piątek, 25 października 2013

Dlaczego nas nie lubią? Rodział II: Przyszłość łowiectwa, czyli co siedzi w głowach gówniarzy?

Kilka garści FAKTÓW ze - stuningowanym - komentarzem Rainer’a Braemer’a:

W 1997 roku, w ramach projektu „Lila Q”, Uniwersytet w Marburgu przeprowadził ankietę z udziałem blisko 2500 gówniarzy z rejonu Ruhry i Sauerland’u.

Wyniki ujawniły swoisty KULT PRZYRODY i… oszołomiły naukowców.

Okazało się, że pomimo mniejszego kontaktu z przyrodą (w porównaniu z poprzednimi pokoleniami),  stanowiła ona dla sierściuchów nadzwyczajnie wysoką wartość. Deklarowana chęć pomocy Mamusi Naturze, zawsze i wszędzie, wyraźnie uwidoczniła się w ankiecie przedstawiającej 15 różnych działań, spośród których „sadzenie drzew”, „sprzątanie lasu” oraz „dokarmianie ptaków zimą” zyskały największe uznanie. Dla porównania, jedynym działaniem niezwiązanym z ochroną przyrody, które cieszyło się podobną popularnością była „opieka nad chorymi”. Następne w kolejności „chodzenie na wybory” czy „naprawa telewizora” wypadły znacznie gorzej.


Wysokie poparcie dla twierdzenia „wszystko co naturalne jest dobre” wzbudziło niepokój naukowców. Biorąc pod uwagę nikłe doświadczenie życiowe, które cechuje młodych ludzi - zwłaszcza w kontaktach z trującymi roślinami, agresywnymi zwierzętami czy katastrofami naturalnymi -  wyniki ankiety można było poniekąd zaakceptować. Niemniej jednak zaledwie 5-cio procentowa negacja sprawiła, że ów naiwny zachwyt naturą stawał się przerażający. Akurat to, czy zimowe dokarmianie ptaków faktycznie pomaga przyrodzie jest co najmniej kontrowersyjne. Sprzątanie lasu – nie jest konieczne (pełni co najwyżej funkcje estetyczne), zaś sadzenie drzew ma znaczenie wyłącznie z gospodarczego punktu widzenia. Krótko mówiąc, we wszystkich wymienionych przypadkach przyroda radzi sobie sama.

Istotnym jest, że ów wielki zapał do udzielania pomocy łączył się najczęściej z wyobrażeniem natury jako zapłakanej, zahukanej i bezbronnej istoty - przerośniętego Bambi, które swoimi niewinnymi oczami wypatruje ratunku. Niestety, kreowanie takiego obrazu Mamusi Przyrody nie jest wyłącznie domeną młodzieży. Do efektu dokładają się media, pedagodzy i ohrońcy przyrody.

INSTYNKT OHROŃCY.

Oczywiście, z infantylnego podejścia najbardziej profituje ochrona przyrody. Trudno więc oczekiwać, żeby jej przedstawiciele, niekoniecznie nawiedzeni, mieli coś przeciwko. Według wyników ankiety, obszary chronione wzbudzały wśród gówniarzy najwyższe uznanie. Patrząc w przyszłość, można zaryzykować twierdzenie, że demografia będzie grała na korzyść ohrońców, którzy dostaną to, do czego cały czas dążą: większy wpływ.   


Natomiast buce w zielonych kapelusikach z piórkami wraz z leśnymi bucami mogą zacząć powoli rozmasowywać tyłki. Młodzianom najwyraźniej redukcja zwierzątek wraz ze ścinaniem drzewek się nie widziała. Działania te postrzegali w kategorii szkodliwej ingerencji w przyrodę. Ochrona była więc bardzo konkretnie – emocjonalnie i egocentrycznie definiowana. Kroplę miodu w tej beczce dziegciu stanowił fakt, że podobne poglądy wśród starszaków były mniej kategorycznie formułowane.

CZŁOWIEK JEST NAJWIĘKSZYM WROGIEM PRZYRODY.

W utwierdzaniu gówniarzy w powyższej mondrości odegrało rolę kilka czynników: z jednej strony objawiało się dziecięce współczucie dla przyrody, z drugiej wszechobecna w nią ludzka ingerencja, z trzeciej prano mózgi ukazując ją i człowieka jako dwa, całkowicie rozdzielnie byty lub człowieka jako wyrodnego/ą syna/córkę Mamusi Natury. Efekt? Ponad 75% dzieciaków miało kompleksy na punkcie własnego człowieczeństwa. To z kolei albo prowadziło do przekonania o niezależności Homo SS od natury (w wyniku zaawansowanego procesu cywilizacyjnego, postępu technologicznego itd.,), albo kończyło się snuciem fantazji o wszechobecnej sile technologii, która wyzwoli przyrodę z ludzkiego ucisku. Z tych perspektyw każda ingerencja człowieka w naturę okazywała się niepotrzebna i obarczona mniejszym lub większym poczuciem winy. W dodatku czynienie tabu z krytyki tak czy owak pojętej ochrony przyrody, tylko dolewało oliwy do ognia.

MORALNE SAMOWYKLUCZENIE.

Ankieta nr 3 wyraźnie pokazała, że gówniarze własną ingerencję w przyrodę traktowali w kategoriach winy. Dlatego też 80% małolatów uważało za korzystne obicie lasu znakami zakazu. Tylko komu podoba się wizja biurokratycznego ograniczania swobody przez dzisiejsze młode pokolenia? Ognisko, grill, spanie pod namiotem, bieg na przełaj – praktycznie wszystko sierście ostemplowały jako„szkodliwe”. Zaś najbardziej restrykcyjną grupą byli gimnazjaliści.


Jak się jednak okazało, to nie tak, że bachory miały jakąś awersję na punkcie aktywności na łonie przyrody. Nocowanie na świeżym powietrzu, ognisko, wspólne gry czy samotna wędrówka przez las cieszyły się dużym wzięciem. Ponad 60% małolatów deklarowało częste wypady przez knieję. Jednak wszystkie te ciągotki były filtrowane przez młodziutkie sumienia. I w przerażającej liczbie faktycznie postrzegane jako naganne. Dlatego też niemal połowa opowiadała się za ograniczeniem wstępu do lasu, zaś jedna trzecia zamknęłaby las na trzy spusty.

Takie podeście z pewnością przypadłoby do gustu nawiedzonym ohrońcom przyrody, podczas gdy inni mogliby się przerazić… Z badań jasno wynikało, iż młode pokolenie było (przynajmniej mentalnie) o włos od samo wykluczenia się z przyrody. 

MÓJ komentarz w tej sprawie: powyższe badania przeprowadzono kilkanaście lat temu. Od tamtej chwili Uniwersytet w Marburgu regularnie monitoruje poziom Bambizmu wśród młodzieży. Pytanie brzmi: czy cokolwiek przez ten czas się zmieniło?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz