanowi sposób na zarabianie kasy“. Publikacja na łamach ŁP jest faktycznie emocjonalna i miejscami mało merytoryczna – tak jak setki publikacji poświęconych łowiectwu w periodykach i na stronach internetowych ideologicznej ochrony przyrody. Glass może być naturalnie zbulwersowany i grozić pozwem. Warto jednak przyjrzec się faktom. Oburzony zarzutami działania z przyziemnych, finansowych powodów  przyrodnik–społecznik jest – co sam wspomina - współzałożycielem Klubu Ptaki Polskie (KRS 0000253695) i zasiada w komisji rewizyjnej tej organizacji. Łączna kwota środków publicznych uzyskanych przez ten klub w 2013 roku wynosiła 5.662.818,16 złotych. Z tej sumy przyrodnicy czerpią 887.089,37 złotych na pensje i inne formy wynagrodzenia, czyli na własne a nie ptaków potrzeby. Z pewnoscią stanowi działanie na rzecz zachowania stanu kont określonej grupy osób, ale na stan zachowania przyrody te pieniądze bezpośrednio raczej nie wpływają. 10 osób na 7,5 etatach zainkasowało prawie pół miliona złotych (dokładnie 498.852,51 złotych). Doprawdy, żeby dopatrzeć się w tej kwocie jakichś szczególnych znamion bezinteresowności i „społecznikostwa” to potrzeba okularów noszonych przez Arkadiusza Glaasa. Organizacja liczy wg. danych z raportu za rok 2013  433 członków. Z tytułu składek członkowskich od  tych przyrodników wpłynęło do kasy organizacji całe 1260,00 złotych. Przy składkach leżących między 10 i 30 złotych od osoby nietrudno wyobrazić sobie jaki procent członków Klubu pana Glaasa angażuje się finansowo w działalność na rzecz organizacji, a w ostatecznym rezultacie ptaków i przyrody. Jest to co najmniej dziwny wyraz “zorganizowanego”, społecznego zaangażowania. Szkoda właściwie, że zbulwersowany Arkadiusz Glaas nie spełnił do tej pory swojej obietnicy i nic nie słychać, by podjął kroki prawne wobec autora artykułu w Łowcu Polskim. Być może byłaby tym samym okazja do wyjaśnienia na drodze prawnej szczegółów działań Klubu Ptaków Polskich, ujętych w 2013 roku w punkcie: „Wsparcie dla koalicji organizacji pozarządowych i osób prywatnych Niech Żyją!.” Jeśli bowiem wsparcie to finansowane pochodzi z dotacji ze środków publicznych, to mamy do czynienia z sytuacją, w której myśliwi jako podatnicy finansują wymierzone w nich działania i mowę nienawiści. Co rodzi kolejne pytania warte wyjaśnienia. Również w kontekście pieniędzy jako motywu „społecznych” działań na rzecz „ratowania przyrody”.

„Porozumienie dla ratowania przyrody” może brzmieć obiecująco. I choć nie trzeba się koniecznie akceptować, by się porozumieć, to wypada się rozumieć i wzajemnie respektować. A zdaje się, że obecnie od tego dzielą nas i Pana Glaasa z jego ideologią lata świetlne.

Przyroda i stan otaczającego nas środowiska są wartościami, które mają współcześnie ogromne znaczenie. I z tego rezultuje kredyt społecznego zaufania wobec wszelkich działań na rzecz ich ochrony. Ale jesli ich rezultatem ma być idealny świat Arkadiusza Glaasa, to zastanówmy się czy warto być instrumentem w realizacji owej utopii, czy też porozumienia szukać raczej w kręgu ludzi, dla których bardziej liczą się ekologiczne, społeczne i ekonomiczne realia niż ekologistyczne wizje.

Amen.

Źródełka:
1.“Percepcja ekologizmu w Polsce” - Prof. dr hab. Ludwik Tomiałojć 2003,
2.“Kto to jest „ekolog”?” - Dzikie Życie, Luty 2011,
3. Sprawozdanie Klubu Ptaki Polskie.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Zakaz zbiorowego pjerydolenia o zbiorówkach. Cz. II

W argumentacji myśliwskiej wobec zarzutów ze strony wuwuefowskich dealerów adopcji jodeł oraz wilków stale przewija się aspekt dotyczący znaczenia tradycji w polowaniach zbiorowych. Albo polowań zbiorowych dla tradycji. Jednak o wartości tego zbiorówkowego aspektu nie decyduje właściwie rytuał zdejmowania kapelusika tudzież kolejność położenia strzelonej zwierzyny z ewentualnym użyciem trumien włącznie. Ten folklor ewoluuje zresztą dość szybko i ma krótki okres rozpadu połowicznego. Zasadniczym jest tutaj fakt, iż polowanie zbiorowe było, jest i będzie instrumentem socjalnej kontroli. To nie plotki lub wymiana opinii na temat kapelusika trzeciej żony prezesa koła łowieckiego są wyznacznikiem „rzeczywistej wartości” tradycji kolektywnych łowów, lecz formalne i nieformalne egzekwowanie w środowisku zachowań, postaw, norm. Ma to kolosalne znaczenie dla czegoś, co nazywamy etyką łowiecką – stanowiącą wyraz odpowiedzialności każdego polującego wobec obowiązujących regulacji prawnych, grupy, jej tożsamości i oczywiście zwierzyny wraz ze środowiskiem,w którym bytuje. Indywidualne uchybienia przeciw normom pisanym i niepisanym są natychmiast rejestrowane, co pozwala na gorąco wyciągać konsekwencje. I naszym zdaniem właśnie ta tradycyjna, „wychowawcza” rola polowania zbiorowego ma kluczowe znaczenie.

Interesujący aspekt stanowią również inne fantazje pszyrodnicze dotyczące etycznej strony zagadnienia. Wymóg humanitarnego uśmiercenia zwierzęcia, ograniczenia ryzyka okaleczenia nierozerwalnie wiąże się z wykonywaniem współczesnego polowania. Determinuje jego etykę. Punktem krytycznym w przypadku łowów  jest niewątpliwie strzał do celu znajdującego się w ruchu, niewątpliwie niosący ze sobą ryzyko. Jeśli jednak i tutaj uwzględnimy szerszy kontekst, to mamy do czynienia z sytuacją, w której sezon polowań zbiorowych zbiega się w naszych szerokościach geograficznych z okresem krótkiego dnia, porą roku kiedy dobra widoczność panuje tylko 8–9 godzin w ciągu doby. Na powyższe, „czasowe ograniczenie”,  nakłada się wspomniana już antropopresja – czyli np. pandziątka z WWF penetrujące bieszczadzkie lasy w poszukiwaniu czegoś do adopcji – co powoduje, iż aktywność zwierząt ma miejsce głównie w godzinach nocnych.  Intensywnie użytkowanie krajobrazu kulturowego przyczynia się do tego, że zwierzęta korzystają z otwartych przestrzeni dopiero gdy ustaje penetracja pól I lasów przez ludzi, a widoczność jest slaba lub robi się ciemno. W tej sytuacji alternatywa wobec polowań zbiorowych, tj. polowanie indywidualne, sprowadza się do strzałów oddawanych w warunkach złej widoczności. Dla gospodyni domowej po dziennikastwie i historii nie istnieje dylemat między etycznością/nieetycznością  strzału do zwierzęcia z odległości 100 metrów w zapadającej ciemności a strzałem do tego samego zwierzęcia z odległości 20 metrów przy pełnym świetle dziennym, które porusza się z mniejszą bądź większą prędkością. W gruncie rzeczy wujek z WWF postuluje, by polujący stryjek zamienił siekierkę na kijek, najwyraźniej nie będąc w stanie ogarnąć złożoności problematyki. Paradoksalnym jest również fakt, iż to samo środowisko, histeryzujące z powodu strzału do zwierzyny bedącej w ruchu, tak samo histerycznie oponuje przeciw polowaniu przy nęcisku, gdzie istnieją wręcz optymalne warunki do skutecznego uśmiercania. W tym miejscu nasuwają się pewne pytania: czy chodzi raczej o infantylizm, czy raczej o zakłamanie, czy może ferajna spod znaku pandy i ich przydupasy w ogóle nie wiedzą czego chcą?                     

Wobec zbiorówkowej fobii wypada zastanowić się również nad dalszymi konsekwencjami – w  odniesieniu do polowania indywidualnego jako alternatywy dla kolektywnych łowów. Obecność drapieżników generuje tzw. „krajobrazy strachu” – tj. przestrzenie i struktury, których potencjalne ofiary starają się unikać ze względu na wyższe prawdopodobieństwo zaliczenia bezpowrotnej wycieczki do raju. Jest to mechanizm gwarantujący od milonów lat koegzystencję populacji drapieżnikow i ofiar. Myśliwi polujący przy pomocy broni palnej również kreują specyficzne „krajobrazy strachu”. Poddane presji związanej z długotrwałym, intensywnym polowaniem indywidualnym – formą trudno kalkulowanego ryzyka – zwierzęta zaczynają unikać rejonów, gdzie narażone są na niebezpieczeństwo bądź korzystają z nich wyłącznie nocą.  W przypadku jeleniowatych skutkuje to zwiększonymi szkodami w drzewostanach, gdzie zwierzęta przebywają dłużej, pokrywając większą część zapotrzebowania na pokarm np. spałowaniem. Które niespecjalnie cieszy leśników… Z racjonalnego punktu widzenia, należałoby więc w określonych warunkach zalecać zbiorowe formy redukcji i regulacji niektórych gatunków zwierzyny. Pomimo ich spektakularności, wywołującej histerię u pand z WWF, są one w gruncie rzeczy „łagodniejszą” formą antropopresji: ograniczoną do krótkich przedziałów czasu i fragmentow przestrzeni, z której korzystają różne zwierzęta. Na terenach parków narodowych oraz obszarów chronionych w Niemczech preferowaną formą regulacji kopytnych są właśnie polowania zbiorowe. Te preferencje wynikają z gruntownej analizy zalet, wad i skutków tychże dla chronionych przestrzeni czy gatunków. Analizy opartej o racjonalne przesłanki oraz wiedzę z licznych projektów badawczych. W przeciwieństwie do preferencji zalecanych przez rodzimych łowców z WWF & Co., wyspecjalizowanych raczej w polowaniu na jelenie 1%- owe i inne sarny dotacyjne.

Jeśli więc z tymi zbiorówkami narodowymi nie jest tak źle, zeby gorzej być nie mogło, czy w takim razie oznacza to, że jest dobrze? Niekoniecznie. Zbiorowo poluje się praktycznie tak samo jak 50 czy 100 lat temu. Tymczasem pod rondo niejednego kapelusika z piórkiem nie dotarło najwyraźniej, że od czasów cesarza Franciszka Józefa, cara Mikołaja oraz Władysława Gomułki zmienił się trochę krajobraz, w którym odbywają się takie łowy. Do politycznych decydentów odpowiedzialnych za regulacje dotyczące wykonywania polowania fakt ten wydaje się też stosunkowo wolno docierać. Strzela się obecnie dużo więcej zwierzyny grubej, używana jest w dużym zakresie gwintowana broń kulowa. Polowanie odbywa się w zupełnie innym otoczeniu. Tym społecznym - na które składa się inne podejście do łowiectwa oraz intensywny rozwój wykorzystania środowiska naturalnego jako miejsca rekreacji. Tym krajobrazowym – związanym np. z infrastrukturą komunikacyjną i faktem, że dziś po Polsce jeździ więcej samochodów niż za Franciszka Józefa. Czy wreszcie tym przyrodniczym – wyrażającym się w tym, że w dzisiejszych miotach można w co niektórych okolicach natknąć się prędzej na żubra niż na zająca. Niewątpliwie istnieje konieczność weryfikacji stosowanych metod polowania zbiorowego, odkurzenia paragrafów, które po części są potrzebne polującym jak rybom rowery…

W związku z powyższym postulujemy wprowadzenie w Polsce zakazu pierdolenia  zbiorowego o polowaniach zbiorowych i skoncentrowanie się na rzeczywistych problemach związanych z polowaniem, antropopresją, etyką, ochroną gatunkową. W oparciu o rzeczowe argumenty, a nie przyrodnicze fantazje, z których trudno wyciągnąć wniosek czy bazują na gorących emocjach i czystym infantylizmie, czy też raczej na zimnym wyrachowaniu i chęci manipulacji opinią publiczną. W każdym bądź razie nic nie wnoszących do rozwiązania istniejących a także przyszłych wyzwań oraz dylematów.

P.S. Petycja o wprowadzenie takiego zakazu jest oczywiście przygotowywana…

wtorek, 2 lutego 2016

Zakaz zbiorowego pjerydolenia o zbiorówkach. Cz. I


W listopadzie ub. roku szereg organizacji ekologistycznych wystosowało apel do Ministra Środowiska i parlamentarzystów VIII Kadencji Sejmu o jak najszybsze wprowadzenie całkowitego zakazu prowadzenia polowań zbiorowych w Polsce. Inicjatorem i motorem powyższego postulatu był WWF Polska – filia  międzynarodowego koncernu o tej samej nazwie, do którego dołączył plankton złożony z przedstawicieli animalistów i ekologistów rodzimego chowu. Obserwując dyskusję toczoną wokół polowań zbiorowych, duet bucowskich blogerów zastanawia się czy nie zorganizować grupy wsparcia dla… całej grupy polskich myśliwych. Być może na Stadionie Narodowym. W kraju nad Wisłą co roku kilka tysięcy osób popełnia samobójstwo. Najwyraźniej tę statystykę zamierzają wzbogacić również członkowie PZŁ, dokonujący efektownego, zbiorowego seppuku na oczach publiki w mass-mediach. 

Celem polowania ludzkiego i nieludzkiego jest złowienie lub zabicie innego zwierzęcia. Gdzieś półtora miliona lat temu łupem naszych przodków, którzy wtedy jeszcze nie paradowali w mundurach galowych Zrzeszenia, zaczęły padać zwierzęta większe od nich samych. Wobec braków w wyposażeniu prałowców w drapieżnicze atrybuty (do dzisiaj zresztą dające o sobie znać – o czym warto się przekonać, próbując wzorem tygrysa albo lwa przegryźć kark dużemu odyńcowi lub jeleniowi) oraz skromnych wówczas środków technicznych, było to możliwe wyłącznie jako kolektywny wysiłek we współpracy z innymi członkami hordy prekursorów PZŁ. I choć dziś każda polska Huberta byłaby w stanie indywidualnie zapolować na mamuta to cel, treść i sens polowania zbiorowego nie uległ zmianie od czasów „out of Africa”. Niezależnie od tego, iż jego formy na przestrzeni epok ewoluowały i ewoluują nadal. Jest to rodzaj polowania zwiększający prawdopodobieństwo i szanse realizacji celów polowania dzięki zespołowemu działaniu w określonym czasie oraz przestrzeni. Czyli np. pozyskanie/odłów większej ilości zwierząt, upolowanie zwierząt występujących rzadko i w małych zagęszczeniach na dużych areałach itd.

Antyzbiorówkowy protest WWF’u i spółki opiera się na wyjęciu z kompleksowego kontekstu, w jakim osadzone jest polowanie, wybranych elementów, manipulowaniu nimi i emocjonalnym prezentowaniu ich w potoku łez pandy. Podobnie funkcjonuje zresztą inicjatywa mająca na celu zakaz obecności dzieci podczas polowań. W „pszyrodniczym” przekazie polowanie zbiorowe streszcza się do jazgotu psów myśliwskich, oszalałych ze strachu, pędzących na oślep i rozbijających się o drzewa dzikich zwierząt, wrzasku naganki, postrzałków, huku strzałów, dymu, zapachu prochu, krwi oraz rżenia koni tudzież stukotu kopyt (niepotrzebne można skreślić). Ogólnie rzecz ujmując: Sodomy i Gomory skutkującej „skrajnym niepokojem oddziałującym na całą przyrodę”. Zapewne na ów apokaliptyczny obraz każda polska gospodyni winna zareagować rzewnym szlochem, załamać ręce, wyrwać sobie trochę włosów z trwałej i czymprędzej podpisać się pod ekologistyczną petycją o zakaz zbiorówek, adoptując przy okazji jakąś jodłę w Bieszczadach. Jodłę niełowną, ale ożywioną i też niepokojoną hukiem strzałów lub odgłosem końskich kopyt (niepotrzebne skreślić). Paradoksalnie, również myśliwi, postawieni w obliczu apokalipsy prezentowanej przez egzorcystę po dziennikarstwie (Pawła Średzińskiego, rzecznika WWF), zaczynają często i gęsto zapewniać, iż nie są wielbłądami. Koleżanka Dajrota na przykład, uprawiająca blog Jagermeisterin, przejęła się tak bardzo, że rozważając nad plusami i minusami zbiorówek, zaczęła przekonywać czytelników o stosunkowo niskim poziomie decybeli, które są w ich trakcie produkowane. Czyli polujemy w miarę cicho. W porównaniu z odgłosami typowego, wiejskiego wesela z obligatoryjnym mordobiciem na deser, taka zbiorówka w tej samej okolicy jest znacznie bardziej przyjazna uszom. I nie trwa tak długo. Twierdzi nasza Koleżanka po piórku. Przypominając też o innych hałasach w krajobrazie. Nie wiadomo tylko, czy po tych cichych zapewnieniach, psy na Śląsku nie zostaną podczas polowań objęte zakazem szczekania. Na wszelki wypadek empatycznie im współczujemy.

Poza innymi, licznymi tłumaczeniami w Internecie, zacnych wrażeń dostarcza także lektura wypowiedzi kilku myśliwych i leśników w artykule Krzysztofa Potaczały „Polowania zbiorowe? Zakazać!“ (BŁ 12/2015). Ogólny tenor streszcza się do opinii podkreślających potrzebę polowań zbiorowych przy jednoczesnych zapewnieniach niektórych rozmówców, iż problemy z propagandowego repertuaru ekologistów występują tylko troszeczkę. Troszeczkę się strzela, troszeczkę płoszy i chodzi raczej o spotkanie towarzyskie z celebrowaniem folkloru zwanego tradycją. Za absolutnie hitowe seppuku wśród myśliwskich komentarzy do ekologistycznej petycji antyzbiorówkowej uznaliśmy wypowiedź członka ORŁ we Wrocławiu, Kolegi P., który uraczył nią słuchaczy w czasie audycji studenckiej rozgłośni radiowej przy Uniwersytecie Przyrodniczym w nadodrzańskim grodzie z udziałem znanego aktywisty-ekologisty Arkadiusza Glaasa. Zasłużony działacz PZŁ z Wrocławia zapewniał, iż podczas organizowanych w jego kole polowań zbiorowych nie pada ani jedna sztuka zwierzyny. I to już od lat. Naturalnie nasuwa się natychmiast pytanie: po co w takim razie P. i jego koledzy zabierają w ogóle broń, udając się zbiorowo do lasu? Czy nie lepiej byłoby, gdyby członkowie ORŁ we Wrocławiu pod wodzą ich specjalisty od PR na następne zbiorowe polowanie, zamiast dwururek, zabrali ze sobą worki na śmieci? I pozbierali trochę zużytych opakowań czy innych zużytych prezerwatyw? Przecież efekt takiego polowania śmieciowego w postaci zerowego pokotu byłby identyczny jak skutek praktykowanych dotychczas zbiorowych spacerów ze sztucerami po kniei. A na śmieciowych łowach zyskałby tylko wygląd lasów i pól w obwodzie Kolegi P. Zaprawdę nie wiemy skąd bierze się ten swoisty pociąg do strzelania sobie przez rodzimych łowców „samobójów” w tak efektowny sposób. I to raz za razem.

Wiemy natomiast, że wystarczy nieco dokładniej przyjrzeć się argumentom drugiej strony, by bez trudu dostrzec ich irracjonalność, bezzasadność oraz zwyczajną manipulację, ewidentną grę na emocjach. Weźmy na rozkład choćby twórczość rzecznika WWF, Pawła Średzińskiego, który napisał, iż “Skrajny niepokój, związany z zagrożeniem życia, oddziałuje na całą przyrodę ożywioną. Stres zwierząt trwa jeszcze długo po polowaniu”. Tymczasem, w rzeczywistości zestresowany jest najwyżej dobrze opłacany dziennikarz-historyk na usługach eko-koncernu. Co może być spowodowane np. spadkiem dochodów  nadwiślanskiej delegatury. W „stresie” zwierzęta żyją dłużej niż ten pan jest na świecie i dłużej niż ludzie zaczęli na nie polować. Sarna jako gatunek już od ponad dwóch milionów lat egzystuje permanentnie stresowana, latentnie zagrożona drapieżnictwem, czynnikami abiotycznymi, poddana stałej, brutalnej konkurencji wewnątrzgatunkowej o pokarm, o udział w rozrodzie i miejsce w stadnej hierarchii. Gdyby rzecznik WWF znalazł się na jej miejscu, najprawdopodobniej zwariowałby najwyżej po pół godzinie wskutek „skrajnego niepokoju”. I to poza sezonem polowań zbiorowych. Sarny jednak nie wariują, ponieważ ów „stres” był i jest po prostu elementem ewolucji tego oraz innych gatunków zwierząt. Sarna nie boi się też „zagrożenia jej życia“. O nie obawia się Pan Średziński razem ze specjalistą od zwalczania stresu Zenonem Kruczyńskim. Sarny nie troszczą się o to, że mogą w przyszłym sezonie zachorować na raka, że wilk zje ciocię, a myśliwy ustrzeli córkę, syna bądź panowie Średziński z Glaasem przejadą na śmierć wujka, pędząc dla przyrody ratowania gdzieś w Bieszczady. Zwierzęta nie mają czegoś co realizujemy sami w formie świadomości śmierci. Kwieciste, uduchowione pojęcia używane przez „antyzbiorówkowych pszyrodników“ nie są w „ekologicznym“ kontekście niczym innym jak przenoszeniem ludzkiej świadomości na świat zwierząt, będącym doskonałym narzędziem manipulacji psychiką odbiorcy. Czy wobec tego stres generowany przez polowania zbiorowe jest dla zwierząt „bezstresowy”? Nie. Polowanie – ludzkie, nieludzkie, zbiorowe czy indywidualne stanowi ewidentne zaburzenie rytmu bytowania zwierząt, ich egzystencji i procesów życiowych. Polowanie zbiorowe jest zaburzeniem bardzo intensywnym i spektakularnym – jednak w relacji do innych zaburzeń, z którymi mają stale do czynienia zwierzęta – krótkotrwałym i o niewielkim zasięgu. Wystarczy sobie uświadomić, iż przeciętna sarna na swoim areale osobniczym jest zagrożona ludzkim polowaniem zbiorowym przez dwie godziny w ciągu jednego dnia w roku. Ta sama sarna jest zagrożona polowaniem wilków przez 24 godziny na dobe i 365 dni w roku. Idąc tokiem rozumowania rzecznika WWF i spółki, zatroskanych o dobrostan, samopoczucie oraz psychike saren, wypada właściwie postulować wyeliminowanie co najmniej połowy albo i więcej wilków na terenach gdzie bytują sarny. Czyli wszędzie. Byłoby to działaniem ewidentnie efektywniejszym dla zapewnienia relatywnie wolnej od stresu egzystencji tego gatunku niż cała aktywność wszystkich ekologistów na tym padole w zakresie wprowadzenia zakazu polowań zbiorowych. Po którym „skrajny niepokój” nie zmniejszy się praktycznie ani o jotę. We wspomnianym powyżej artykule Edward Marszałek z RDLP Krosno uspakaja, że organizuje tylko 31 polowań zbiorowych. Na pewno będących intensywną formą antropopresji. Jednakowoż, w tym samym miejscu i o tej samej porze, hordy płatnych wolontariuszy WWF, poszukujących złotego runa, czyli jodeł do adopcji, generują rozłożoną w czasie i przestrzeni antropopresję o znacznie większym wymiarze. Penetrując ostoje – także rezerwaty – niepokoją zwierzęta łowne i chronione. Te zaś nie wiedzą, iż córka eks-premiera Tuska nie chodzi w nagance, lecz bawi się w ochrońcę przyrody. W efekcie uciekają w śmiertelnym strachu. Absurdalność zarzutów garstki fanatyków staje się jeszcze bardziej absurdalna, gdy uświadomimy sobie, że potrzeba generowanych przez nich zaburzeń, sprowadza się wyłącznie do zaspokojenia ich infantylnych wyobrażeń i realizacji bardzo wątpliwej akcji adopcyjnej z całkowicie przyziemnym tłem.

Ciong dalszy nastąpi…

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Kóltóra łowiecka w trzecim tysiącleciu naszej ery.

Dwa lata temu odbył się w Jahrance III Międzynarodowy Kongres Kultury Łowieckiej. Naturalnie nie byliśmy. Po pierwsze nikt by nas tam nie wpuścił, po drugie wstęp kosztował ostatnio 750 złotych. Na tyle kultury to nas nie stać. Nawet gdyby ktoś przez pomyłkę nas wpuścił. Z doniesień zorientowanych czyli z Internetu (pozdrowienia dla przeszanownego Pana Zbigniewa C., autora bloga o psach myśliwskich i nie tylko), wiemy że na kongresie, jak to na kongresie, była kawa i może wódka za kuluarami. No i odczyty. Między innymi niejakiego Dietera Stahmanna, który zwrócił uwagę na ciekawy fakt. Ostatnio tej kultury łowieckiej w kulturze jakby mniej. Weźmy dla porównania na przykład taki okres początków PZL czyli epokę paleolitu. Nie wiadomo dokładnie o czym wtedy pierwsi członkowie PZL śpiewali i co pisali. Ale np.: z malowideł naskalnych w Lascaux i z zachowanych przedmiotów wynika wyraźnie, że praktycznie cała ówczesna kultura kręciła się wokół polowania. To mniej więcej tak, jakby dziś w TVP1 na okrągło leciały filmiki ze zbiorówek przerywane odegraniem “Pojedziemy na łów” w wykonaniu orkiestry symfonicznej Polskiego Radia, a do nagród Nobla w dziedzinie literatury pretendowali Maciej Login i Paweł Gdula piszący w Łowcu Polskim. Oraz niżej podpisani. Zamiast Reymonta, Sienkiewicza i Czesława Miłosza. Później – po opuszczeniu jaskiń przez naszych przodków - nie było już tak nachalnie ale łowiectwo było wciąż przedmiotem zainteresowania środków kultury pierwszoobiegowej kolejnych epok. Literatury, muzyki, malarstwa i innych sztuk. Pięknych. Ostatnio zrobiło się jakby ciszej. Nie znaczy to, że się nie pisze, nie rzeźbi, nie maluje, nie rysuje lub nie komponuje bądź też tworzy  wyjątkowo źle w tematyce związanej z łowiectwem. Po pierwsze, już nie ci mecenasi – mało który prezydent dałby się dzisiaj sportretować z własnoręcznie zabitym turem, jak swego czasu Jagiełło. Pomijając to, że turów już nie ma. Po drugie “klimaty” jakby nie te. A artyści też jakby nie bardzo chcieli używać “farby”  do malowania. Czyżby zmierzch? Niekoniecznie. Dieter Stahmann jest zdania – spoko, take it easy. Czyli kultura jest czymś, co się nie da do końca kultywować jak pole kartofli lub plantacja desek w PG Lasy Państwowe, lecz wyrazem dynamicznej interpretacji ducha czasów w różnych formach. I być może nowe czasy przyniosą ze sobą również nowe formy kultury łowieckiej wraz z nową interpretacją. Wydaje się, iż z tym procesem mamy obecnie do czynienia. Pozycja dotycząca łowiectwa w literaturze, która przyciągnęła w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu większe zainteresowanie szerokiego kręgu czytelników niż wszystkie teksty wybrane Macieja Łogina i myśliwska twórczość Janusza Palikota jest np. książka “Krew znaczy farba” (lub odwrotnie). Napisana przez mało dotąd znanego pisarza z szeregów PZŁ, Zenona Kruczyńskiego. Na tej fali popłynęło również “Polowaneczko” innego autora książek dla dzieci. Czy to nie jest wyraz powrotu tematyki łowieckiej w sferze kultury? Jest. Co prawda powrót “nieco inaczej” ale jest. Analogicznie “Szatańskie Wersety” Sir Ahmeda Salmana Rushdiego są też wyrazem obecności islamu w literaturze, a tym samym w kulturze. Mimo, że prawie żaden muzułmanin tej pozycji nie czytał, to większość ją zna. I ma do niej bardzo  emocjonalny stosunek, taki jaki do dzieł sztuki literackiej mieć należy i wypada: Tak samo z pozycją  “Farba znaczy krew” (lub odwrotnie). Też budzi emocje wśród 100 000 swojskich  islamistów w zielonych kapelusikach z piórkami, mimo że prawie nikt jej nie czytał. Tak więc raczkują nam właściwie nowe formy kultury łowieckiej. W trochę innej formie, ale w gruncie rzeczy dotyczącej tych samych treści co ta znana z Lascaux. Zawsze lepsze to niż nic. Czyli artystyczne milczenie owiec. W powyższe raczkowanie wpisuje się też aktualny “projektpolowanie” autorstwa dwóch studentek antropologii i filozofii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, które za cel stawiają sobie elektrykę łowiectwa. Czyli otwarte naświetlenie polowania. Cokolwiek by to otwarte naświetlenie znaczyło, włącznie z przeciwieństwem zamkniętego naświetlenia.

Motto malowania łowów w trzecim tysiącleciu naszej ery projektantki ujęły następująco:
Sprawa domaga się otwartego naświetlenia. Chodzi nie tylko o coroczną, bezsensowną śmierć tysięcy istot, lecz przede wszystkim jej kontekst - podstawowe zasady moralne, wrażliwość ekologiczną, rozumienie pozycji i roli człowieka w przyrodzie.
Życząc sobie też:
Niech przedstawiony z różnych perspektyw portret myślistwa zmieni świadomość i pozwoli patrzeć inaczej. Chcemy dotrzeć do społeczeństwa i wzbudzić publiczną debatę. Zakiełkować zagadnienie tam, gdzie jeszcze nie dotarło, a wspomóc jego rozwój, gdzie się już pojawi.
Na pierwszym etapie ambitnego docierania do społeczeństwa i flancowania zagadnienia Studentki z wydziału UJ – tu, gdzie wykłada wybitny znawca rodzimego obrydła polującego, prof. Jan Hartman - stawiają właśnie na sztukę. Piękną. W pierwszym akcie dramatu ‘polowanie’, jesienią 2014 roku, wyprodukowano kolaż. Naturalnie przy produkcji nie byliśmy. Kto by nas wpuścił? A jeśli przez pomyłkę wpuścił to i tak za daleko. Dojazd za drogi.

Przebieg eventu znamy za to doskonale. Z Internetu, czyli m.in. z entuzjastycznej recenzji pióra Pani Jadzi z Cierniaków, też specjalistki od łowiectwa, która ma kota albo innego psa. W każdym razie je lubi i jest animalistycznych przekonań absolwentką Kultury Współczesnej na UJ oraz naszą koleżanką po piórku, czyli redaktorką naczelną PROwincji. Magazynu artystyczno-społecznego z Opola. Cokolwiek jedno, drugie bądź trzecie znaczyło. W każdym razie na jej stronie internetowej można  zobaczyć artystyczne docieranie do społeczeństwa, które pojawiło się jesienią 2014 na krakowskim plenerze "projektupolowanie" w liczbie nielicznej i częściowo bardzo małoletniej. Intymną i ciepłą atmosferą krakowskiego wydarzonka kulturalnego związanego z łowiectwem, zwiastującego być może nową epokę, przypominała odrobinę pierzajki. Czyli imprezę PROwincjonalną kiedy po wymordowaniu stąd gęsi na świętego Marcina grono filozofek chłopskich zasiadało do dywagacji nad egzystencjonalnymi problemami wsi polskiej. Tyle, że dziś na podłogę nie szybowały pióra zabitych ptaków, ale skrawki papieru z zamordowanych i przerobionych na kolorową prasę łowiecką drzew. Żeby wspólnym wysiłkiem obecnych stworzyć kolaż obrazujący obrydło dzisiejsze. Kropkę przed „i”, czyli pierwszy ruch pędzla wykonał wedle relacji Pani Redaktorki Jagody z prowincji jakiś zagraniczny buc w zielonym kapelusiku z piórkiem.
Osobą, która rozpoczęła tworzenie kolażu, był myśliwy z Kanady. Wysoki, barczysty mężczyzna na środku ściany pokrytej szarym papierem przykleił wyciętego przez siebie wcześniej z kolorowego papieru, penisa. Koślawy, błyszczący członek stał się impulsem dla innych osób uczestniczących w warsztatach „Myśliwska puszcza”.
Faktycznie, tę kropkę przed "i" można różnie zinterpretować, ale dzięki znawczyni przedmiotu Pani Jadzi, zajmującej się też krytyką sztuki na łamach prasy społeczno-artystycznej, wiemy co artysta przedstawił. Ze względu na kanadyjskie pochodzenie malarza w zielonych kapelusiku nie bardzo jednak wiedzieliśmy co wyraził (mści się tutaj kiepska znajomość języka włoskiego wśród autorów tej recenzji). Ale pomocnym okazało się wrzucenie impulsu, czyli kanadyjskiego obrazka penisa do translatora Google, gdzie wyskakuje znaczenie FUCK YOU! Czyli swojskie: ODPIERDOLCIE SIĘ! I wszystko jasne. Ta grzeczna zachęta w formie stylizowanej, acz wedle krytyczki koślawej erekcji rezultowała erupcją kreatywności pozostałych uczestników i uczestniczek. Kolaż musiał wyjść bardzo ładny. Na co wskazują inne, pokazane na stronie Pani Jagody fragmenty. Przez PROwincjonalną krytyczkę niestety nie komentowane. Może Pani Jagoda ma wąską specjalizację. Nam najbardziej podobał się prezentowany przez specjalistkę od nauk humanistycznych kawałek kolażu demonstrujący trójkę ludzi i jednego psa pożeranych przez dinozaury. Pterodaktyle chyba jakieś. Fantastycznie dobrane w tonie fotografie ofiar i drapieżców, efektownie kontrastujące z pogodną atmosferą, emanującą z naturalnej, ciepłej kolorystyki organicznego tła w postaci klonowych liści. Jest genialnie, ekspresyjnie ujęty akt bestialskiego mordu na trzech dorosłych osobach i jednym czworonogu w scenerii Indian Summer, czyli Złotej Polskiej Jesieni, którą nam swego czasu podpierdolili Kanadyjczycy.

Ten fragment kolażu został chyba skomponowany przez jednego z małoletnich pętających się wokół ogniska w krakowskiej grocie projektupolowanie. Dzieci naszego gatunku są wyjątkowo okrutne – w porównaniu z jelonkiem Bambi na przykład, który takiego obrazka nigdy by nie namalował. Dopiero w procesie socjalizacji uczą się maskować popęd do zadawania cierpień i hamować żądzę mordu tkwiąca w każdym przedstawicielu gatunku słabo owłosionych małp rodem z Afryki, zasiedlających obecnie dorzecze Górnej Wisły. I Dolnej też. Widocznie dziecko, które stworzyło ten ładny obrazek jest dopiero na wstępnym etapie socjalizacji.

Generalnie ta impreza podobno sie udała. Choć na niej nie byliśmy. Może zresztą i dlatego. Jako swojego rodzaju prolog na fali Nowej Kultury Łowieckiej na pewno warta jest przybliżenia nie tylko zainteresowanym kulturą łowiecką, ale i każdej początkującej erotomance oraz początkującym psychopatom.

Na drugim, deklarowanym - ku naszemu ubolewaniu – jako końcowy, akcie „dramatupolowanie” w marcu 2015  też naturalnie nie byliśmy, co nie zwalnia nas z obowiązku napisania komentarza do krakowskiej rewolucji marcowej w dziedzinie kultury myślifffskiej, która się odbyła bez nas, ale z udziałem wielu rodzimych salafistek i salafistów ochrony zwierząt i przyrody naszej matczyno-ojczystej. I nie tylko. Ale o tym, innym razem.

Źródło z członkiem: LINK.