piątek, 14 marca 2014

Raj bez myśliwych.


W sercu Europy Zachodniej? Czy to jest w ogóle możliwe? Przeciwnicy polowań nie mają wątpliwości. Dumnie pokazując środkowy palec bucom w zielonych kapelusikach z piórkami, twierdzą, iż genewskiej faunie powodzi się dobrze bez częstowania jej ołowiem. Ba, troszczy się o nią profesjonalna policja środowiskowa! To „delikatne, przyjazne zarządzanie zwierzostanami” ma w skali roku kosztować statystycznego obywatela Genewy zaledwie równowartość filiżanki kawy. Do takiego wniosku doszła przynajmniej stacja ZDF w wyemitowanym przez siebie programie dokumentalnym pt. „Myśliwy w potrzasku”, którym rozpętała piekło – zarówno wśród jak i wokół buców w zielonych kapelusikach z piórkami. Do tego stopnia, że ci, rozsierdzeni, postanowili wziąć szable w dłoń i zaprotestować. W trzy tygodnie ponad 51 000 osób podpisało petycję, wyrażając swój sprzeciw wobec tendencyjnej TV. Hmm… Ciekawe ilu potencjalnie oburzonych skorzystałoby z podobnej okazji nad Wisłą? I dlaczego tak niewielu?

Na tym jednak nie poprzestano. Niemiecki Związek Łowiecki (DJV) postanowił sprawdzić cóż takiego kryje się za owymi przyjemnie pobrzmiewającymi frazesami. W tym celu wszczęto wnikliwe, godne porucznika Columbo śledztwo. Na kozetkę zaproszono Eric’a Schweizer’a – prezesa Genewskiego Związku Myśliwych „La St. Hubert”, by zasięgnąć wiedzy o rzekomym, wolnym od polowań kantonie Genewa.

DJV: W dokumencie ZDF stwierdzono: wiele gatunków dzikich zwierząt zostało przed 40-stu laty niemal wytępionych. Zające, bażanty, kuropatwy występowały w niewielkich ilościach a polowania sztucznie i na ogromną skalę naruszały naturalną równowagę. Dzisiaj zaś wszystkim gatunkom powodzi się lepiej. Czy to prawda?

Eric Schweizer: z pewnością nie można pozostawić tego bez odpowiedzi! Po wstrzymaniu prywatnych polowań w 1974, stany zajęcy, bażantów i kuropatw faktycznie wykazywały delikatny trend zwyżkowy. Ale potem wszystko spadło na łeb na szyję, zwierzątka niemal całkowicie zniknęły. Weźmy na przykład kuropatwy: na początku lat 80-tych było ich w kantonie 400, zaś 25 lat później pozostały jedynie pojedyncze osobniki. Między rokiem 2009 a 2013 dokonano kosztownego „ulepszenia” siedlisk i wypuszczono łącznie 3300 kuropatw. Wynik? Otrzeźwiający: obecnie na terenie kantonu bytuje mniej niż 100 kuropatw. Zaś wystawny program został w międzyczasie przerwany.

Za to lisy, wrogowie kuropatw i innych ptaków gniazdujących na ziemi, korzystając z motywowanego ideologicznie zakazu polowań oraz pokonania wścieklizny, wręcz wspaniale rozmnażały się od lat 80-tych. Aż po 90-te, kiedy w południowo-wschodniej części kantonu wybuchła epidemia świerzbu, który zredukował lisie stany do… zera. Co z kolei wpłynęło na populację zajęcy - ta odbudowała się tak dobrze, że na polach zaczęły wzrastać szkody. Genewa zarządziła przymusowe przesiedlenie: w latach 2007-2008 schwytano ponad 200 osobników, które zostały wydelegowane do kantonu Wallis i Francji. Jednak ze względu na wciąż pojawiające się szkody, państwowi łowczowie w końcu otrzymali stałą zgodę na odstrzał. Odtąd – choć również w latach 80-tych i 90-tych – tysiące zajęcy i ponad 1600 królików zostało zabitych przy pomocy pieniędzy podatników. Stanowiło to jedną z przyczyn wytępienia królika w genewskim kantonie.

DJV: Dzięki zakazowi prywatnych polowań powróciła zwierzyna płowa i czarna. Jak ocenia Pan tę wypowiedź ZDF?

To jest porównywanie jabłek z gruszkami. Zakaz prywatnych polowań ma tyle wspólnego ze wzrostem liczebności jeleni, saren i dzików co bocian z pojawianiem się dzieci. Te gatunki (nie licząc bociana) zarówno do roku 1974 jak i potem, po wprowadzeniu zakazu prywatnych polowań, występowały bardzo nielicznie na obszarze genewskiego kantonu (jeleni nie było wcale, zaś dzików przed 1974 strzelano maksymalnie 10 rocznie). Obecnie państwowi myśliwi zabijają znacznie więcej kabanów: aż 469 w roku 2012! Wzrost pogłowia parzystokopytnych jest trendem, który obserwujemy w całej Europie, niezależnie od systemu łowiectwa.

Zwiększenie liczebności ptactwa wodnego również nie ma nic wspólnego z zakazem prywatnych łowów: w znacznej mierze tendencji tej sprzyja rozprzestrzenianie się racicznicy zmiennej, stanowiącej główne źródło pokarmu. Jeszcze przed 1974 rokiem polowania nad Rodanem zostały mocno ograniczone, a w genewskiej części Jeziora Lemańskiego całkowicie zabronione.

DJV: wg ZDF ostatnie 40 lat pokazało, że większość gatunków w Genewie nie wymaga „regulacji” i świetnie im się powodzi, gdy nie można na nie polować. Czy Genewa jest kantonem, który radzi sobie bez myśliwych?

Z całą pewnością nie i hipokryzją jest twierdzenie, że dzik to jedyny, podlegający „regulacji” gatunek. Zarówno opłacani przez państwo myśliwi jak i prywaciarze z państwowym błogosławieństwem, od 1974 roku po dziś dzień zabili ponad 31 000 różnych ptaków: dzikich gołębi, kaczek, szpaków, krukowatych, nawet czapli oraz tysiące ssaków: królików, zajęcy, dzików, parchatych lisów a w ostatnich latach również saren.   

W roku 2012 rolnicy przedłożyli petycje, w której domagali się oficjalnego powrotu polowań na jelenie. Przy czym należy wspomnieć, że już w 2002, niezmiernie niezadowoleni z państwowej obsługi szkód czynionych przez dzikie zwierzęta, w wysłanym do kantonalnej rady piśmie postulowali ponowne wprowadzenie polowań.

W porównaniu z sąsiadującym, 10-cio krotnie większym, wiejskim kantonem Vaud, w Genewie zabija się nawet więcej szpaków, krukowatych, dzikich gołębi i dzików. To jest bardziej zintensyfikowane polowanie, tyle tylko, że tak się nie nazywa i jest finansowane z kieszeni podatników.

DJV: Cóż więc kryje się pod hasłem „zarządzanie zwierzostanami na wzorzec genewski”?

Krótko mówiąc: polowanie – czyli zabijanie dzikich zwierząt, które nigdy nie zostało w kantonie zlikwidowane. Nawet jeśli przeciwnicy łowiectwa wolą myśleć i mówić co innego. W obliczu ogromnego wzrostu zasobów fauny i wyrządzanych przez nią szkód, wkrótce pod lufy sztucerów państwowych myśliwych na stałe trafią sarny i jelenie. Jak więc można na poważnie twierdzić, że w tak małym i gęsto zaludnionym kantonie jak Genewa, gdzie rocznie zabijanych jest tysiące ptaków, dzików, zajęcy, królików, zaś niebawem pozbawiane życia będą sarny i jelenie, zniesiono myślistwo? Mamy do czynienia z niebywale kosztowną hipokryzją i biurokratycznym nonsensem! Gdyby przenieść ten system na inne, mniej zaludnione i większe tereny, mielibyśmy do czynienia z prawdziwą katastrofą! Potrzebowalibyśmy armii zawodowych myśliwych, aby móc zapanować nad szkodami w gospodarce rolnej, leśnej oraz epidemiami i wypadkami drogowymi.

Kosztowna hipokryzja? Przecież ZDF wraz z przeciwnikami polowań twierdzą, że utrzymanie genewskiego systemu wymaga od pojedynczego mieszkańca kantonu wydatku o równowartości filiżanki kawy.

Już w roku 2003 kilku polityków, w celu oszczędności i odciążenia profesjonalnych myśliwych domagało się umożliwienia „prywaciarzom” polowania. Jednak przeciwnicy się nie zgodzili. System jest drogi i widocznie w wielu kręgach panuje niezadowolenie z obecnej sytuacji. Pewien poseł chciał wykreślić z budżetu na rok 2009 prawie 330 000 Euro przeznaczonych na nocny odstrzał dzików i powierzyć to zadanie „prywatnym regulatorom”. Przy czym ci musieliby zapłacić ponad 400 Euro za państwową licencję, co jest zgodne z obowiązującą ustawą.

Starczy więc wspomnieć o jednym aspekcie tego systemu: każdy z genewskich łowczych kosztuje podatnika blisko 98 200 Euro rocznie, co przy 12 posadach czyni ok. 1,2 miliona Euro. To dość drogo za zabicie 500 dzików, nawet jeśli myśliwi poświęcają tylko część swojego czasu pracy na polowanie. Zgodnie z tymi danymi podobny system w Niemczech - czyli prewencja przed szkodami i epidemiami zwierzęcymi w państwowym wydaniu – kosztowałaby 3,6 miliarda Euro, jako że rocznie zabija się tam ok. 1,8 miliona dzików, jeleni i saren.

Poza tym Genewa straciła niemałą sumkę pieniędzy: do 1974 roku 400 myśliwych wpłaciło do kantonowej skarbonki ogółem 262 000 Euro z tytułu wykupu odstrzałów.

Nasz komentarz w tej sprawie: powstaje pytanie jak doszło do tego, że dziurawy jak szwajcarski ser genewski wzorzec zarządzania dzikimi bydlątkami kończy właśnie 40-lat i... wciąż ma się nieźle?

6 komentarzy:

  1. Odpowiedź jest prosta - ten kanton ma powierzchnie nieco większą niż 50% powierzchni Warszawy. Czy model genewski lub ewentualnie warszawki - o ile doszłoby to przyjęcia rozwiązań Helwetów w stolicy Polski - zdawałby rezultat na wielokrotnie większym terenie nisko-zurbanizowanym z lasami i uprawami? Odpowiedź jest chyba jasna.

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie jest w zasadzie opowiedz na zasadnicza kwestie.....:))
    Owa brzmi : dlaczego mieszkancy Genewy preferuja horendalnie drogi i pelny sprzecznosci
    model majac jako alternatywe tansza - przynoszaca zyski zamiat nakladow - opcje w postaci
    powrotu do hobbystycznego modelu. ?

    Dlaczego Genewa pozostaje z uporem godnym lepszej sprawy przy tym - rracjonanym z punktu widzenia ekonomiki - rozwiazaniu . I to juz od 40 lat ?

    ?????????

    daka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popatrz na to oczami mieszkańca Genewy, który wyproacowuje GDP o 30% większy od Szwajcarów mieszkających w innych kantonach oraz ma najwyższe średnie zarobki w całym kraju. Geneva to miasto rentierów-miliarderów w białych kołnierzykach i "robotników" w niebieskich koszulach pracujących w bankach, filiach organizacji międzynarodowych, europejskich centralach wielkich korporacji. Te wielkie dla nas koszty to wyłącznie kwestia perspektywy. Przy naszej sile nabywczej i zarobkach wydaje się to rozrzutnością, ale dla statystycznego genewczyka to nie jest wielka suma. To tak jakby w genewskim salonie Aston Martina szukać ulotek z ofertą sprzedaży ratalnej.
      Poza kwestią finansową dochodzi jeszcze kwestia mentalna mieszkańców takich miast-baniek jak Genewa czy Nowy Jork - największym kapitałem dla nich i ich firm jest wizerunek, który musi się wpisywać w modne trendy, aby nie zniechęcać potencjalnych kontrahentów i ich klientów. Genewa jest eko friendly! Genewa to miejsce, gdzie trafia brudna kasa z całego świata, by po chwili stać się czysta niczym łza roniona przez naszego ukochanego jelonka Bambi. Wiesz, jak źle jest odbierany człowiek, który zajmuje się handlem krwawymi diamentami? No bardzo źle, ale można to jeszcze jakoś usprawiedliwić, ale gdyby tej informacji towarzyszyła inna - że lubi również polować na kochane Bambi to publiczność przed telewizorami nie zniosłaby tego i jednoznacznie potępiła takie indywiduum.
      No i jest jeszcze trzeci aspekt tego pozornego paradoksu, ale w sumie świetnie wpisujący się w całą filozofię eko-bamizmu. Gdy panowie bankierzy siedzą do późnych godzin w biurach ich partnerki po ciężkim dniu złożonym medytacji, partii squasha, wizycie u kosmetyczki i na zakupach, mogą się spotkać w większej grupie i przy butelce wina za 1000 Euro zając się ratowaniem zagrożonych gatunków i głodem w Afryce. Do tego nie trzeba mieć specjalnej wiedzy, wystarczy umiejętność podpisania czeku podczas kolejnej gali, połączonej ze zbiórką datków na głodujące delfiny i zabijane dzieci w Afryce (albo odwrotnie). Może jest jeszcze inny powód, ale nie przychodzi mi on w tej chwili do głowy.

      Usuń
    2. Ooooo....totototo.....

      Odpowiedz streszcza sie do tego ze ......genewki i genewianie toleruja ten ekonomiczny paradoks bo:

      CHCOM....MOGOM......I STAC ICH NA TO......proste.

      Ale czy do konca.....ciekawe rzeczy wyjada jak sie porowna sytuacje w Genewie Szwajcarskiej z ta, ktora ma miejsce na przyklad w poblizu Szwajcarii Kaszubskiej.....
      Ale to juz innym razem....
      pozdr
      daka

      Usuń
  3. Zmieńcie tą czcionkę w komentarzach bo nie da rady tego czytać ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan/i se życzy, Pan/i ma. Wszak komfort czytelników jest prawie najważniejszy. Prawie... ;)

      Usuń