środa, 26 lutego 2014

Przyszłość łowiectwa: niedomyśliwi, czyli o potrzebie profesjonalizacji słów kilka. Cz. I


Proszem Parafii, proszem zamknąć oczy i se wyobrazić:

- z jednej strony grupę myśliwych – coraz młodszych, piękniejszych, bogatszych, grupę coraz liczniejszą z rosnącym udziałem żeńskiego pierwiastka i… coraz bardziej oddalającą się od łowiectwa; żyjącą coraz szybciej, wyedukowaną ale coraz uboższą w myśliwskie doświadczenia, powierzchowną w kontaktach z przyrodą, coraz mniej fachową/kompetentną, traktującą łowy zaledwie jako jedno z wielu hobby, coraz bardziej zredukowaną do roli – tylko i aż – strzelacza;

- z drugiej zaś opinię publiczną - pod postacią rodzinki.pl, która, urzeczona widokiem miejskich dzików (dopóki te nie wejdą w bratki), bynajmniej nie kwestionuje zasadności polowania. Jednak nie bardzo rozumie, dlaczego te świnie traktowane są ołowiem przez amatorów. Cała ta zrytualizowana zabawa w taplanie się we krwi jest co najmniej egzotyczna. Radosne podnoszenie kotary, za którą kryje się śmierć budzi niesmak. Przecież wszędzie dookoła takie sprawy załatwiają profesjonaliści. Po cichu. W końcu mamy XXI wiek. A podobnie przeświadczonych rodzinek, które nie omieszkają przy nadarzającej się okazji wyrazić swoją dezaprobatę, przybywa.

No właśnie. Mniej więcej taki obraz maluje się po lekturze wyników naukowych badań i prognoz, o których pisaliśmy na łamach własnych i nie tylko (zachęcamy do czytania Braci Łowieckiej nr 1/2014, nr 3/2014). Jakby nie patrzeć, tak nakreślone kierunki zmian prowadzą do powstawania coraz większej przestrzeni między powyższymi punktami, którą prędzej czy później trzeba będzie czymś, a raczej kimś wypełnić. Na przykład kimś na kształt zawodowego myśliwego.

Jeno… czy przypadkiem tenże nie jest reliktem minionej epoki?

Raczej nie sposób ocenić tego z perspektywy rodzimego podwórka. Warto więc, po raz wtóry, zapoznać się z efektem prac prof. dr Werner’a Beutelmeyer’a z Instytutu Badania Rynku, który w kooperacji z Biurem ds. Zarządzania Dzikimi Zwierzętami przeprowadził na terenach Austrii i Niemiec szeroko zakrojone studium dotyczące zawodowych myśliwych oraz ich wizerunku. Porównanie wyników z obydwu krajów dało jednorodny obraz. Dlatego w zupełności wystarczy skupić się na badaniach obejmujących ojczyznę Mozarta i Arnolda Schwarzenegger’a też. Wynika z nich, że przed 50-cioma laty funkcjonowało tam ponad 800-set profesjonalnych łowców. Dziś ostała się mniej niż połowa. W dodatku statystyczni zawodowcy mają 45 wiosen na karku, co na pierwszy rzut oka wskazywałoby na erozję środowiska. Czy oznacza to, że niebawem będą podziwiani co najwyżej w muzeum figur woskowych Madame Tussauds? Czy też, o dziwo, zawód ten czeka prawdziwy renesans?

Jakby na przekór liczbom, wszelkie znaki na niebie i w kniei wskazują, że coraz częściej słyszalne będą głosy traktujące o potrzebie profesjonalizacji łowiectwa. W końcu któż inny jak nie ewentualny, cieszący się nienaganną reputacją zawodowiec byłby w stanie zharmonizować rozmaite interesy, manewrując między zwierzyną, gospodarką leśną, rolną, turystami i opinią publiczną?

Choć na pierwszy rzut oka wspomniany wiek typowego austriackiego profesjonalisty zdaje się stosunkowo wysoki, należy wziąć pod uwagę, że odsetek osób niepracujących w wyuczonym fachu jest równie znaczny. Zawodowcy stanowią zaledwie 0,4% wszystkich posiadaczy kart łowieckich, ale pod ich pieczą pozostaje łącznie aż milion hektarów z haczykiem (12,3% całkowitej powierzchni tamtejszych łowisk). Zdecydowana większość (85%) zatrudniona jest przez dzierżawców obwodów łowieckich, pozostali znajdują pracę u ziemskich właścicieli. Oczywiście, jako odpowiedzialni za powierzone im tereny, spełniają kluczową rolę w gospodarowaniu populacjami zwierząt, dbając o ich rozwój oraz traktując ołowiem nie tylko problematyczne osobniki. Opiekują się również zaproszonymi na łowy gośćmi. Z jednej strony można uznać za kuriozalne pisanie, że zdecydowana większość profesjonalistów dysponuje psami. Jednak z drugiej strony, mając na uwadze, iż utrzymywanie myśliwskich czworonogów jest i raczej będzie w odwrocie, zaś problemy związane z wykonywaniem odstrzału przybierają na sile – co skutkuje również żądaniami legalizacji nowych metod polowania – ów psi aspekt wydaje się, także na przyszłość, istotnym atutem zawodowców.

Nie zaskakuje więc ich główny pogląd, który streszcza się do słów: dzisiejsze łowiectwo potrzebuje więcej profesjonalizmu.

Coraz ważniejszą rolę będzie odgrywać zaangażowanie spec-myśliwych, bowiem hobbyści po prostu nie są w stanie uporać się z wyzwaniami. Jednak aby tym podołać ci pierwsi muszą rozwijać się bardziej interdyscyplinarnie, odcinając się od tradycyjnej roli. Codzienna praca powinna ulec zmianom. Aktualne badania uwidaczniają kontury nowego, przeobrażającego się obrazu myśliwskiego fachu. Przyszłe priorytety to: bardziej świadome i profesjonalne dokarmianie zimą, konserwacja łowisk i dbanie o odnawialność zasobów tychże oraz opieka nad zaproszonymi gośćmi. Na pierwszy rzut oka – nihil novi. Jednak zacznie zmieniać się ich znaczenie. Np. dokarmianie, choć wciąż klasyfikowane jako jedno z głównych zadań, coraz rzadziej będzie traktowane priorytetowo przez zawodowych myśliwych. Podobny trend obejmie kwestie „umeblowania” obwodu czy zajmowania się „oddziałami” emerytowanych „komandosów”. Gwoli jasności: powyższe zadania będą wciąż ważne, ale z biegiem czasu do tej „czołówki” zaczną dobijać inne cele. Jakie? Przede wszystkim uświadamianie społeczeństwa, uświadamianie zorientowanych na wypoczynek użytkowników przyrody, ścisła współpraca z branżami: leśną, rolną, turystyczną oraz ośrodkami naukowymi (w zakresie ekologii, leśnictwa, weterynarii). Oczywiście większy nacisk zostanie położony na minimalizację szkód czynionych przez zwierzynę oraz dopasowanie jej zagęszczenia do pojemności łowiska.

Cdn.

sobota, 15 lutego 2014

Przyszłość łowiectwa: prognoza na rok 2030. Cz. II


Wypunktujmy zatem proroctwo prof. Beutelmeyer’a na rok 2030:

1. W społeczeństwie wzrośnie szacunek do przyrody. Jednocześnie wiedza o niej, jak i związane z nią indywidualne doświadczenia, będą się kurczyć.
2. Zwiększy się liczba egoistycznie nastawionych użytkowników przyrody, rezerwujących ją wyłącznie dla siebie.
3. Myśliwym będzie coraz trudniej wiarygodnie przedstawiać społeczeństwu swoje kompetencje w zakresie ochrony przyrody.
4. Myśliwym będzie coraz trudniej dostatecznie uzasadnić sens i potrzebę polowania.
5. Społeczna niechęć do myślistwa wzrośnie.
6. Zmniejszy się profesjonalizm osób uprawiających łowiectwo. Polowanie w większym stopniu stanie się sposobem spędzania wolnego czasu i pielęgnowania stosunków towarzyskich.
7. Poziom wiedzy myśliwskiej i skala praktycznego doświadczenia ulegną dramatycznemu obniżeniu. Nastąpi erozja kultury łowieckiej.
8. Posiadanie i układanie psa myśliwskiego zacznie zanikać.
9. Dojdzie do liberalizacji różnych, obecnie wciąż zabronionych, środków używanych do polowania. Przede wszystkim chodzi o wykorzystanie noktowizji, sztucznego światła, polowanie nocą na zwierzynę płową oraz zastosowanie na większą skalę nęcisk, by możliwie szybko osiągnąć łowiecki sukces.
10. Myślistwo będzie znajdowało się w coraz trudniejszej sytuacji, bardzo tracąc na prestiżu.


Czy powyższe można przyłożyć również do polskiej bucolandii?

Przechodząc płynnie z Austrii na rodzime poletko, wypada zahaczyć o kraj, w którym swego czasu pewien Austriak rządził. Od niedawna obserwuje się tam ciekawe zjawisko. Otóż młoda generacja niemieckich przedsiębiorców, macherów, menadżerów itp. szturmuje kursy myśliwskie, podwajając dotychczasową liczbę chętnych. Są to ludzie w wieku 30-stu kilku lat, mieszkańcy miast, najczęściej single. Udział kobiet w tej grupie wynosi niemal 20%, bijąc wszelkie rekordy. To tzw. neomyśliwi. Polują, by zwolnić rytm życia, doświadczyć prawdziwych, płynących z kontaktu z przyrodą przeżyć, które motywują i sprawiają przyjemność. Nie obchodzi ich bufoniaste obnoszenie się swoimi poczynaniami. Liczą się pełne ciszy godziny spędzone w lesie i permanentna kontemplacja relacji łączących człowieka z przyrodą. Rzadko pociągają za spust. Swoje hobby uzasadniają przede wszystkim miłością do przyrody, radością płynącą z polowania, żywym zainteresowaniem właściwą konserwacją Mamusi Natury. Wpisują się w trend tzw. neoekologii, gdzie – przy rosnącej modzie na tradycyjnie wyrabianą żywność - dziczyzna stanowi absolutnie topowy „bio” produkt.


Niemniej jednak polowanie jest jednym z wielu hobby neobuców. Elementem Lifestyle. Wyobraźmy sobie mężczyznę i kobietę szalejących pod koniec zimy na nartach, by za chwilę, opuściwszy kort tenisowy, w oczekiwaniu na sezon żeglarski, dobrać się koziołkom do parostków. Wszystko to zaś efektownie podane na łamach… Magazynu Sezon (oj, dostanie się bucom od Dajroty!). Tak, proszę Państwa. Neomyślistwo nad Wisłą już jest i bynajmniej nie raczkuje, lecz śmiało zasuwa po rodzimej kniei. Najwyraźniej Polska nie jest „zieloną wyspą” na mapie uczonego proroka z Austrii.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Przyszłość łowiectwa: prognoza na rok 2030. Cz. I


Czy warto inwestować w prognozy dotyczące bytu naszego myśliwskiego środowiska? Jak mogą wyglądać scenariusze wcale nieodległej przyszłości? Jak na własnej skórze odczujemy ewentualne zmiany? Czy da się przygotować na ich nadejście zawczasu? A może w ogóle nie jest wskazane podejmować tego tematu? W końcu żyjemy tu i teraz, a sprawa, jakby nie patrzeć, dotyczy hobby. Z pewnością każdy sam musi odpowiedzieć sobie na powyższe pytania. Tylko… czy panująca wokół cisza jest raczej wyrazem zadumy, czy też braku zainteresowania? A może niektórzy liczą, że zdążą się wypolować?

Bez względu na przyczyny owego milczenia, trzeba czasami – jak zagubiony naganiacz szukający miejsca zbiórki z grochówką - narobić hałasu. Co uczynił był prof. dr Werner Beutelmeyer z Instytutu Badań Rynkowych prezentując wyniki swojej prognozy dla austriackiego łowiectwa na rok 2030. Bynajmniej nie opartej na wróżeniu ze szklanej kuli.

Powołując się na dorobek naukowy, niekoniecznie własny, profesor podkreślił ogromne znaczenie przemian, które dokonały się w latach 90-tych ubiegłego stulecia. W efekcie nowe postawy i nowe wartości kształtują nasze czyny. Rozwija się kultura wolności, eksploduje indywidualizacja. Takie cnoty jak obowiązkowość i przewidywalność tracą na znaczeniu. Postępująca dezintegracja i izolacja stanowią ciemną stronę społecznej transformacji. Jednocześnie przewidywana długość życia ciągle wzrasta: „nowi seniorzy”, „klub stulatków” czy „ludzie w sile wieku (50+)” to sztandarowe hasła tego zagadnienia. Z kolei kobieca ofensywa, zmiana definicji rodziny (jednopokoleniowa, rodzic samotnie wychowujący dziecko), bycie singlem (jako fenomen na skalę masową) etc. są zaledwie kilkoma terminami, które w jaskrawy sposób uwidoczniły zmiany struktury społeczeństwa w ostatnich dziesięcioleciach. Także nastroje, a więc obawy i nadzieje powodowały owymi przeobrażeniami. Choroba szalonych krów (BSE – gąbczasta encefalopatia bydła) zmieniła dietę. Zaś koniunktura gospodarcza coraz częściej napędzana jest psychologią rynku.

Wszystko to razem wpływa na ludzi i determinuje ich, ciągle zmieniający się, stosunek do przyrody oraz łowiectwa.

Wiele badań pokazuje, że w społeczeństwie wzrasta zainteresowanie Matką Naturą. Wzrasta też do niej szacunek. Przeżywamy wręcz przyrodniczy renesans: ludziska mają pierdolca na punkcie „bio” odżywiania, wyrobów regionalnych a do pichcenia w kuchni używają naturalnie naturalnych ziół. Jednocześnie kontakt z przyrodą staje się coraz bardziej powierzchowny, co jest znakiem czasu szybko żyjącego społeczeństwa. Zrozumienie zagadnień dotyczących Matki Przyrody stopniowo leci na twarz, zaś umiejętności rzemieślnicze po prostu poszły się jebać. Co prawda mieszkańcy miast marzą o łonie natury i krajobrazie kulturowym, zachwycają się zapachem siana, jednak w coraz większym stopniu ich wiedza przyrodnicza się kurczy. O pojęciu nt. myślistwa nie wspominając. Za to prężnie rozwija się egoistyczna postawa pt. „Mama Natura należy do mnie i szlus”, która oczywiście tworzy ogniska zapalne między myśliwymi, spacerowiczami, rowerzystami, narciarzami etc.

Tak więc buce w zielonych kapelusikach z piórkami nie będą mieli łatwo. Do czego zresztą sami się przyłożą. Łowiecką społeczność również cechuje duża zmienność dotycząca struktury i wartości. Dlatego kierunek przeobrażeń w pewnym stopniu można opracować poprzez porównanie postaw „młodych” myśliwych (poniżej 50 lat), wywodzących się z wykształconej elity (dyplom maturalny lub ukończenia studiów), z całym, stanowiącym tradycyjny segment, środowiskiem łowieckim (a więc przeciętną). O samym badawczym podejściu wystarczy napisać: nuda. Spójrzmy na wyniki.

Podstawowe pytanie brzmi: jaką drogą podążą „młodzi” myśliwi (M2030)?

Przede wszystkim, już na początku, ujawniła się ciekawa tendencja: otóż zmniejszy się odsetek buców, dla których łowy stanowią życiową pasję – tę powoli wypierać będzie rekreacja. Myślistwo stanie się dla nosicieli zielonych kapelusików zaledwie jednym z WIELU hobby. Z kolei zainteresowanie przyrodą, lasem i dzikimi zwierzętami - jako główny motyw wykonywania polowania - zyska na znaczeniu. Coraz rzadziej osobami wprowadzającymi do łowiectwa będą członkowie rodzin czy znajomi. Traktowanie myślistwa jako bazy sieciowej dla spędzania wolnego czasu lub pracy stanie się bardziej „trendy”.

Jednym ze skutków wspomnianego, rekreacyjnego podejścia do polowań, może być stopniowe kurczenie się łowieckiej wiedzy. M2030 są niemal w każdym wymaganym zagadnieniu gorzej zorientowani niż ogół obecnych myśliwych. Olbrzymia tendencja do powierzchownego obchodzenia się ze wszystkim może niestety dotknąć również buców w tych tam. Owe braki prawdopodobnie najjaskrawiej uwidocznią się w obszarach kultury łowieckiej oraz umiejętnościach manualnych – tj. obchodzenia się z tuszą zabitych zwierząt. Wątpliwości budzi nawet prawidłowa znajomość okresów ochronnych. Niemniej jednak godnymi uwagi są rosnące wymagania z zakresu etyki i prawa łowieckiego, którym będzie musiał podołać M2030. Niezależnie od swojej potencjalnej „powierzchowności”. Skąd wzięła się potrzeba coraz wyższego zawieszana poprzeczki? Przypuszczalnie chodzi o, bazującą na solidnych argumentach, umiejętność uzasadnienia własnych, myśliwskich poczynań. Co przy konfrontacji z tzw. opinią publiczną niewątpliwie się przyda. Natomiast ocenia się, że wielce popularne obecnie kuchenne igraszki w nadchodzącej rzeczywistości nie będą odgrywać aż tak dominującej roli. Choć M2030 deklarują większą biegłość w odpowiednim przygotowaniu dziczyzny, umiejętność ta zajmuje zaszczytne, ostatnie miejsce w rankingu kompetencji.

Jednak żeby wrzucić mięsiwo do gara, trzeba pierw zapolować.

Po pierwsze, mówiąc ogólnie, do roku 2030 przybędzie więcej teoretyków niż praktyków. Co prawda kursy myśliwskie będą cieszyły się rosnącą frekwencją i coraz lepszymi opiniami, lecz praktycznie staną się kuźniami prawiczków i dziewic w zielonych kapelusikach z piórkiem. Dobrze wyedukowanych, niedoświadczonych. Taka sytuacja może objawiać się częstszym brakiem chęci do posiadania myśliwskich psów. Spadnie ponadto uznanie dla łowieckich obyczajów: gwary, pokotu, muzyki itp.

Po drugie, M2030 będzie miał mniej czasu na łowy. Aby te zwieńczyć sukcesem, przyjdzie mu korzystać ze środków, które obecnie są zabronione. Konkretnie chodzi o możliwość polowania na zwierzynę płową i grubą w nocy, na nęciskach, z pojazdów mechanicznych czy przy użyciu urządzeń noktowizyjnych.

Mając na uwadze powyższe tło, M2030 prawdopodobnie wciąż będzie tracił kompetencje i poważanie w oczach opinii publicznej. Do tego społeczeństwo priorytetowo traktuje lasy jako miejsca dla zwierząt, niekoniecznie postrzegając buców jako osoby odpowiedzialne za przyrodę. Obecnie 2/5 Austriaków popiera polowania, 1/5 jest przeciw, natomiast pozostali są obojętni lub nie mają na ten temat zdania. Być może do roku 2030 pokaźna grupa wywodząca się z owego szerokiego, nieuświadomionego grona przyłączy się do niesympatyków, tworząc w ten sposób niechętną austriackim myśliwym większość.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Quo vadis Canis lupus?


Lupara, Lupara proszę wszystkich trzech Drogich Czytelników to instrument dobrze znany rodzimym konsumentom filmów o mafii włoskiej. Ten przyrząd do rozwiązywania konfliktów u naszych dalszych sąsiadów z dalszego południa ma postać krótkiej dubeltówki z obciętymi lufami. Jego nazwa ma pochodzenie przyrodnicze: wywodzi się od wilka – czyli lupusa Canisa. I slużył ów instrument ongiś do ochrony stad owiec i kóz wypasanych w Apeninach przed cztero-, a czasami dwunożnymi drapieżnikami, spełniając w rękach mafijnych kilerów raczej funkcje uboczne.

Scena, którą mieszkańcy położonego w malowniczej Toskanii miasteczka Scansano ujrzeli w bożonarodzeniowy poranek Roku Pańskiego 2013 jako żywo przypominała kadr z filmu “Ojciec chrzestny” z Marlonem Brando. Jednak tym razem główny bohater tego przedstawienia leżał martwy na rynku, między urzędem miejskim a kinem. W nocy ktoś podrzucił na Piazza zabitego, zakrwawionego wilka. Nie wiadomo kto. Tak samo jak nie wiadomo kto położył kilkanaście dni wcześniej na środku ruchliwej drogi prowadzącej do pobliskiego Saturnia truchło zastrzelonej lub otrutej, dwuletniej wilczycy. Prezes włoskiej WWF, Dante Caserta, bije na alarm: do początku stycznia br. w Toskanie, Umbrii i innych regionach słonecznej Italii zostało zabitych i ostentacyjnie wystawionych na widok publiczny co najmniej 10 wilków - zwierząt objętych w tym kraju ścisłą ochroną gatunkową, za których uśmiercenie grożą surowe kary. Niemiecka Frankfurter Rundschau,  która tej wilczej story poświęciła cały artykuł, pisze o wojnie.


Bo to jest wojna. Między “ekologami” - fanatycznymi zwolennikami ścisłej, bezkompromisowej ochrony gatunkowej tych drapieżników, urzędnikami  i interesami lokalnej ludności, żyjącej z hodowli owiec, której ofiarami są wilki.

W sierpniu ubiegłego roku Mario Mori, hodowca owiec z Palazzone w prowincji Siena ogłosił publicznie: “przyprowadźcie mi wilka, żywego lub martwego!”, oferując 1000 Euro premii i zachowanie pełnej dyskrecji i anonimowości. Deklarując jednocześnie, że ewentualne konsekwencje z powodu publicznego namawiania do popełniania przestępstw są mu obojętne, ponieważ nie ma nic do stracenia - podstawy jego egzystencji podgryzły wilki i zostały mu tylko ruiny z dobrze prosperującej hodowli owiec. Godne Francisa Forda Coppoli sceny z wilkiem w roli głównej w toskańskiej oprawie są z pewnością wynikiem miejscowych uwarunkowań – ewentualnych wad systemu rekompensat za szkody od wilków, braku akceptacji dla obecności drapieżników wśród lokalnej ludności, być może również paru innych o charakterze lokalnym. Niezależnie od tego wilk, który sięgnął bruku na rynku miasteczka w północnych Włoszech symbolizuje generalny problem z zarządzaniem populacjami tego drapieżnika – spontaniczne sięgnięcie po instrument w postaci Lupary nie jest przewidziane w planach ochrony wilków (i innych gatunków zresztą też). Czy pomoże tutaj oddelegowanie do ochrony każdego wilka wędrującego po Apeninach patrolu Carabinieri? Albo woluntariuszy z Greenpeace czy innego WeWeeFu?
               
Można powiedzieć – OK. to są południowcy, mają taki temperament, a poza tym są potomkami Lukrecji Borgii, która wiadomo… na trutkach znała się lepiej niż reszta Europy. Ale wybierzmy się wobec tego trochę dalej, na trochę dalszą północ. Do kraju, który wziął swoją nazwę od preferowanej przez autorów tego bloga wódki. Czyli Finlandii. Takiego zadupia Europy, że można tam uprawiać tylko Fishing and Fucking. Jak wódki braknie. Ale wilki tam tez są. Tylko coraz mniej. Do szanownego rządu fińskiego dotarło niedawno - via szanowna Komisja Europejska – zapytanie: jak to kurwa jest, że w ciągu jednej zimy tamtejsza populacja wilków zmniejszyła się o połowę? Poszły do Rosji, bo im Stolicznaja lepiej smakuje niż miejscowe wyroby? Rzuciły się przez morze na nasze polskie Pomorze - jak Czarniecki swego czasu? Tylko w drugą stronę? Niezależnie od tego, co tam wtedy szanowny rząd fiński dał w odpowiedzi, skala kłusownictwa, nielegalnego zabijania wilków, która jest przyczyną regresu fińskiej populacji wilka – objętej naturalnie ścisłą ochroną – zaczęła niepokoić nawet samych, flegmatycznych z natury, Finów i Finki też. Którzy dochodzą do wniosku, że w sumie źle się dzieje w państwie fińskim. Przynajmniej z wilkiem. Nie z powodu baranów lecz raczej reniferów, dyrygowania ochroną tego gatunku z Brukseli i paru innych przyczyn także. Które doprowadziły do tego, że dziś dużo za dużo Finów traktuje szarego drapieżnika jak ciepłą wódkę czy zimną saunę. Czyli po prostu nienawidzi.
               
Mechanizm zjawisk obrazowanych powyżej na przykładzie jednego wilka i dwóch krajów, da się sprowadzić do tego, że rozchodzi się o kolizję. Konflikt interesów: po jednej stronie barykady urzęduje urzędowa i nieurzędowa ochrona przyrody - z jej celami i naiwnym, często wręcz infantylnym, wyidealizowanym postrzeganiem chronionych objektów, z drugiej strony stoi część społeczeństwa, która z przedmiotem ochrony musi na co dzień żyć, pracować, zarabiać na kawałek chleba czy kieliszek wódki. Niekoniecznie się z celami tej ochrony przyrody identyfikujaca, czasem zmuszona owe objekty wręcz utrzymywać - kosztem mniej lub bardziej wymiernych zrzeczeń i wyrzeczeń. Na dodatek ta część społeczeństwa  praktycznie nie partycypuje w procesach decyzyjnych dotyczących regulacji prawnych czy też celów ochrony tego lub innego bydlęcia, zdominowanych przez – TKM – lobby nazywane ekologicznym.

Warto w tym kontekście kiedyś – jak się cieplej zrobi – wziąść flaszkę Finlandii, trochę Pecorino toscano na zakąskę i usiąść pod wierzbą płaczącą , by z tej perspektywy popatrzeć na to, co się gdzieś w połowie drogi między Karelią i Toskanią – czyli w Polsce – nazywa ochroną wilka szarego europejskiego.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Schabowy na szlaku. Cz. III


Na tę całą hipokryzję w stosunkach gadzinowo-homosapiensowskich nakłada się pewne pokrewieństwo ludzko-zwierzęce w zakresie funkcjonujących w światach ludzkim i nieludzkim konstrukcji socjalnych (rodzina) czy innych (świadomość), które dało początek idei antygatunkowości – ruchowi wyzwolenia zwierząt. Czyli tezie, że wszyscy są braćmi i nie ma podstaw do uprzywilejowania - akurat potomków gatunku słabo owłosionej małpy rodem z Afryki - prawem do zabijania, wzajemnego konsumowania tudzież innymi prawami. Z ponadgatunkowym nawoływaniem włącznie – kochajmy się, nawet dosłownie. Jeśli obaj mniej lub bardziej owłosieni partnerzy mają na to chęć. Co swego czasu dał do zrozumienia kultowy pierwszy antygatunkowiec Peter Singer, autor “Animal liberation” – katechizmu wydanego również w Polsce.

Najdalej idą weganie propagujący całkowite wyzwolenie zwierząt, z całkowitą rezygnacją z konsumpcji zwłok zwierzęcych oraz ich części i wyzysku tychże w jakiejkolwiek formie. Czyli również pozbycia się zwierząt domowych. I choć urzeczywistnienie tych idei w ostatecznym efekcie nie doprowadzi do zniknięcia zabijania zwierząt – rolnictwo potrzebne weganom również “zabija” i pozbawia bydlątka przestrzeni życiowej – to ani ten fakt, ani okoliczność, że zaprzestanie użytkowania zwierząt doprowadzi do wymarcia kilkudziesięciu/kilkuset gatunków/ras rozmaitych stworzeń zwolennikom sałatki pod tabletkę witaminy B12 specjalnie nie przeszkadzają.

Konsekwentna realizacja globalnego planu miłości dozwierzęcej sprowadza się właściwie do świata bez zwierząt. Totalnie totalnego rozgraniczenia. Wtedy nikt nikomu krzywdy nie będzie robić. Ani na drodze stawać. I nastąpi stan ogólnego błogostanu. Jako, że pod dachem jednej planety jest to raczej niemożliwe - a ktoś ustąpić musi – wypada się wyprowadzić na planetę Anarres, wolną od gadziny wszelakiej, skąd pochodzi Shevek, wspomniany na wstępie bohater powieści Ursuli K. Le Guin. Tym samym, w gruncie rzeczy, owe szlaki, którymi według Johna Bergera ludzie i zwierzęta wspólnie, ale oddzielnie przez ten padół wędrują, definitywnie sie rozejdą. I taki jest dziś trend. Trzeźwo na to patrząc.

Zanim zaczniemy spekulować nad tym kiedy zacząć pakować bagaże - podsumowując powyższe gdybanie nad kotletem na szlaku - można powiedzieć, że stosunek Homo-SS do zwierząt jest dziś inny niż był wczoraj a jutro będzie z dużą dozą prawdopodobieństwa inny niż dzisiaj. Generalizowanie jest trudne, chociażby z tego względu, że temat jest niesłychanie kompleksowy, z wieloma niuansami i aktorami – zarówno z tej ludzkiej jak i nieludzkiej strony. Zajmują się nim zresztą lepiej interdyscyplinarne Human-Animals Studies. Znaczy lepiej niż mające ukończone w sumie razem 13 klas szkół powszechnych dwa  popełniające ten blog buce z piórkami w tych tam.

Dla statystycznego myśliwego ten filozoficzny schaboszczak na szlaku jest istotny od strony praktycznej i teoretycznej – bo choć teoretycznie rozchodzi sie o dysputę wokół Braci Mniejszych czy Większych to praktycznie jest to raczej ludzko-ludzki konflikt, z niejasnym zresztą przebiegiem linii frontu. I to nie je bajka, to je bitwa. Na argumenty. Gdzie można często przeczytać lub usłyszeć z bucowskich okopów Św. Huberta wyzywanie konsumenta kotletów ze supermarketu od nawiedzonego sałatożercy. Można też postudiować tfurczość felietonisty z Łowca Polskiego, zalecającego poprawę wyzerunka przez karmienie szynką z dzika – niewykluczone, że zdeklarowanych wegetarian również. Choć w przypadku Zenona ewentualnie patrona to nie pomogło. A nawet wręcz przeciwnie. 

środa, 22 stycznia 2014

Schabowy na szlaku. Cz. II


A patrząc trzeźwo na to co się dzieje, to… te zwierzęco – ludzkie drogi zaczynają, zdaje siem, rozchodzić. Pozory niekiedy mylą.

Jeszcze nigdy w historii ludzkości człowiek nie zabijał tylu zwierząt co obecnie. Miliony, miliardy stworzeń są zabijane i konsumowane albo i nie. Zwierzęta maksymalnie zredukowane do roli producentów mięsa, jaj i mleka, ze zmodyfikowanymi cześciami ciała - piersiami, udami, wymionami,  które mają za zadanie zoptymalizować masę produkowanego towaru. Zwierzęta nie mające możliwości poruszania się, zobaczenia słońca, szans na prokreację czy zabawę. Perwersja idzie dalej, w kierunku wyhodowania zwierząt, które nie odczuwają bólu, by wykluczyć ostatnie moralne obiekcje przed jeszcze intensywniejszym wykorzystaniem - bo „etyczniejszym“ - istot deklarowanych przez innych współczesnych jako Bracia Mniejsi. W hordzie łowców przed kilkoma tysiącami lat celebrowano rytuał “żałobny” z okazji odebrania życia jednemu zwierzęciu. A dziś nikt nie chodzi w kirze po miliardach zabitych w fabrykach mięsa.

Za to dużo więcej ludzi dopierdala siem do buca w zielonym kapelusiku z piórkiem, że zaszczeli jedną albo dwie sarenki. Dlaczego właściwie?

Głównie z powodu skłonności i umiejętności Homo SS do ukrywania przed samym sobą niewygodnych, nieprzyjemnych faktów, do których należą śmierć i cierpienia – zwierząt też. Co współczesne społeczeństwo opanowało do perfekcji. Dziś udało się tę śmierć w dużym stopniu wydelegować i ukryć w zamkniętych rzeźniach, tuczarniach, hodowlach zwierząt futerkowych. Ubój większości zwierząt ma miejsce gdzieś daleko, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przeciętny konsument nie chce wiedzieć i nie chce widzieć. Świadomość, że z kotletem związane są śmierć i cierpienie zwierząt  prowadzi/może prowadzić do zaburzeń w trawieniu. Nic prostszego jak ten fakt wyretuszować z własnej świadomości – zawiesić “kotarę”, za którą ukryte zostają “nieprzyjemne” aspekty związane z konsumpcją czegoś co miało wielkie, łagodne oczęta i delektować się samym kotletem.

Oburzenie i odrazę budzi odchylenie owej kotary, podniesienie zasłony i „upublicznienie“ - wizualizacja  śmierci zwierząt i teatralność „rytuałów“. A buce w zielonych kapelusikach starają się z całych sił – myślą, mową i uczynkiem - podsuwać widzowi pod nos obrazki, których ten nie bardzo chce widzieć ani o nich wiedzieć. Z powodu potencjalnych zaburzeń w trawieniu. Trawieniu kotletów ze zwierząt domowych też. Reakcje publiczki są oczywiste, aczkolwiek czasami całkowicie irracjonalne – zamiast zabijać biedne sarenki te sk…syny z piórkami w dupciach mogłyby pójść do supermarketu i kupić se elegancko zapakowany kotlet… Co, wcale nierzadko, można usłyszeć. Choć na dobrą sprawę do końca nie wiadomo czy wiekszą odrazę budzi sam fakt śmierci zwierząt z rąk buców w zielonych kapelusikach (bo konsument kotleta nie jest do końca idiotą i zdaje sobie sprawę z tego, że kotlet nie pochodzi z fabryki a jego dostarczyciel nie umarł śmiercią naturalną) czy też negacja dotyczy bardziej samej  inscenizacji i celebrowania rytuału pozyskiwania kotleta ze sarny lub innego dzika. Własciwie ubierania w rytuał. W każdym bądź razie nie wypada się dziwić, że jeśli niektóre współczesne dzieweczki z laseczką mowią o daniu myśliwemu, to coraz cześciej mają na myśli danie w mordę. Przeważnie na szczęście wirtualnie.

Innym kotletowym aspektem jest oczywista oczywistość hierarchii na polowaniu. Jednoznacznej hierarchii – jest myśliwy i zwierzyna – polujący i obiekt polowania. Zabijający i obiekt zabijania. Inaczej polowanie nie byłoby polowaniem a wojną. Można co prawda mieć czasami wrażenie, że niektóre towarzystwo wzajemnej adoracji, odziane w kamuflaże i wyposażone w militarne gadżety to oddział emerytowanych komandosów, który sie wyrwał z wydziału geriatrycznego w szpitalu powiatowym, by stoczyć jakąś bitwę. Ale postronny obserwator tej inscenizacji doskonale zdaje sobie sprawę, że nie chodzi o pokonanie jakiegoś groźnego przeciwnika tylko o zajonczka. Ten zaś, jako istota słabsza, “niewinna”, niżej w hierarchii stojąca, wzbudza współczucie. Naturalne, choć w stosunku do zwierząt – ich postrzegania - od stosunkowo niedawna się rozpowszechniające. Nie dotyczące zresztą wyłączne relacji myśliwsko- zwierzątkowych.

Niezależnie od licznych paradoksów związanych z przylepiona zwierzętom etykietką “niewinności”, moda na empatię wobec bydlątek gatunków rozmaitych ma z pewnością nie najlepszy wpływ - zarówno na delektowanie się kotletem z „niewinnej“ ofiary, jak i postrzeganie jej „zabójców“ czy “dręczycieli”. Tych w zielonych kapelusikach z piórkami też. Oczywista oczywistość istnienia pewnych hierarchii uchodzi uwadze publiczki.

Jak sobie z tym ma radzić nosiciel zielonego kapelusika, na którego pomstują konsumenci kotletów za zabijanie dostarczycieli kotletów a zakochani w niewinnych zwierzątkach chcą zlinczować za mord?

Jedną opcję - czyli pierdolnąć dwururkę w pokrzywy - zapodał patron Zenon. Komu się ta opcja nie podoba, powinien całość odrobinę przemyśleć. I pomyśleć. Bo przecież myśliwy pochodzi podobno od słowa myśleć. Najlepiej po trzeźwemu.

środa, 15 stycznia 2014

Schabowy na szlaku. Cz. I


W powieści science fiction amerykańskiej pisarki Ursuli K. Le Guin “Planeta wygnania” jeden z bohaterów staje oko w oko z koniem. Białym koniem. Nic nadzwyczajnego. Jednak rzecz ma się w baaaaaaardzo odległej przyszłosci i bohater realizuje owo spotkanie podczas wycieczki na planetę Ziemię - przybywszy z innej planety, Anarres, gdzie zwierzęta, ssaki kręgowe, poza populacją Homo SS nie wystepują. Shevek – bo tak ów turysta się zwał – jest wstrząśnięty widokiem owego stworzenia. Z jednej strony rejestruje przepaść dzielącą go od tej istoty, z drugiej odkrywa podobieństwo, wręcz pokrewieństwo. Zadaje sobie pytanie: CO TO JEST? KTO TO JEST?
                
O ile sama Pani Ursula K. Le Guin ma z bucami w zielonych kapelusikach tyle wspólnego co Św. Hubert z Merowingami, to zmieniająca się w czasie i przestrzeni odpowiedź na nurtujące bohatera jej powieści pytanie już tak. I to bardzo dużo. Jeśli trzeźwo – jak patron Zenon nakazuje – na całość spojrzeć. Rozchodzi się bowiem o relacje zwierzęco–ludzkie i ludzko-zwierzęce, a w efekcie końcowym o metamorfozę myśliweczka kochaneczka, któremu każda by kiedyś dała (chlebka z masłem też), w permanentnie nawalonego impotenta, sadystę - psychopatę z dwururką ganiającego po lesie w celu zamordowania niewinnej, bezbronnej sarenki. Oraz przyczyny i skutki owej metamorfozy.

Ponad 40 lat temu John Berger, brytyjski pisarz i krytyk sztuki – zainspirowany rozpoczynającą się wówczas  debatą wokół praw zwierząt – popełnił był esej „Why Look at Animals?”, czyli „Dlaczego patrzymy na zwierzęta?“. Berger porównuje w nim relacje ludzko-bydlęce do wspólnej wedrówki równoległymi szlakami, które dzieli nieprzekraczalna bariera. Dwie linie, które nigdy się nie scalą, mimo że są od siebe zależne, kochają się i siem nienawidzą. Ale brak im wspólnego systemu przekazu, możliwości komunikowania. Mówi się na ten przykład, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, ale co sądzi na ten temat sam pies? Brytyjski pisarz jest sceptyczny w kwestii tego czy owe drogi kiedykolwiek „się zejdą”. Ich równoległy przebieg i współegzystencja uwarunkowana jest zależnościami, które pozostają poza wpływem zarówno jednej, jak i drugiej strony (ach ta Mamusia Natura). Zawierają też zasadniczą sprzeczność – dylemat – demonstrowany przez  Bergera na przykładzie małorolnego i jego świni:

- człowiek kocha zwierzęta i lubi kotlety.

Ludzie kochają zwierzęta, uwielbiają je, hodują, dręczą oraz szlachtują i zjadają. Co w sumie jest OK. Ale nie dla wszystkich. Coraz więcej obywateli widzi to mianowicie w ten sposób:

- człowiek kocha zwierzęta ale lubi kotlety

lub:

- człowiek mówi, że kocha zwierzęta ale je zabija i zjada (przynajmniej ich część).

Czy rzeczywiście jest to dylemat? Jak ten dylemat rozwiązać? Czy da się w ogóle rozwiązać? Udawać że go nie ma? Zwrócić się o poradę do Św. Huberta abo innego Zenona?

W dawnych czasach, zapewne wciąż żywo wspominanych przez starszych członków PZŁ – czyli w epoce kamienia łupanego - egzystowały grupy łowców, po których relikty gdzieniegdzie ostały się aż po okolice V czy VI  zjazdu Polskiego Związku Łowieckiego. Ci niezrzeszeni w PZŁ myśliwi rozwiązywali ów dylemat na swój sposób, celebrując rytuały, które miały na celu przeproszenie zabitego zwierzęcia za zrobienie mu krzywdy. Bydlątko było integralną częścią mikrokosmosu tych ludzi - niezrzeszonym członkiem społeczności pramyśliwych i zasługujacą na szacunek podstawą ich egzystencji. Szerokie i kompleksowe spektrum praktykowanych wówczas  rytuałów, związanych z upolowaniem zwierzęcia, interpretowane jest jako forma akceptacji reguł gry bytowania na tym padole, oddanie trybutu na rzecz realiów determinujących przeżycie jednych członków społeczności kosztem śmierci – zabicia - innych. Przy czym ci “inni” wyposażeni byli w identyczne/podobne przymioty jak reszta.

Pewien Eskimos, którego wypowiedź w latach 20-tych XX wieku zanotował jeden z duńskich etnografów, ujął to następująco: „Największym niebezpieczeństwem dla człowieka jest to, iż jego pożywienie ma duszę. Wszystkie zwierzęta, które zabijamy mają dusze, które nie przemijają wraz z powłoka doczesną. Aby te dusze się nie mściły za zabranie im ciał, musimy je przebłagać”.

Pózniej ów łowca niezrzeszony, zamiast biegać po lesie za turem, wziął go na postronek i zrobił z niego krowę. Stał się hodowcą. Jednak w początkowym okresie nie zmieniły się zasadniczo relacje między ludźmi i zwierzętami. Te nadal pozostały elementem mikrokosmosu - tym razem hodowcy  – były czczone, podnoszone do godności bóstwa oraz szlachtowane i zjadane. Niektóre rytuały – jak dekorowanie zwierząt przed ubojem czy nawet zanoszenie im, w przedzień świnobicia, obfitej kolacji nie różnią się specjalnie od tego co praktykowali poprzednicy. Najistotniejszym był jednak fakt, iż szlaki ludzko–zwierzęce, o których pisze John Berger, przebiegały – tak jak wcześniej – równolegle: zwierzęta należały do społeczności, która na swój sposób, w ramach istniejących realiów, z tymi członkami się aranżowała (niekoniecznie  od razu letalnie – jak Masaje w Afryce czy krowy w Indiach).

Wspólnym „szlakiem“ warto się też wybrać w okres średniowiecza – czasu groteskowych procesów zwierząt, palenia na stosach kogutów razem z ich włascicielkami, czy też stawiania bydląt przed sądami i ich przesłuchiwaniem (niektóre podobno zeznawały). Te zwyczaje na pewno świadczą o epoce, ale rownież o tym, że zwierząt nie traktowano (jeszcze) jako RZECZY. Krzesło czy komputer na pewno dadzą się spalić, ale nawet wówczas nikt nie wpadłby na pomysł postawienia fotelika pod sądem czy domagania się od laptopa, aby przyznał się przed prokuratorem do namawiania kogoś do cudzołóstwa. W przeciwieństwie do członka społeczności, któremu to czy owo można zarzucić. Jak praktyka sonduff łowieckich pokazuje. I choć Tomasz z Akwinu już w XIII wieku odmawiał zwierzętom posiadania duszy, to „szlaki“ ludzko–bydlęce długo wiodły jeszcze razem…

Zakręt historii spowodował jednak, że owe weksle zaczeły się rozchodzić. W epoce Oświecenia Kartezjusz traktuje pozbawione wcześniej duszy  zwierzęta jako istoty czysto mechaniczne. Następuje dalsza redukcja roli gadziny w toku wczesnej industrializacji do RZECZY -  mięsa, skóry, kości, siły pociągowej (skąd się wziął „koń mechaniczny“?). Znikają równoległe światy ludzko–zwierzęce. Zwierzęta przestają być postrzegane jako członkowie/elementy mikrokosmosu, których obecność determinuje w istotnym stopniu jego egzystencję i jakość tejże…
                
W ten sposób – omijając zresztą kilka przystanków tej ludzko–bydlęcej historii wylądujemy tu i teraz – w wieku XXI - w epoce paradoksów: krainie miłości do kreatury wszelakiej, empatii emanującej z TV, radio, prasy oraz gorąco deklarowanej przez opinię zwaną publiczną. Gadzina ma prawa gwarantowane przez ustawy i rozporządzenia. Czyby te linie - scieżki zwierzęco–ludzkie zaczynają się do siebie zbliżać? A może Bracia Mniejsi już wedrują wspólnie z Homo SS jednym szlakiem? Ogród Eden?

Zerknijmy na powyższe trzeźwo. Jak przesłanie patrona Zenona nakazuje.

środa, 8 stycznia 2014

Świętego naszego powszedniego...


Od czego, Droga Parafio, zacząć żywot ewentualnie nowego naszego Świętego?

Czy istotna jest biografia/legenda?

Czy ważniejsze jest PRZESŁANIE  ?

W zasadzie można w odniesieniu do biografii Zenona powielić sprawdzoną strukturę legend związanych z dotychczasowymi naszymi patronami:
- urodził się,
- grzeszył,
- nawrócił się,
- był potem the best,
- Happy end,
- The end.

Aczkolwiek jest jeden problem. Z jeleniem. Z białym jeleniem. Zarówno Św. Hubert jak i  Św. Eustachy czy, szczególnie, legendodawca - ceylonski król Devanampiya Tissa z Annuradhapura, od którego w roku 247 przed Chrystusem podobno wszystko się zaczęło - mieli do czynienia z jakimś zwierzakiem. Po widoku którego siem nawracali:
Hubertus na niepolujacego ekologa samarytanina,
Eustachy – czyli Placyd wziął się całkiem ochrzcił,
Devanampiya przeszedł, po zobaczeniu jelenia, na mało popularny u nas buddyzm i z tego względu Grecy przez Azję Mniejszą ściągnęli samą story bez głównego aktora.

W żywocie Świętego naszego ewentualnie nowego napisanym przez samego kandydata pod tytułem „Farba znaczy krew”, wydanym w roku Panskim 2008, brak niestety wzmianek o białym jeleniu czy innym bydlęciu, które odegrało rolę w procesie wchodzenia na dobrą drogę. Tak samo w rozlicznych kazaniach Zenona na łamach „Dzikiego Życia” i gdzie indziej też nie ma o tym mowy. Można tylko się domyślać. Podstawę do tego daje sam Święty piszący że nadużywał. Znaczy lubił wypić. I to najprawdopodobniej dużo. A w tym stanie ludzie widzą różne stworzenia. Przeważnie białe myszki w różnych ilościach i rozmiarach. Nie można więc wykluczyć, tak jak nie da sie potwierdzić, że któraś z nich - ze świecącym krzyżem (albo Buddą) między słuchami – ukazała się Zenonowi, by po dłuższej czy krótszej rozmowie przekonać naszego bohatera do wystąpienia z PZŁ i zapisania sie do Pracowni na Rzecz Wszystkich (a właściwie tylko niektórych) Istot.

Cała reszta jest rzeczą właściwie nieistotną, gdyż już z powyższego wynika PRZESŁANIE dla każdego buca w zielonym kapelusiku z piórkiem:

TRZEŹWO PATRZEĆ NA TEN ŚWIAT.

Niezależnie od ilości wypitej wódki.

Amen.



wtorek, 24 grudnia 2013

O Świętych na Święta w świontecznym nastroju... cz.II


Ale co ze wspomnianym Eustachym? Może, patrząc w przyszłość, należałoby zawczasu odkopać go z odmętów przeszłości, zrzucając z piedestału niepolitycznego Huberta? Dbając oczywiście o sojusz myśliwsko-katolicki, trza wziąć pod uwagę niesłychanie delikatną naturę całego przedsięwzięcia.

Po pierwsze, co drugi nawiedzony pasjonat w zielonym kapelusiku z piórkiem daje swojej pociesze na imię Hubert... O Hubercie – jako żeńskim odpowiedniku - raczej nikt nie słyszał. Aczkolwiek nie można niczego wykluczyć. Z kolei Eustachy i Eustachia brzmią deczko burżujsko ale całkiem znośnie.

Po drugie, z samym Św. Eustachym już na wstępie jest mały problem. Otóż nie wiadomo czy w ogóle żył...

Ale od czego są dyplomatyka i łowy? Od czego jest niezmierzona myśliwska fantazja? Jeśli tylko założymy, że Święty żył (a kto nam zabroni?), otworzą się przed bucami w zielonych kapelusikach wrota do niemal edenowskiego PiRaju. 

Domniemany żywot Placka, znaczy siem Placyda, jest iście spektakularny. Wyobraźcie sobie drodzy Parafianie oficera rzymskich legionów stacjonujących w Azji Mniejszej, który miał tę całą przyjemność z jeleniem, w wyniku czego siem ochrzcił, przyjął imię Eustachy i… oczywiście jego życie legło w gruzach. Okres próby – tak po chrześcijańsku ładnie określa się nieszczęścia popierd…ce chmarami.

Na sajm przód zaraza wcięła całą świtę Eustachego a rabusie zadbali, by jego rodzina ostała się goła i raczej niewesoła. Próba przedostania się do Egiptu szła po wodzie jak po grudzie, gdyż główny bohater odmówił zapłacenia żoną za przewóz. No to siup i chlup – wyrzucony wraz z synami za burtę, dotarł wpław do brzegu, gdzie z przyjęciem powitalnym na dziatwę czekali lew z wilkiem. Przypadkowy rolnik z przypadkowym pasterzem odbili okrutnym drapieżcom synów E., biorąc ich do siebie na wychowanie. Wkrótce wybuchła wojna, a nasz kandydat na świętego wrócił do służby na ratunek zagrożonemu Rzymowi. Wynik? Bingo droga Parafio! Zwycięstwo. Na domiar dobrego rodzina E. odnalazła się w cudownych okolicznościach, lecz on sam jako chrześcijanin zdystansował się od składania bożkom dziękczynnych ofiar. Z synami i żoną został więc rzucony dzikim bestiom na pożarcie, jednak te… hmm… straciły apetyt. W każdym razie, ostatecznie zapuszkowano wszystkich w beczce, by mogli zaznać prawdziwego, domowego ogniska. Dosłownie.

Trąci Hiobem? Trąci. Hioba zna każdy, ale Hiob to pikuś.

Znacznie lepszym pomysłem na wypromowanie Eustachego byłoby porównanie go do Maximus’a Decimus’a Meridius’a – kultowego bohatera filmu „Gladiator”, którego żywot – mówiąc łagodnie - też był przejebany. Niech parafia puści zatem wodze fantazji i zobaczy oczami wyobraźni sztandary z podobizną Russell’a Crowe’a zamiast hubertusowego czerepu jelenia. Przesłanie? Każdy dopowie sobie sam – wszak staje przed nim/nią bohater przez duże Be: wzorowy łowca, twardziel, kochający ojciec, patriota. Parafianki będą sikać po nogach. Te młodsze. Starsze chodzą z cewnikami. Nawiasem obsmarowując, pic z lelonkiem zaczął się dość późno, bo dopiero w VIII wieku – mniej więcej 300 wiosen po kanonizowaniu E. Nawet dobrze się składa - lżej będzie z dziesiontaka zrezygnować.

(W średniowiecznym Paryżu postawiono potężny, do dziś jeden z największych w mieście kościołów Eglise Saint-Eustache)

Pozostaje pytanie: komu odstąpić Św. Huberta? Deczko przypomina Ekscelencję z „Seksmisji” – ma przyprawione cycki, znaczy jelenia i udaje kogoś kim nie jest (nie ze swojej winy), ale w końcu to chłop – czytaj: patron.

Może kłusownikom? Chyba jeszcze nie dysponują własnym świętym „na wyłączność”? To jest jednak duża luka. Proszę wyobrazić sobie konfliktową sytuację, w której – o zgrozo - myśliwy i kłusownik zwracają się o pomoc do tego samego patrona.

A może w ogóle nie warto odstawiać cyrku z historycznymi świętymi? W końcu przekazy są niepełne, niespójne itp. a, na domiar złego, obchody dnia Św. Eustachego, zainicjowane przez Towarzystwo Łowieckie Ziem Wschodnich (które ma rozdwojenie jaźni – walczy z… germańskimi wpływami na rodzimą kulturę łowiecką z czasów zaborów), są wyznaczone mniej więcej na połowę września/początek października. Do kitu. Żadnej specjalnej zbiorówki się nie urządzi. Powinno być bardziej elastycznie.

Potrzebna jest alternatywa, która w dzisiejszym świecie miałaby rację bytu i widoki na przyszłość. A więc kto?

ZENON, proszę drogiej Parafii. ZENON KRUCZYŃSKI:
- był grzesznikiem mordującym zwierzontka,
- nawrócił siem,
- jest autorem katechizmu o myślistwie,
- prowadzi aktywną działalność misyjną,
- jest swojski – nie żaden makaroniarz , Belg czy inny Niemiec, o Św. Iwanie nie wspominając.

Nikt lepiej nie będzie nadawał się na patrona nadwiślańskich buców w zielonych kapelusikach z piórkami jak powyższa postać. Współczesny, z krwi i kości, o życiorysie z komponentami tradycyjnego kultu świętych. Choć do nich nie należy. Ale to żaden problem.

Daniel A. Kałużycki chętnie podjąłby się opracowania żywotu Zenka na użytek przyszłych pokoleń polskich myśliwych.

Parafia trzyma Cię za słowo, bucu…



niedziela, 22 grudnia 2013

O Świętych na Święta w świontecznym nastroju… cz. I


Szanowni Parafianie!

Jeden z gryzmolących tutej posty doznał ongiś rozległego udaru – co, biorąc pod uwagę zawartość  czacho-puchy, nie było jakimś wielkim wyczynem… księcia Eustachego Sapiehy. Tak, tego Sapiehy, który tak, ośmielił  się zdradzić swoich burgundzkich kumpli po tytule, wywlekając na światło dzienne kilka pikantnych i przemilczanych – tak, przez PZŁ - faktów. Wstrząśnięty niezmieszany (ponoć  po udarze tak jest), wspomniany bloger w kilka…dziesiąt chwil uzmysłowił sobie geniusz średniowiecznej finansjery. Ta, zachwycona ówczesną religijnością i rozwojem botaniki, w modlitewnym geście, pobożnie sprzedawała lipę. Powiedzmy, że stworzono coś na kształt hybrydy bankiersko-watykańskiej z fasadą w postaci PGL Lasy Państwowe. Mniej więcej.

W każdym razie owi Burgundczycy, Gerhard któryś-tam von z innym von’em, zazdroszcząc  powodzenia sanktuarium w Santiago di Compostela, postanowili zwabić część pielgrzymów udających się za Pireneje. A że wywodzili się z tej warstwy, która na co dzień gra w golfa i namiętnie poluje, bez trudu założyli w XV wieku zakon przydworny  (członkował w nim później August II Mocny) pod wezwaniem…
ŚWIĘTEGO HUBERTA
...przyprawiając temuż legendę z jeleniem. Co ciekawe, w oryginale leleń miał być 10-takiem - symbolizującym 10 przykazań. Ale niektórzy malarze, z twórcą logo PZŁ na czele, najwyraźniej nie znali tej wersji podania.

O samym biskupie Hubercie wiadomo tyle, że był… nieżonaty, urzędował gdzieś na przełomie VII/VIII wieku, lubił – tak samo jak my – pisać, na dużą skalę zajmował się „deweloperką”, wznosząc kościoły, klasztory itp. (o ambonach myśliwskich nic nie wiadomo), zdążył przenieść siedzibę biskupstwa no i umrzeć. Nie polował, a przynajmniej w jego życiorysie, spisanym świeżo po śmierci, nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych wzmianek o łowach. Słowem: nuuuuuda... Akcja zaczyna nabierać tempa i pikanterii dopiero po śmierci wielebnego Huberta. Kanonizowany i poddany relikwijnej obróbce, doczekał się – już w X wieku – pielgrzymek, które miały chronić przed… wścieklizną. Bez dwóch zdań -ówcześni mieli łeb na karku. Może zamiast becalować za szczepienie rudzielców, lepiej zainwestować w wycieczki do miejsc Hubertusowego kultu? ZO Wrocław, dysponujący pewnym doświadczeniem, niechybnie pomógłby w ich organizacji. A i na tamtejsze wyroby regionalne jeszcze parę złotych by siem ostało…

Tak czy siak, w wyniku szeroko zakrojonej kampanii PR (m.in. zawłaszczono legendę Św. Eustachego, sfabrykowano relikwie, ustalono odpust, rozdawano ulotki) kasiorka zaczęła zasilać książęce konta, dojąc buców w zielonych hełmach z piórkiem aż miło. Choć jeszcze pod koniec XV wieku podobizny Świętego z jeleniem przedstawiały głównie Eustachego a mniej więcej sto lat później Hugenoci sfajczyli opactwo wraz z relikwiami, lipny życiorys Huberta nie poszedł z dymem. Dzięki błędnej interpretacji szczęśliwie wzięto naszego umiłowanego patrona za jednego z protoplastów francuskiej rodziny królewskiej. W efekcie z lokalnego podwórka zdążył awansować do strefy Euro.

O ile msze Hubertowskie dość wcześnie zostały spopularyzowane zarówno we Francji, Belgii jak i nad Wisłą czy innym Niemnem, o tyle w krajach protestanckich, gdzie podejście do kultu świętych było i jest nieco inne, lobbowanie na rzecz Huberta szło raczej opornie – w zachodnich Niemczech na ten przykład takie nabożeństwa upowszechniły się dopiero od połowy XX wieku. Być może dlatego, że…
…som religijnie zabarwionymi imprezami folklorystycznymi, które problematykę etyki i zabijania celowo pomijają lub bagatelizują. Jako msze mają w sobie coś bluźnierczego, ponieważ z opowieści o Św. Hubercie może wynikać tylko jedno przesłanie: RZUĆCIE BROŃ!
…niektórzy duchowni – jak cytowany wyżej prof. Seidl z Brandys w Turyngii - bywali otwarcie niesympatyczni?


Jednak obecnie msze Hubertowskie cieszą się dużym zainteresowaniem. Często o charakterze ekumenicznym - celebrowane wspólnie przez duchownym protestanckich i katolickich, stanowią doskonały instrument PR. Ze względu na muzykę i widowiskowość mają również wzięcie u zlaicyzowanej części społeczeństwa – np. wstęp na uroczystą, nie tylko muzykalną, „Mszę Hubertowską” w scenerii zamku myśliwskiego Augusta II Mocnego w Augustusburgu kosztuje kilkanaście euronów.

Z tym, że kościół - zwłaszcza protestancki i zwłaszcza w większych skupiskach Homo SS - ma trochę trudności z nawiedzonymi, którzy próbują zakłócić przebieg imprezy, nawołując zebranych buców w zielonych kapelusikach do rzucenia – śladem patrona – flinty w kąt.

Podobna sytuacja, prędzej czy później, może mieć miejsce również w Polsce. Choć póki co interes siem kręci i rozkręca: PZŁ dysponuje własnym, wyspecjalizowanym personelem a msze są dość popularne. W dodatku, po zarządzonym w robotniczo-chłopskim raju hubertusowym poście, aż miło popatrzeć jak ówcześni marksiści-leniniści w zielonych kapelusikach klękają dziś do komunii… Swoją drogą ciekawe na ile ten kult, czasami przybierający wręcz karykaturalne formy, jest pochodną kaca po laicyzacji z lat Peerelu i mody na powszechną bigoterię, a na ile wynika z tradycji?

W każdym bądź razie potencjalni nawiedzeni, mącący msze – nomen omen – świętą prawdopodobnie dostaliby po mordzie tudzież lagami od „moherów” jeszcze przed kościołem. Czyżby była to przyczyna zielonej wstrzemięźliwości w kwestii żerowania na sprzeczności między przykładem patrona a praktykowanym przez nosicieli zielonych kapelusików zabijaniem lelonków?

Jedno jest pewne: kłamstwo ma jednak długie nogi i popłaca a powtarzane do znudzenia, zwłaszcza przy nalewce, może stać się prawdą. Dla niektórych nawet objawioną…

środa, 18 grudnia 2013

Z cyklu "OPINIE"...

Z satysfakcją pragniemy poinformować o stworzeniu nowego cyklu - prezentującego opinie dotyczące naszej tfurczości.

Poniższą...



...zapodał był na swojej stronie psymoje.pl Pan Zbigniew Ciemniewski, autor tekstów w Łowcu Polskim, Magazynie Sezon, entuzjasta psów myśliwskich, ich hodowli, pasywny i aktywny uczestnik lokalnych tudzież ogólnokrajowych orgii kultury łowieckiej.

Śladu Pana Ciemniewskiego, który uwiecznił się w śmietniku - w postaci komentarza do tekstu "Pan Tadeusz" po niderlandzku, czyli co ma PZŁ do wiatraka? - zacierać naturalnie nie zamierzamy. Bo i po co?

piątek, 13 grudnia 2013

Szczylać czy nie szczylać?


Jasna cholera... 

to dopiero jest roztera...

A na roztery najlepsze som anegdoty. Za siedmioma śniegami, w jednym z siedmiu najlepszych łowisk w kraju, nasz dumny rodak-myśliwy rzucił do czeskiego buca w zielonym kapelusiku z piórkiem:
- Eeeeee... Ja to bym nie mógł tak u Ciebie w zagrodzie... polować.
- No co Ty? Wiesz jak moje muflony spierdalają?

Z dedykacją dla Dawida...

Buce.