poniedziałek, 9 grudnia 2013

Fair Chase. Myśliwskiego bambizmu cz. IIb


...ALE czy na pewno?

Weźmy pod lupę takie twory jak Boone and Crockett Club czy Międzynarodowy Związek Edukowania Buców, które wciąż wbijają pod zielone kapelusiki zasadę „fair chase” – mającą niejako zrównoważyć dwie szale: na pierwszej znajdują się myśliwskie umiejętności i wyposażenie, na drugiej zdolność zwierzyny do ucieczki. Myśliwy powinien być ultra odpowiedzialny, mordować gadzinę „etycznie, sportowo i z poszanowaniem prawa” – co ma świadczyć o szacunku wobec bliźnich oraz przyrody. Wypada więc zajrzeć do dekalogu, wedle którego postępują prawdziwi buce. Nie można zatem:

- zaciukać bezbronnej zwierzyny: znajdującej się w pułapce, głębokim śniegu, w wodzie, na lodzie,
- używać noktowizorów lub oświetlać cel latarką,
- stosować trucizn i tym podobnych,
- zabijać bydlątek znajdujących się na ogrodzonych obszarach,
- polować z i przy użyciu pojazdów tudzież łodzi motorowych.

Etc., etc… Hmm… zdajem siem, że coś to przypomina… nawet jakby żywcem zerżnięte?
Ciekawe, iż twórcy powyższego katechizmu puentują całość tymi słowy: LUDZIE OCZEKUJĄ OD MYŚLIWYCH ABY POLOWALI FAIR. Skąd oni to wiedzą? PeZeteŁowcy im powiedzieli?

Biorąc pod uwagę, że większość publiczki postrzega łowy jako zło konieczne i z niesmakiem patrzy na rączki buców w zielonych kapelusikach pod kątem tego „jak?” i „na co?” polują, wspomniane wymagania nie wyglądają na wydłubane z nosa. Mówienie o „niewinnej” i „bezbronnej” zwierzynie, zżymanie się na nęciska, jest stale na rozkładzie nie tylko osób niepolujących, ale i myśliwych. U niektórych, co bardziej nawiedzonych, różnice uwidaczniają się dopiero przy doborze narzędzia zbrodni. Zbambizowana publiczka najchętniej widziałaby myśliweczka-niekoniecznie-kochaneczka polującego z rohatyną na dziki lub goniącego na boso zajączka (swoją drogą to byłby niezły tytuł programu przyrodniczego „Boso na zajonczka”). Ów kompleks wyższości, poza moralnym samoograniczeniem, wypacza również istotę polowania poprzez traktowanie tegoż jako walki między złym i perwersyjnym bucem w zielonym kapelusiku a niewinną zwierzyną. Tymczasem – prof. dr Gűnter Hager z Uniwersytetu we Freiburg’u , w swoim referacie z serii „jak nas widzom, tak nas piszom…” – podkreślił, że łowy są zhierarchizowane: myśliwy – postać aktywna uśmierca bydlątko – istotę pasywną i cierpiącą. Owe ściśle określone role nie mogą ulec zmianie. W przeciwnym razie nie mamy do czynienia z polowaniem, lecz właśnie z walką. Jednak relacje między myśliwym a jego ofiarą powinny przybrać taki charakter, by zwierzę miało uczciwą szansę ucieczki – bowiem to ona, wg naukowca, nadaje łowom uroku i zwiększa ich nieprzewidywalność. Ta ruletka złożona z sukcesów i niepowodzeń jest składnikiem myśliwskiej pasji.

Co wcale nie oznacza prania do drobnicy uciekającej na najwyższych obrotach.


Atmosfera społeczna, w której funkcjonują nosiciele zielonych kapelusików, wymaga nieustannego monitorowania i pielęgnacji. Zwłaszcza gdy należy się do zero-ileś-tam procentowej grupy, w dodatku trudniącej się zabijaniem łownej gadzinki.

Załóżmy więc, że spotykamy statystyczną Kowalską, która posuwa nam o „niewinnych” i „bezbronnych” zwierzątkach. Co robimy?

a) jako wyznawcy bambizmu przytakujemy kobicie i jest po temacie,
b) idąc po linii najmniejszego oporu przytakujemy, wpisując się w społeczny bambizm i dokładamy do pieca jeszcze parę moralnych samoograniczeń (coby pezetełowskie nauki nie poszły w las)– niech Kowalska będzie zadowolona i się od…ten…teguje…,
c) grzecznie pytamy Kowalską: o jakiej „niewinnej” i „bezbronnej”  zwierzynie bredzi? Czy ją do reszty popier…lo?

Powiedzmy, że przy pierwszej opcji da się wypić „wspólną” kawę. Przy drugiej też. Trzecia może wylądować na naszych spodniach tudzież spódniczce, co nieco przyparzając. Jednak – trzymając w pogotowiu pralkę lub parasolkę – tylko wtedy będziemy mogli wytłumaczyć Kowalskiej, że opowiada bzdety. Trza siem przy tem pozbyć kompleksu wyższości, mieć odrobinę łowieckiego doświadczenia i merytorycznego przygotowania. Nagle okaże się, iż „bezbronne” zwierzątka są świetnie wyposażone w zmysły, działają instynktownie i inteligentnie, kapitalnie kombinują na „własnym” terenie, robiąc w bambuko buców w zielonych kapelusikach. Jeśli chodzi o „niewinność”, czy raczej „winność” padłych na ołowicę bydlątek, to każdy myśliweczek lub myśliweczka musi wziąć jom na własną klatę, a najlepiej piersi.

Może więc buce w zielonych kapelusikach z piórkiem nie radzą sobie z tym, co jest dzisiaj i tym co będzie jutro? Gdzieś wyczuwają społeczny klimat, jednak nie wiedzą jak reagować. Czy iść w zaparte, grając pod publiczkę (co chętnie czynią również łucznicy), czy przestać posuwać bzdety? Bo na dłuższą metę nie da się być trochę w ciąży.

Z czego więc czerpać?

Wspomniany niemiecki uczony uważa, że odpowiedzi należy szukać w myśliwskiej rzeczywistości. Otwarta dyskusja o instynkcie zabijania, doświadczaniu śmierci, ludzkiej naturze etc. bez owijania w bawełnę, bez dorabiania ideologii może stanowić największą siłę myślistwa. Jako buce w zielonych kapelusikach nie powinniśmy obawiać się trudnych tematów. Wręcz przeciwnie – zbadajmy naszą strukturę, przedefiniujmy nasze słabości.

A skoro już sięgamy do rzeczywistości, wypada zapytać na początek: kogo powyższe tak naprawdę obchodzi?

2 komentarze:

  1. Najważniejsze na co powinniścmy dać zwierzynie szansę to SZYBKA I W MIARĘ BEZBOLESNA śmierć. Szansa na ucieczkę kosztem ryzyka postrzału jest wątliwa etycznie, no ale cóż mamy takie a nie inne przepisy. Ale optyka im lepsza tym etycznejsza.
    Jeśl chodzi o polowanie w tzw. zagrodach czy na wypuszczone przed chwilą bażanty z klatki to już nawet nie jest kwestia etyki samej w sobie, bo zabijanie jest zabijaniem, ale w łowach jest właście coś więcej niż żądza farby, a takie ,,polowanie w chlewie" jest raczej mniej emocjonujące i na takowe bym sie nie zdecydawał. Bo czym jest orgazm bez gry wstępnej? Strzał jest zwięczeniem wysiłku, pewnym sukcesem, a sukces gdy przychodziz zbyt łatwo nie potrafi cieszyć. Sam za pewne będę starał sie polowac tak by sie sporo nałazić, ale to dlatego, że zwyczajnie lubię chodzić, spacerować. Jeśli chodzi o polowanie przy nęcisku to mi to nie przeszkadza, bo nęcisko do tego służy. Jednak paśnik to co innego, tam zwierzyna powinna czuć sie w miarę bezpieczna. Bo paśniki są żeby najadła się zwierzyna, a nęciska by najadł się myśliwy.

    A kto ma takie zdolności artystyczne i maluje te obrazki? Wojcuech, Daniel czy macie kogoś zaprzyaźnionego?

    Dawid

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I pewnie zwierzyna dokładnie rozróżnia paśnik od nęciska...Idź lepiej do lasu na 2 miesiące z nożem i pudełkiem zapałek - tam sobie poluj i będziesz miał taka przygodę , że hej....po tych 2 miesiącach gry wstepnej będziesz miał orgazm jak wieża eiffla....

      Usuń